FANDOM


Prolog

Niebo przybierało coraz ciemniejszy odcień, zwiastujący burzę. Na horyzoncie widać było już pierwsze błyskawice, zdające się opanowywać cały glob planety Murdash w błyskawicznym tempie. Z ciemności kamiennego, wysokiego na przynajmniej trzydzieści metrów tunelu wyłoniły się trzy, malutkie w porównaniu do skamielin pojazdy. Pędziły niewiele ponad metr nad ziemią z zatrważąjacą prędkością  ponad czterystu kilometrów na godzinę. Charakterystyczne pobrzękiwanie wydobywające się z umiejscowionych tuż pod kierowcami silników, rozchodziło się na obszarze dziesiątek metrów. Po długości ponad dwóch metrów i agresywnej, upiornej karoserii, można było poznać, że są to motocykle anty-grawitacyjne. Kierujące nimi tajemnicze istoty, poruszały się w szyku przypominającym grot strzały; dwóch kierowców po prawej i lewej z tyłu, zaś ostatni nieco dalej z przodu.Zachowywali między sobą idealną odległość, tak aby szamoczące na wietrze długi, ciemny płaszcz i kaptur pierwszego z jeźdźców, nie zasłaniał widoku jego pobratymcom. Wszyscy trzej wyglądali niemal identycznie. Mroczne szaty czyniły ich całkowicie anonimowymi sprawiały,co jakiś czas mijani ludzcy obywatele Murdash, uciekali w popłochu z szerokiej ziemnej drogi, biorąc grupkę przybyszy za tajemnicze upiory lub widma. Wyjeżdżając z tunelu, zwarty, wzbijający tumany kurzu szyk pędzących jeźdźców pokonał jeszcze kilka ostrych zakrętów między kanionem pełnym szarych, spiczastych i ostrych jak brzytwa skał. Po chwili całą grupkę powitała rozpościerająca się na kilometry dalej trawiasta równina, tą samą drogą ciągnącą się do zauważalnego kilka tysięcy metrów dalej wzniesienia.

Spod falującego płaszcza zakapturzonego jeźdźca na czele, na chwilę wyłoniła się czwarta postać, znacznie mniejsza i drobniejsza odp pozostałych. Był to ubrany w beżowe szaty eklezji, dawno wysiwiały i w znacznym stopniu wyłysiały starzec, o twarzy pomarszczonej niczym skóra spleśniałego jabłka. Jego medalion na kształt znaku Adeptus Ministorum, falował na sile wiatru, zaś on sam nie mógł zbyt długo wytrzymać parcia powietrza, co tłumaczyło jego ukrywanie się pod płaszczem jeźdźca. Jednak w tej chwili wiatr mu nie przeszkadzał. Trzymając się prawą ręką za tułowie kierowcy,  zaś lewą ściskając grubą księgę pod pachą, z radością w oczach patrzył na przybliżające się w oddali mury niewielkiego miasta.

-Gród Estor...jesteśmy już blisko - mamrotanie starca dla zwykłego człowieka było ledwie słyszalne przez szelest wiatru, lecz jeździec motocykla antygrawitacyjnego obdarzony zdolościami psionicznymi z łatwością je zrozumiał dzięki swym wzmożonym zmysłom.

-Zgadza się ojcze, Hektorze. Dotrzemy tam za kilka chwil - odrzekł spokojnym tonem.

Minęło zaledwie pięć minut, zanim formacja pojazdów, zbliżyła się do murów miasta. Zakapturzony psionik na czele formacji okazał znak ręką oznaczający by pozostali zwolnili. Miasto było wzniesione na kamienistym wzgórzu, do bramy prowadził prymitywny, kamienny i walący się most nad niewielką rzeczką. Przejeżdząjąc, Psionicy i Kapłan Ministorum odrazu wyczuli, że coś jest nie wporządku. Na drewnianych szubienicach, wzniesionych po prawej stronie mostu wisiały bezwładne ciała powieszonych i okaleczonych kobiet. Nie było by to niczym nadzwyczajnym gdy by nie fakt, że okres polowań na czarownice skończył się wiosną, trzy miesiące temu. Normalnie na szubienicach wisiały by resztki już dawno objedzonych z mięsa przez kruki szkieletów. Ciała tych ''czarownic'' były zbyt świeże, przejeżdżający obok przybysze wyraźnie widzieli sączącą się jeszcze krew z niedawno naciętych na skórze ran. Minęło kilka chwil zanim wszyscy czterej pokonali most i dojechali stromym, kamiennym wzniesieniem do bram Grodu, który zamierzali odwiedzić.

Dłoń okryta w srebrzyste, durastalowe rękawice zbudowane z licznych płytek tworzących upiorny całokształr zbroi, szarpnęły do tyłu za dźwignię sprzęgła, wyłączając pracę silnika. Trzy postacie odziane w mroczne płaszcze, synchronicznie zeszły ze swoich anty grawitacyjnych pojazdów. Między mrocznymi szatami i szczelinami, połyskiwały karpaksowe elementy w dużej mierze zasłoniętej reszty zbroi, kryjącej się pod ubiorem. Tuż po nich, z tylnego miejsca podłużnego motocykla, powoli zsiadł Kapłan Ministorum asekurowany przez swojego kierowcę.

-Te miejsce nie wygląda spokojnie, Rycerzu Tarmir. Wyczuwam tu wyraźny zanik. Wiara w tej osadzie zostaje poddawan próbie - starzec zmarszczył czoło z niepokojem w głosie.

Mężczyzna spokojnym ruchem odsłonił kaptur, z mroku wyjawiła się niewzruszona, potężna i blada jak kreda facjata. Krople deszczu szybko spływały po stromym, wyrazistym czole. Brak jakiego kolwiek owłosienia, nawet na brwiach, potęgował tylko strach większości istot widzących wyraziste, groźnie wyglądające kości szczęki oraz polików, długi prosty nos, widoczne żyły pod bladą skórą i przede wszystkim zapadnięte, szare oczodoły ze świecącymi ciemnozłotymi ślepiami wojownika. 

-W rzeczy samej,Kapłanie. Pamiętaj jednak, że nie czas na zastanawianie się nad tym miejscem. Powinniśmy skupić się na wypełnieniu misji powierzonej Imperatorowi... -Rycerz rzekł, niemalże tonem nie przejawiającym żadnych emocji.

-Niech będzie po bogosławiony!

Dwaj pozostali kompani z tyłu, również zdjęli z głów swe kaptury. Formir i Desmir...znani przez całe życie, rodzeni, młodsi o pięć lat bracia Tarmira. Obaj również mieli w zupełności wygolone głowy, wyglądali niemal identycznie, wszyscy mieli wytatuowane po prawej skroni symbole Zakonu - Symbol Inkwizycji z dwoma mieczami osnowy skrzyżowanymi na skos. Całe rodzeństwo należało do tej liczącej ponad dziesięć tysięcy lat organizacji. Byli Rycerzami Inkwizycji, Daruthami - potężnymi wojownikami, posługującymi się potęgą starożytnej dziedziny psionicznej, znanej jako pasja. Jako lojalni uczniowie, mistrza, który poświęcił całe dwie dekady ich szkoleniu, byli mu oddani do granic możliwości. Nie, ich nieznani i biologicznie z nimi spokrewnieni kobieta i mężczyzna czyli tak zwani ''rodzice'', lecz Mistrz był ich prawdziwą rodziną. Wykonywali już wiele misji dla swojego nauczyciela, który tym razem zlecił im zadanie mające udowodnić ich oddanie zakonowi, Daruthowi Irminstowi oraz jemu samemu. Gdy misja zakończy się sukcesem, gdy przyniosą swojemu mistrzowi ukryty w tym grodzie artefakt, którego on sobie zapragnął, da każdemu zezwolenie na dobranie sobie własnego ucznia. Daruth Tarmir bezgranicznie wierzył w obietnicę mistrza, lecz nie czuł tego samego w stosunku do swoich braci. Uważał, że są tylko przeszkodą w wykonaniu zadania w którym on sam poradził by sobie znacznie lepiej i szybciej. Teraz jednak należało pozostawić te obawy na dalszy plan i zagłębić się w ciemnej mocy pasji, która od zawsze sprawiała, że bracia zadowalali pragnienia swojego Mistrza.  

Znad kamiennych murów, którymi obudowana była brama miasta, wyłoniło się przynajmniej sześciu strażników z wycelowanymi w stronę przybyszów, lasgunami typu M36 Galaxy. Byli to gwardziści, zapewne wchodzący w skład okolicznego garnizonu sprawującego porządek również w innych pobliskich grodach. Odziani byli w granatowe mundury, pancerze i odlane jakby na kształt kapeluszy tradycyjne dla tego świata hełmy, choć niekiedy bardziej kojarzyły się z prymitywnymi talerzami na zupę.

-Stoj! Kto żeś wy? - Warknął środkowy Gwardzista, mówiąc typowym dla mieszkańców tego świata dialektem.

Tarmir i jego bracia wyczuli niepokój, odruchowo kładąc dłonie na swych mieczach osnowy przypiętych pod płaszami. Gwardziści nie wyglądali przyjaźnie, już sam fakt, że wycelowali w stronę Kapłana Ministorum był czymś nad zwyczajnym. Czyżby wiara na tym świecie naprawdę była wystawiana na próbę?

-Opuśćcie broń. Nie mamy złych zamiarów. - Kapłan podszedł kilka kroków wprzód, unosząc prawą rękę w geście uspokojenia.

Kto żeś wy, pytam! Czegosz wy tu jaśniepany!? - Gwardzista powtórzył ponownie, donośniejszym tonem. Pozostali strzelcy jeszcze bardziej się nastroszyli.

-Nie ma potrzeby, żeby ktokolwiek dziś umierał! Przychodzimy z wizytą do Hrabi tego Grodu! Przychodzimy głosić wolę Imperatora! - po wypowiedzeniu tych słów, Kapłan uniósł wysoko w górę księgę z emblematem Inkwizycji na okładce.

Główny strażnik ucichł i spoważniał na chwilę, widząc z kim ma do czynienia . Daruth Tarmir dostrzegł zarówno w nim jak i w reszcie jego podwładnych coś o czym ostrzegał go Mistrz. Gwardziści wyglądali na poważnie chorych, skóra na ich twarzach była chropowata i mocno pod niszczona. Liczne, zapewne swędzące bąble przybierały zielonkawy kolor.

-Eee...- strażnik podrapał się po naroślach - a któż ci te widma, co przyszły z wami, jaśnie Kapłanie?

-To również lojalni słudzy jedynego Boga-Imperatora...złożyli śluby bronienia mnie ode złego podczas mojego wypełniania jego świętej woli, jego świętej misji, którą mi powierzył. A teraz wpuśćcie nas jeśli łaska. Okażcie nam gościnność, jeżeli jego światło wciąż dociera do ludu tego Grodu!

Strażnik wpatrywał się jeszcze przez kilka sekund, po czym ruchem dłoni nakazał opuszczenie broni pozostałym Gwardzistom. Zniknął z pola widzenia całej czwórki, po czym rozległ się szelest zębatek i łańcuchów z wnętrza muru. Ciężkie, drewniane wota rozsunęły się na obie strony. Kapłan i otaczający go Daruthowie ruszyli naprzód.

Gdy weszli już bramą wejściową, na spotkanie wyszedł im Gwardzista z którym Kapłan prowadził przed chwilą rozmowę.

-Witajcie przybysze. Jam jest skromny sługa Hrabi Edkinsona, Sierżant straży Mojhim Cuzyr - ukłonił się

-Miło mi żołnierzu Imperatora. Jak już za pewne wiesz, przybyłem tu wraz z moimi lojalnym obrońcami, by zamienić kilka słów z waszym Hrabią. Czy moglibyście...

-Ależ to rzecz jasna, Kapłanie. Podążać wy za mną jaśniepany, prosto do Hrabi.

Kapłan nieco zdumiał się jak szybko Sierżant wyczytał jego myśli. Nie zwlekając, cała czwórka rusyzła za swym nowym przewodnikiem

-Szybko go ojciec ustawił do porządku, muszę przyznać - jeden z rójki rodzeństwa, Formir szepnął starcowi do ucha.

-Owszem, ale mimo to...mieszkańcy tego grodu nie zachowują się tutaj normalnie. Zalążki zwątpienia tu wyczuwam - odrzekł szeptem

-O tym niedługo powinniśmy się przekonać - dopowiedział trzeci z braci, Desmir.

Wszyscy szli nierówną, brukowaną ulicą, pnącą się po stromym wzgórzu na którym został wzniesiony gród, prosto do rezydencji Hrabi, położonej na samym szczycie. Idąc w górę, Daruthowie obserwowali otoczenie wokół. Po obu stronach uliczki stały walące się drewniane chaty, porośnięte mchem, a między nimi zrujnowane pozostałości wewnętrznych murów obronnych.

-Prosić o wybaczenie za podejrzliwość, Przybysze. W grodzie czasy przeklęte, wszyscy podejrzliwi. Naszą ludność nawiedziła zaraza - tłumaczył sierżant.

-Widzę...- odpowiedział Tarmir.

Mniej więcej o tym samym ostrzegał ich Mistrz. Na ulicach panoszyła się istna śmierć. Ciała martwych walały się przy krawężnikach lub w ciągniętych przez zaprzęgi konne trupiarkach. Ci którzy wciąż żyli, również byli dosięgnięci zarazą, wyniszczającą ich skórę. Chorzy panoszyli się lub czołgali po ulicach bez celu charcząc, plując i wymiotując. Tak jak w przypadku gwardzistów, ich ciała również były naznaczone licznymi, zielonymi bąblami. Niektórzy rzucali się na kolana do nowych przybyszów, błagając o pomoc, inni uciekali do swych ledwo stojących chat, widząc w nich zagrożenie. Wszędzie unosił się odór śmierci, który był nie do wytrzymania.

A więc to było przyczyną utraty kontaktu z Grodem Estor. Zaraza dziesiątkowała okoliczną ludność. Być może dopadła i samego hrabię Edkinsona. Kapłan wiedział, że musi działać jak najszybciej i sprowadzić tu pomoc zakonu Szpitalników. Same modlitwy na pewno tu nie pomogą. Kto wie czy okoliczne Grody również nie padły ofiarą plagi? Jeżeli tak, to los ludności Murdash może skończyć się fatalnie.

Daruth Tarmir miał zupełnie inne zmartwienia. Nie obchodził go los tych marnych, zdychających istot. W tej chwili liczyło się tylko i wyłącznie wypełnienie woli jego mistrza...woli, co do której jak na razie tylko on był w stanie się zobowiązać. Obejrzał się na swoich braci z gniewem w oczach. Właśnie na ten moment czekał. Czuł ich słabość. Czuł w nich to już nie pierwszy raz. Wyczuwał w ich umysłach rozkojarzenie wynikające z otoczenia wokół nich. W tej chwili myśleli to samo co Kapłan Hektor. Myśleli o umierających wokół nich ludziach, o ich cierpieniu i o ochronie kapłana, którego tak naprawdę był tylko przynętą. Za pewne pierwszy raz doświadczali takiego widoku, lecz to nie miało znaczenia. Ich moc Pasji była uśpiona, chwilowo rozkojarzona czymś zupełnie innym, czymś na czym nie mają prawa sobie zawracać głowy. Co za wstyd, co za hańba. Jego rodzeni bracia zapomnieli o swym świętym obowiązku. W sumie to nic dziwnego, skoro obaj są o pięć lat młodsi od Tarmira i mniej doświadczeni. Wcześniej miał jeszcze nadzieję, że może jednak da radę z nimi współpracować, choć ten ostatni raz lecz teraz wszelkie jej ślady znikły. Faktycznie byli tylko zbędnym ciężarem. ''Pora udowodnić Mistrzowi, że to ja jestem najzdolniejszym uczniem, wartym jego uwagi'' - pomyślał Tarmir, po czym nieco zwolnił kroku.

Pozwolił, by Formir i Desmir go wyprzedzili. Wszyscy zbliżali się do kolejnego, szerokiego łuku triumfalnego będącego kolejną pozostałością po wewnętrzych murach grodu. Nie było pod nim żadnego światła dziennego, kilkanaście metrów całkowitej ciemności. To był odpowiedni moment. Gdy całą piątkę spowiła ciemność, podążający z tyłu Tarmir zamknął oczy, wyregulował oddech i zagłębił się w pasji. Czuł jak jej więzy oplatają jego ciało i umysł, czyniąc go niewzruszonym i pewnym siebie. Gniew szybko przeminął, praca serca powróciła do normy. W tej chwili istniał tylko obowiązek jaki ma wykonać, mroczne moce Pasji i on sam. Siłą swojej woli, Tarmir nałożył kamuflaż psioniczny. Choć był widoczny w świecie fizycznym, nikt przez krótki czas nie mógł zwrócić na niego uwagi, ani skupić choćby pojedynczej myśli. Stał się dosłownie niezauważalny, tak jakby nie istniał. Nawet dla swoich braci, wciąż rozkojarzonych nieistotnymi rzeczami. Tarmirowi aż przez chwilę zrobiło mu się ich żal, że nawet oni tego nie wyczuli. Tuż u wyjścia spod łuku triumfalnego, Daruth prysnął między drewnianymi chatami, zagłębiając się pośród ciasne uliczki.

Biegnąc, wpadał na pałętających się między domami mieszkańców dotkniętych plagą. Nie było czasu na ich wymijanie, to też Tarmir po prostu tratował ich swoją masą .Daruth wykorzystał dach jednej z hat wybudowanej tuż pod kamiennym wzgórzem, aby rozpocząć wspinaczkę do rezydencji Hrabi.Dzięki biomancji, oraz wyrobionej przez lata morderczych treningów kondycji i zwinności, chwytał się szczelin, wystających nierówności i korzeni, pnąc się coraz wyżej. Po nie długim czasie dotarł do spodu murów, będących krawędzią i za razem ochroną rezydencji Hrabiego w razie oblężenia. Cegły budujące mur obronny, nie maiły już tyle nie równości co skała. Były położone równo i z dbałością. Daruth nie miał czasu na powolne okrążanie całych umocnień, będąc cały czas w zwisie. Tarmir musiał wymyślić inny sposób i to szybko, gdyż czuł jak dłonie powoli zaczynają mu się ześlizgiwać. Mur miał wysokość może z pięciu - sześciu metrów. Podskoczenie do górnej krawędzi kosztowało by sporo energii, lecz to wydawało się najrozsądniejszym posunięciem. Tarmir po chwili namysłu ugiął nogi i naprężył wciąż trzymające za krawędź ręce. Zbierał energię przez kilka sekund, po czym wybił się sześć metrów w górę. Gdy poczuł jak grawitacja ściąga go z powrotem na dół, w ostatniej chwili na styk złapał się obiema dłońmi za krawędź. Ponownym, szybkim wybiciem przeskoczył krawędź, znajdując się wreszcie na murach. Tarmir rozejrzał się, o dziwo nie było na nich zupełnie nikogo, kto pełniłby straż. Jego uwagę przykuwało zaś wydarzenie odbywające się kilkanaście metrów w dół, na dziedzińcu rezydencji. Daruth wyjrzał zza osłony, chcąc przyjrzeć się co jest grane.

Dziedziniec wypełniony był tłumem kilkudziesięciu ludzi, zebranych wokół...stosu martwych ciał innych ludzi. Wyglądało to jak coś w rodzaju jakiegoś kultu. Kultu zdecydowanie niep oświęconego Imperatorowi. Bogato ubrana służba, strażnicy dziedzińca, rodzina Hrabi jak i również on sam; stali zebrani wokół gnijących zwałów ciał. ''Możliwa herezja?'' - pomyślał Tarmir. Teraz wszystko było jasne. Wrogość gwardzistów wobec kapłana, zaraza plugawiąca ten gród oraz chore kulty na cześć mrocznych  potęg, w któeych uczestniczyły nawet władze Grodu. Tarmir nie miał już żadnych wątpliwości. Nadciągająca herezja na pełną skalę zlbiżała się nie ubłagalnie. Mistrz nie przesadzał, nalegając na czujność. Daruth będzie wszystko mu szczególnie zrelacjonować.

Na potwierdzenie jego myśli, spośród tłumu kultystów wydobyły się chóralne, plugawe modlitwy do mrocznych bóstw.

-Wieczna chwała plagom pana rozkładu! Niechaj jego zgnilizna otuli nasze dusze i wynagrodzi nas darami oraz życiem wiecznym! - tłum wściekle wył w niebo głosy.

Jeżeli Tarmir by chciał, mógłby przyglądać się temu spaczeniu przez długie godziny. Tak jak wszyscy inni Rycerze Inkwizycji, krążące w jego krwi geny Irminsta; skutecznie chroniły jego duszę przed kuszeniem mrocznych plugastw osnowy i szeptami demonów.

Nie było jednak czasu tutaj siedzieć, to czego pragnął mistrz Tarmira, spoczywało w osobistej sypialni Hrabi Edkinsona i musiało zostać odnalezione. Poprzez schody i korytarze wewnątrz murów, Rycerz niezauważalnie dostał się do środka bogatej, gotyckiej rezydencji. Komnaty były wyludnione, na swoje szczęście Tarmir nie napotkał i nie wyczuł w rezydencji nikogo żywego. Pokoje i korytarze wyścielone były bogato zdobionymi dywanami, luksusowymi meblami z drewna. Wszystko było na swoim miejscu zupełnie nie tknięte i dobrze zadbane, z wyjątkiem obiektów Imperialnego kultu. Wbudowana w rezydencję, prywatna kaplica Hrabi była zdewastowana, wszystkie święte księgi z przykazaniami i naukami Eklezji spalone, freski na suficie przedstawiające Imperatora, były zamazane ośmioramiennymi gwiazdami i plugawymi runami chaosu.

Daruth nie zwracał na to zbytniej uwagi. Choć Tarmir był Rycerzem Inkwizycji, dla niego jedynym prawdziwym Imperatorem był Lord Irminst - pierwszy i najwspanialszy z użytkowników mocy Pasji jak i zarazem twórca Zakonu Daruthów. Poza tym, wciąż miał misję do wypełnienia. Znaleźć tajemniczą księgę pod tytułem ,,Des Sacronum'', uciec z nią oraz kapłanem poza miasto i bezpiecznie dotrzeć do mistrza - tylko to się liczyło, nic więcej.

--------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Formir podrapał się po czole, przypominając sobie cel swojej misji. Wygląd sytuacji w tym mieście nieco go rozkojarzył. Podobnie jak jego brata.

-Desmirze, powinniśmy skupić się na celu naszej misji - zawiadomił brata.

Daruth Desmir również otrząsnął się po chwili zamyślenia.

-Masz rację bracie. To miejsce ma coś w sobie. Coś...niepokojącego. Czuje jak odwraca to naszą cenną uwagę. Kapłan Hektor miał rację, mówiąc, że panuje tu napięcie.

Formir pokiwał głową na aprobatę tych słów. Nagle przypomniał sobie o trzecim z nich - Tarmirze. Obejrzał się do tyłu, lecz ku jego oczom po starszym bracie nie było ani śladu. Formir wyczuł jeszcze większy nie pokój, próbował dostrzec emitującą moc Paski Tarmira, lecz nie był w stanie. Musiał oddalić się już dawno temu, używając kamuflażu psionicznego podczas nieuwagi ich dwojga.

-Gdzie jest Tarmir? - zaczął Formir.

-Co? - zdumił się brat bliźniak.

-Tarmir...zniknął. Nie dawno za nami szedł. Nie wyczuwam go.

-Na świętego Irminsta. Ja również. Jak mogliśmy być tak ślepi?

-Nie ma czasu na zastanawianie się nad tym faktem - rzekł Formir po chwili zastanowienia - powinniśmy przyśpieszyć z eskortą Kapłana.

-Tak będzie. A o tchórzowskiej ucieczce naszego brata powiadomimy Mistrza, po wykonaniu misji. Na pewno go za to sowicie ukarze.

Postanowili iść dalej za kapłanem i sierżantem, będąc dobrej myśli. Cała czwórka przeszła przez kolejny poziom schodów, zbliżając się coraz bliżej rezydencji Hrabiego. Przybysze zauważyli znowu coś podejrzanego. Na środku brukowanego, wydzielanego obszaru między ulicą a domami z lewej,który za pewne był kiedyś miejscem targu, miejsce miało niecodzienne wydarzenie.

-Złóżmy swe dary Bogowi zgnilizny! Niechaj jego zaraza wyswobodzi nas od przeklętego szkieletu na złotym tronie! - dziesiątki obywateli grodu składało pokłony przed stosami gnijących, dotkniętych zarazą ciał.

Kapłan stanął i zamarł wm iejscu widząc tę makabrę.

-Co...co to ma znaczyć? Nie wygląda to na ceremoniał pogrzebowy. Co tu się odprawia na litość Imperatora! - duchowny Ministorum rzucił się z pretensjami do  przewodnika. Rycerze Inkwizycji widząc to samo, położyli swe dłonie na rękojeściach miecz osnowy.

-Co się tutaj dzieje sierżancie? To nie wygląda w porządku...dlaczego mieszkańcy lojalnego Grodu modlą się do zwłok, beszczeszcząc święte Imię Boga Ludzkości!?

 Sierżant wciąż milczał stojąc z rękoma założonymi od tyłu i kamiennym wyrazem twarzy.

-Żądam natychmiastowej rozmowy z Hrabią tego grodu!

Nagle zza rogów hat zaczęli wyłaniać się następni gwardziści z bronią odbezpieczoną i wrogimi wyrazami twarzy. Powoli okrążali całą czwórkę ze wszystkich stron. Daruthowie i duchowny zauważyli ich odmienny od poprzednich żołnierzy wygląd. Ci byli znacznie bardziej obrośnięci naroślami wywołani plagą zaś na ich hełmach i naramiennikach wyryte były  plugawe symbole arcywroga ludzkości - ośmioramienne gwiazdy.

-''zdrajcy'' - dwaj Daruthowie pomyśleli jednocześnie. Zarówno oni jak i duchowny wiedzieli co symbolizuje ten znak. Przerażony i zarazem wściekły Kapłan Ministorum znów odwrócił się do sierżanta z niedowierzaniem w oczach.

-To...toż to herezja!

-Dokładnie tak. Zwabiliśmy was tu celowo - sierżant wyjął pistolet laserowy z kabury - a teraz posłużycie jako ofiara dla mrocznych bóstw. Ojciec Nurgle będzie zadowolony! - po czym wycelował nim prosto w twarz kapłana.

Wystarczyła tylko pojedyncza myśl Desmira. Niematerialna, czerwo-jaskrawa klinga miecza osnowy wysunęła się z rękojeści w ułamek sekundy. Zanim palec zdążył zacisnąć spust, połowa ręki aż do łokcia została błyskawicznie odcięta od reszty ciała. Osiągająca temperaturę kilkuset tysięcy stopni Celsjusza, tnąca od dołu klinga miecza osnowy natychmiast zwęgliła przeciętą tkankę i przerwane żyły, zanim z tych zdążyły wylać się pierwsze krople krwi. Odcięta kończyna upadła na ziemię z zaciśniętym w dłoni pistoletem. Renegacki  sierżant zdołał tylko na sekundę spojrzeć na żarzący się kikut swej prawej ręki, zanim Desmir równie szybko ściął mu głowę.

Umiejętności Formira również nie były niczego sobie. Zareagował natychmiastowo na zagrożenie, ciskając swym mieczem osnowy w stronę heretyków na przeciwko. Wirujące ostrze śmiertelnie przecięło brzuchy trzech zdrajców po kolei, zanim ci zdążyli wystrzelić, aby po chwili niczym bumerang wócić przyciągnięty mocami psionicznymi do swojego właściciela.

-Na ziemię Kapłanie! - nakazał Formir lekko używając swej mocy pasji, by przycisnąć duchownego do brukowanego chodnika bez wyrządzenia mu szkód. Ich zadaniem było go chronić, więc nie zamierzali zawieść. Kapłan Hektor leżał skulony na ulicy, trzymając nad głową swą księgę i odprawiając modlitwy, podczas gdy Daruthowie starali się odeprzeć napastników jak tylko się da.

Farmir przyjął postawę obronną, odbijając klingą swego miecza wiązki laserowe wrogich karabinów. Moce Pasji pozwalały mu z lekkim wyprzedzeniem przewidywać, gdzie każdy z przeciwników zamierza trafić. Zaś Desmir tym razem przeszedł do agresywnego kontrataku i rzucił się się prosto w w zwarte szeregi zdrajców, tnąc, rozcinając i smagając swym potężnym orężem na wszystkie strony. Zwykłe bagnety nie miały jakichkolwiek szans w starciu z mieczem osnowy i umiejętnościami walki Darutha, wzmacnianymi biomancją. Renegaci jedne po drugim byli wycinani w pień przez obu Daruthów.

Światło zachodzącego już słońca, rzucało poświatę na Darutha Tarmira. Stał w osobistej sypialni Hrabiego Edkinsona, przyglądając się walce w jaką jego nieudolni bracia się wplątali. I pomyśleć, że gdy by on sam wyruszył na tą misję, nie doszło by do zbędnego rozlewu krwi. Współpraca z braćmi, od zawsze denerwowała Tarmira, nigdy nie umieli wykorzystać okazji by wykonać zadanie jak najszybciej, zapominali, że bycie Rycerzem Inkwizycji nie polega tylko na zabijaniu, lecz i również na sprycie, którym w porównaniu do nich się teraz wykazał. Tarmir trzymał pod prawą pachą księgę pt. ,,Des Sacronum'' o którą prosił jego Mistrz. To właśnie dzięki sprytowi i przebiegłości, udało mu się dotrzeć do rezydencji i znaleźć księgę przed braćmi. Nie miał pojęcia co jest napisane w tym zbiorze obszernej wiedzy, lecz wiedział, że to należy pozostawić Mistrzowi. W tej chwili liczyło się to, że był lepszy, a nieudacznicy zwani ''jego braćmi'' gorsi. Nawet teraz z wysokości kilkudziesięciu metrów czuł ich słabnącą wolę walki i narastającą niepewność. Kolejne hordy przeciwników rzucały się na nich całymi falami. To niebyli już zdradzieccy Gwardziści, lecz masy cywilów, oddających swe życie za mroczne bóstwa. Mimo, że jak na razie dwaj Daruthowie dziesiątkowali kolejnych nadciągających przeciwników, nie mieli czasu na chociaż chwilę wytchnienia co powodowało ich stopniową dezorientację. Tarmir doskonale zdawał sobie z tego sprawę, że to może być ich gwoździem do trumny oraz przyczyną śmierci Kapłana, którego życie wisiało teraz w powietrzu

Nagle z wnętrza korytarzy i komnat rezydencji, do Tarmira dobiegły odgłosy nerwowych kroków i krzyków. Na pewno było to zgromadzenie kultystów z dziedzińca. Des Sacronum miało zapewne jakąś psioniczną więź z heretykami. Wyznawcy mrocznych poczuli, że wpadła w niewłaściwe ręce i należy ją natychmiast odzyskać. Nie zwlekając, Rycerz nabrał rozpędu i przebił się przez ogromne okno, spadając prosto ponad pięćdziesiąt metrów w dół.

Kapłan Hektor, czuł przerażenie i po cichu recytował wszystkie znane mu modlitwy do Imperatora. Wstał z brukowanego chodnika, zauważając, że jego obrońcy już wcale nie skupiają się na jego ochronie, lecz walce z niezliczonymi hordami heretyków. Nie czuł się bezpiecznie, wiedział, że jeżeli tu zostanie zginie na marno. Nie mógł ryzykować życia w tej chwili. W chwili gdy trzeba powiadomić główną siedzibę Eklazjarchatu na Murdash o początku heretyckiej inwazji. Miał przeczucie, że on jest głównym celem zdrajców, nie Rycerze, którzy próbują go chronić. Nie zastanawiając się, ruszył w stronę stosu beczek piwa ustawionych przy jednym z przypadkowych domów. ''Może któraś z nich jest pusta, może uda mi się w niej ukryć'' - pomyślał. Rzucił się na przykrywkę pierwszej z prawej, otwierając ją, ujrzał, że jest wypełniona po brzegi winem. Duchowny nie miał zamiaru wstrzymywać powietrza i czekać Imperator wie jak długo po czoło w winie. Postanowił otworzyć przykrywę drugiej beczki. Niestety ta okazała się nie tyle co nie do schowania, lecz także pułapką. Z drewnianej beczki w mgnieniu oka wyłoniła się kobieta nosząca na skórze ślady plagi. Hektor nie zdążył odskoczyć. Wiedźma chwyciła go za kołnierz i przyciągnęła do siebie. Była zaskakująco silna jak na płeć żeńską, być może dzięki plugawym bóstwom swych ''bogów''. Siłą rzuciła Kapłana na kolana, po czym lewą dłonią chwyciła go za język, a prawą zaczęła ciąć dzięki trzymanemu scyzorykowi. Hektor nie mógł nic robić, oprócz wydawania z siebie krzyków agonii. Nie mógł się ruszyć, obrona Daruthów została już za pewne przerwana, czuł jak inne pary rąk przytrzymują go z tyłu.

--------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Rycerz wylądował twardo na ulicy, niczym grom z jasnego nieba, tworząc w ziemi niewielki krater i wzbijając w górę resztki pokruszonego bruku. Fala uderzeniowa powaliła wszystkich w obrębie uderzenia w ziemię Tarmira, wliczając w to jego braci. Widział Formira i Desmira, powoli dochodzących do siebie po niespodziewanej fali uderzeniowej, wywołanej jego skokiem z ponad pięćdziesięciu metrów. Daruth czuł ból w nogach i kolanach, sam ledwo wytrzymał kontrolowany upadek z ponad pięćdziesięciu metrów. Gdy by nie moce Pasji, leżał by właśnie martwy, zgnieciony niczym kartka papieru. Tarmir wstał, kierując się w stronę konającego, lecz wciąż żywego Kapłana. Nawet nie zadawał sobie trudu, by pomóc wstać swoim braciom lub przynajmniej sprawdzić czy wszystko z nimi w porządku. Dla niego nie byli już Daruthami, lecz żałosnymi, niestety spokrewnionymi z nim pomiotami, którzy nawet nie wykonali prostego zadania polegającego na ochronie Duchownego Ministorum. Odrzucił plugawe, trędowate ciała oszołomionych heretyków, przygniatających ciało Kapłana, po czym wziął go na ręce. Starzec ledwo oddychał i zaczynał wpadać w konwulsje. Po brodzie skapywała mu krew wyciekająca z ust z odciętego języka. Nie miał pojęcia dlaczego kultyści odcięli mu akurat tą część ciała, lecz nie miało to teraz znaczenia. Mistrz życzył sobie przyprowadzenia kapłana z powrotem żywego, więc nie było czasu do stracenia.

-Tarmir? Gdzie...gdzie ty byłeś? - pytał, wygrzebujący się spod stosów ciał Desmir. Wyraźnie widać było, że był ranny, miał trudności z utrzymaniem równowagi na lewej nodze.

-Dlaczego nas opuściłeś!? - ponawiał pytanie. 

Tarmir milczał z uśmiechem na twarzy, napawając się ostatnimi widokami swoich żałosnych braci-nieudaczników. 

-Aaarch! - rozległ się krzyk z pod pobliskiego stosu ciał - mój krzyż!

Odwróciło to uwagę Desmira, który natychmiast rzucił się na pomoc Formirowi.

-Nie! Bracie! - nie mógł uwierzyć. 

Daruth Tarmir również to czuł. Kręgi Formira był zmiażdżone, a ścięgna między nimi pozrywane. Był sparaliżowany od pasa w dół, głównie dzięki fali uderzeniowej wywołanej jego gwałtownym lądowaniem. 

-Ma złamany kręgosłup! Tarmirze, musimy coś zrobić! 

Ten znów odpowiedział tylko i wyłącznie ciszą. Dzięki niej można było dokładnie usłyszeć echo wycia kolejnych nadciągających hord kultystów.

-Dlaczego milczysz!? Pomóż nam! Zamierzasz zostawić nas tu na śmierć!? 

W duszy Darutha Tarmira nie budziły się choćby najmniejsze ślady współczucia. Nie byli już jego braćmi. Nie byli już nikim ważnym.

-Nie zasługujecie już na żadną pomoc...nawet ode mnie... - odpowiedział srogo, po czym nie tracąc więcej czasu ruszył ile sił w nogach i w mocy.

-Nieee!!! - usłyszał tylko słabnący krzyk za swoimi plecami.

Daruth zbliżał się już do wrót wyjściowych Grodu wraz z ledwo przytomnym Kapłanem na rękach i księgą ''Des Sacronum'' przypiętą do pasa. Wyzwalając potęgę biomancji, jednym susem przeskoczył nad wrotami, lądując na zastawionym przed nimi motocyklem. Pospiesznie posadził Kapłana na tylnym siedzeniu za sobą, szarpnął za sprzęgło włączające silnik i ruszył pełnym gazem z powrotem skąd przybył. Czuł zadowolenie z tego co właśnie dokonał. Co z tego, że Formir i Desmir byli jego rodzonymi braćmi. Spotkał ich zaszczyt bycia Rycerzami Inkwizycji, lecz wykazali się skrajną ignorancją i najwyraźniej tego nie dostrzegli, nie wypełniając żądań swojego Mistrza i okazując tym samym słabość. A w szeregach Zakonu nie ma miejsca na słabość. Słabi zawsze będą pod butem silniejszych i prędzej czy później zostaną zniszczeni aby ich bezradność nie zżerała Zakonu od środka. Takie są prawa selekcji naturalnej. Desmir i Formir w pełni zasłużyli sobie na to co ich spotkało. 

Tarmir myśląc o powrocie do kwatery swojego mistrza i pokazaniu mu, że on jako jedyny był wystarczająco silny i oddany by wypełnić powierzoną misję, wyczuwał również jak energia życiowa Kapłana ulatnia się z jego ciała. Duchowny nie miał już szans na dalsze przeżycie. Do kwatery mistrza zostały jeszcze dwie godziny jazdy, a starzec już i tak stracił zbyt dużo krwi. Na jego nieszczęście, Tarmir nie opanował jeszcze dziedzin psioniki, mogących uleczać innych. Rycerz zjechał na bok drogi, by chwilowo zatrzymać się na niewielkim, trawiastym pagórku z wyrastającym na jego szczycie, zakwitłym,małym drzewem i resztkami jakiejś rzeźby pod nim. Kapłan zsunął się z tylnego siedzenia na muskularne ramiona Mężczyzny. Daruth ostrożnie przeniósł i położył konającego starca na kwiecistej trawie, tuż pod drzewem i tuż obok starożytnych ruin dawno zapomnianego dzieła sztuki. Sędziwy mężczyzna wydawał z siebie ledwo słyszalne jęki i chrząknięcia agonii. Zapewne mógłby jeszcze coś mu przekazać przed śmiercią, gdy by wciąż miał język. Tarmir pochylił się i ukląkł na lewe kolano, obserwując jego ostatnie sekundy życia   

Kapłan resztami sił, ścisnął trzęsącymi palcami dłoń jedynego świadka jego śmierci. Tarmir nie widział już w jego oczach żadnego strachu ani bólu, lecz pernamentny spokój, brak jakichkolwiek emocji. Być może starzec widział już swojego ukochanego Imperatora, któremu poświęcił całe swoje życie.

-W każdym życiu jest jakiś sens...przynajmniej w twoim było go więcej niż żywotach moich nie szczęsnych braci... - Daruth wypowiedział ostatnie usłyszane przez starca słowa, po czym powolnym ruchem dłoni, zamknął jego martwe oczy.  

Rozdział I

Miesiąc później - środek lata 005.M42

W ciągu nie całych czterech tygodni, znajdująca się w systemie Forlox, planeta Murdash stała się ofiarą podstępnej i niespodziewanej inwazji sług chaosu. Podobnie stało się i z czterema pozostałymi, głównymi światami sektora; Surash, Beliash, Ceunturio i Lohrkin. Wszystkie planety zostały zaatakowane i zainfekowane przez flotę przeciwnika w odstępie kilku dni. Tylko dwa ostatnie wymienione światy były na tyle przygotowane, by ich garnizony planetarne samodzielnie odparły ataki chaosu w ciągu dwóch tygodni, zanim inwazja przybrała na sile. Na pozostałych trzech, w tym na Murdash, plugawe kulty okazały się jednak znacznie lepiej wyszkolone, choć mogła być to też kwestia gorszych pod względem ilościowym i technologicznym garnizonów planetarnych. Wiara w Imperatora na światach Surash, Beliash i Murdash nie była również tak silna jak na Ceunturio i Lohrkin, dlatego ich populacje szybko uginały się działaniom chaosu, przechodząc na stronę arcywroga ludzkości. Sektor Forlox był słaby, mały i do tego na skraju upadku. Zdawało by się, że ignoranccy i zapatrzeni we własnej unikatowej tradycji oraz nie zrozumiałych dla reszty Imperium, dialektach, obywatele tego Sektora nie zasługują na wybawienie. Stało się jednak inaczej, Imperium już by dawno zapomniało o tym sektorze gdy by nie fakt, iż jest miejscem ważnym strategicznie. Leżący w środkowo-północnych okolicach Forlox, od zawsze stanowił swego rodzaju zaporę przed Baalem - światem macierzystym Zakonu Krwawych Aniołów. Władze Imperium zareagowały błyskawicznie na zagrożenie Forlox, wysyłając flotę wyzwoleńczą w liczebności czterech frontów na każdą zagrożoną planetę. Planecie Murdash przypadł Front III składający się z III Kompanii Krawych Aniołów, 15. Vostroyańskiego, 24. Vostroyańskiego ciężkiego Regimentu pancernego Żelazna Krew, Band Długich Brzytw z Brontianu, 301.Cadiańskiego i 144.Cadiańskiego, oraz ochotnicza pomoc floty samozwańczego i potężnego, Lorda Rycerzy Inkwizycji. Wszystko poszło by gładko i zgodnie z planem, gdy by nie opóźnienie przybycia III Kompani Krwawych Aniołów pod dowództwem Kapitana Machiavi. Vostroyanie, Cadianie i Brontianie otrzymali za zadanie wesprzeć resztki lojalnego PDFu w utrzymaniu lub zabezpieczeniu Murdash przed przybyciem III Kompani Marines. Zadanie nie zapowiadało się na łatwe; lojaliści spodziewali się stawić czoła nie tylko znacznie liczebniejszym hordom zdziczałych kultystów, ale i ponad sześciuset tysiącom renegatów Gwardii Imperialnej, przybyłych z poza tego sektora, stanowiących regularną armię z Imperialnym sprzętem i pojazdami obróconymi przeciwko lojalistom. Sytuacji nie poprawiały też pogłoski mówiące o widzianych w okolicach Murdash band zdradzieckich marines roznoszących zarazę i oddających hołd bóstwom Nurgla...

------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Przez stalowe, ciągnące się na setki kilometrów szyny, przeszły wyładowania elektryczne o sile tysięcy woltów. Pociąg osobowy napędzany prądem, jechał wzdłuż swojej trasy, prowadzącej przez centrum olbrzymiej metropolii zwanej Cirenholm. Trasa wiodła bardzo wysoko, wiele kilometrów nad poniższymi, biednymi dzielnicami, suburbiami i piętrami potężnych drapaczy chmur. Przeciętnego wzrostu, szczupły i dobrze zbudowany brunet, z krótko przyciętymi włosami, inteligentną i przystojną twarzą z niebieskimi oczami i kilkudniowym zarostem - Ibrachim Katachurian siedział wygodnie usadowiony na skórzanym siedzeniu pasażerskim w jednym z wielu wagonów, przewożących Gwardzistów wracających z frontu. Obserwował srogą, gotycką architekturę giga miasta. Była godzina siódma wieczorem czasu Cadiańskiego. Od ponad godziny czekał ze zniecierpliwieniem na finalny przyjazd do głównego dworca Cirenholm i powrotu do domu. Nie był w nim od ponad dziewięciu miesięcy, wszystko przez kolejną wojnę na którą został wysłany. 412.Cadiański w którym służy od ponad sześciu lat, znów wezwał go do służby dla Imperatora, tym razem na skutej lodem planecie Vercims IV, gdzie Ibrachim po raz któryś z rzędu oszukał śmierć, wracając cały i zdrowy. Nie miał zamiaru rozmyślać o kolejnym horrorze z którego wyniósł kolejne odznaczenia i krew dziesiątek wrogów ludzkości na rękach. W tej chwili po prostu cieszył się z powrotu do normalności, otrzymania kolejnej zapłaty za służbę oraz z zobaczenia kogoś, na kim bardzo mu zależy. Najważniejszej osoby w jego życiu, której nie widział od prawie roku.

Po kilkunastu minutach wyczekiwania, Ibrachim ujrzał przez szybę pierwsze szczegóły oddalonego olbrzymiego dworca. Przekładnie dźwigniowe obracały się coraz wolniej, a wraz z nimi koła wagonów. Cały, dwustu metrowy pociąg powoli zwalniał. Spod szyn rozlegał się pisk klocków hamulcowych zacierających o szyny. Ibrachim i pozostali Gwardziści w galowych mundurach z wagonu, zaczynali szybko wstawać i brać pod ręce swe walizki. Po chwili wszystkie wagony zatrzymały się, a świadczyło o tym mocne szarpnięcie, trzęsące całym wagonem przez chwilę. Para Milicjantów Arbites sprawujących porządek w wagonie, rozsunęła wrota na zewnątrz, zapraszając gestem dłoni do wyjścia. Szeregi ubranych w mundury weteranów, zaczęło wylewać się na oczekujące tłumy spragnionych swoich mężów kobiet. Ten widok zawsze witał Ibrachima podczas każdego powrotu ze służby. W tym peronie setki małżeństw znów łączyło się po długim czasie rozłonki. Gwardziści wracający z frontu rzucali się do czekających na nich wybranek, całując je i ściskając. Nie inaczej było w Katachurianem. Przebiwszy się przez tłumy kochanków, ujrzał oddaloną o kilka metrów dalej, zielonooką, ciemno blond-włosą piękność z włosami sięgającymi do wysokości ramion, ubraną w elegancką, letniej suknię do kolan i bez rękawów odsłaniających jej zgrabne nogi i dłonie. Bicie serca Ibrachima znacznie przyśpieszyło, gdy ona również spojrzała w jego oczy zamierając w bezruchu. Po sekundzie ona również go rozpoznała, oboje ruszyli sobie naprzeciwko.

-Githany! - Ibrachim biegł ile sił w nogach. Po chwili oboje złapali się w miłosnym uścisku i namiętnym pocałunku.

-Najdroższy...tak bardzo tęskniłam! - z powiek błękitnych oczu ukochanej Ibrachima, zaczęły spływać łzy szcześcia.

-Ja bardziej - odrzekł rozpalony , po czym obaj powrócili do uścisków i pocałunków.

Nareszcie, po prawie roku, Ibrachim mógł poczuć spragniony smak ust, dotyk gładkiej skóry i zapach perfum swojej żony. Najważniejszej osoby, najważniejszej kobiety w jego jak dotąd krótkim, dwudziestosześcioletnim życiu. Była dla niego wszystkim, kochał ją bardziej nawet od samego Boga-Imperatora. Tylko dzięki niej, jego istnienie miało wciąż jakiś sens. Obecność Githany sprawiała, że Ibrachim promieniował szczęściem, a szczególnie w momentach takich jak ten. 

Nie marnując dłużej czasu, para zakochanych wyszła poza dworzec wraz z innymi parami, biorąc taksówkę z trasą prosto do ich mieszkania. Kierowca taksówki kierował się autostradą wiodącą między wysokimi na setki pięter drapaczami chmur tuż obok śmigaczy pędzących tą samą trasą, podczas gdy pasażerowie wciąż nie mogli się sobą nacieszyć. Po kilkunastu minutach jazdy ,Githany i Ibrachim wysiedli z taksówki na głównym placu swojego osiedla z którego szybko razem doszli do klatki schodowej obok. Znajdowała się na poziomie 151, a w górę ciągnęło się jeszcze wiele takich platform to też można było uznać, że mieszkają na średniej wysokości. Ich wspólne mieszkanie znajdowało się w standardowej, dwustu-pięćdziesięcio poziomowej kamienicy na trzecim z pięciu pięter poziomu 151. Jak na dżentelmena przystało, Ibrachim otwierając drzwi klatki schodowej, puścił Githany przodem, po czym ruszył za nią, nie puszczając jej dłoni. W drodze po schodach i korytarzu klatki schodowej, mijali witających Ibrachima sąsiadów oraz przyczepione przy drzwiach każdego pojedynczego apartamentu, wypucowane do połysku propagandowe tablice z cytatami Imperatora i innych ważnych świętych. Gdy oboje weszli do mieszkania, Katachurian odetchnął z ulgą. Nareszcie w swoim przytulnym, dostojnym domu.

-Pozwól, że zdejmę z ciebie ten gruby szynel, kochanie - zagadnęła Githany, ściągając mundur z jego pleców.

-Jasne, dziękuję - odpowiedział uśmiechem.

Githany zawiesiła wojskowy ubiór na wieszaku obok, po czym znów założyła ręce na szyi swojego wybrańca, pokazując swój uroczy uśmiech.

-Bez ciebie było tu tak pusto...tak cicho.

-Cisza jest w porządku...stęskniłem się za nią po prawie roku życia w wojskowych barakach. Teraz mogę się nią nareszcie ekscytować. Razem z tobą - Ibrachim odpowiedział również uśmiechem, przejeżdżając palcem po jej policzku.

Githany roześmiała się radośnie, rumieniąc się na twarzy.

-Zjemy coś? Zapewne zgłodniałeś przez tą całą podróż - zagadnęła po chwili

-Można tak powiedzieć kochana. Nie jadłem nic od ośmiu godzin, więc czemu nie. Poza tym mam już dość tego wojskowego żarcia, pora przekąsić coś cywilnego.

-A jak dałeś sobie radę bez mojej kuchni na służbie? Dobrze cię tam karmili?

-Niby tak...grochówka trzy razy dziennie początkowo smakuje nieźle, ale po dziewięciu miesiącach chce się tym już żygać - skrzywił się

-Czyli rozumiem, że zatęskniłeś za moją kuchnią?

-Oczywiście - Ibrachim odrzekł, po czym ucałował ją w szyję - nic nie zastąpi twoich śniadań, obiad i kolacji, najdroższa.

Nie czekawszy dłużej, Githany zabrała się za robienie obiadu, zaś Ibrachim za zdjęcie Gwardyjskiego uniformu i ubranie w cywilny strój. Normalnie kazała by mu za pewne pomóc w przyrządzaniu posiłku, lecz nie w tym czasie co teraz. Githany rozumiała zmęczenie wojną swojego męża, więc zawsze przez kilka dni po jego przyjeździe ze służby, robiła nie które rzeczy za niego, aby on mógł odpocząć. Oboje to rozumieli, dlatego było im ze sobą tak dobrze.

Katachurian nałożył na siebie typowy, luźny ubiór najprzeciętniejszego, Imperialnego obywatela - Koszulę na guziki koloru czerwonego z rękawami podwiniętymi do łokci, zwykłe szare, skromne spodnie i przeciętne skużane kapcie zamiast trzewików, żeby nie brudzić podłogi. Po skończeniu, przeszedł znów do salonu, by walnąć się na kanapę. Już prawie zapomniał jak wyglądało wnętrze jego miejsca zamieszkania. Wszystko było wysprzątane i na swoim miejscu jak powinno. Mieszkanie nie było duże, od perspektywy drzwi wejściowych; salon znajdywał się na przeciwko, skąpany w świetle dobiegającym z wysokich okien w kratkę i drzwi na taras. Trzy metry przed kanapą na której siedział Ibrachim, znajdowała się po prostu ściana, (która nie przechodziła przez całą szerokość mieszkania, lecz tak jakby oddzielała salon od sypialni) oraz drewniana komoda na której stał średniej wielkości telewizor a jeszcze nad nim pułki ze zdjęciami jego rodziny i Githany, nie wielką ilością książek; głównie religijnych jak na pobożną rodzinę przystało, oraz nie wielkie kwadratowe radio nieustannie nadające Imperialną propagandę. Można było je ściszyć, lecz nie wyłączyć. Za kanapą znajdowała się kuchnia w której żona Ibrachima przygotowywała w tej chwili kolację. Choć mieszkanie było nie wielkie, w zupełności wystarczyło tym dwojga szczęśliwym kochankom.

Do nozdrzy mężczyzny doszedł zapach idealnie usmażonego i przyprawionego mięsa. Dobrze znał ten zapach, oznaczający, że danie jest już gotowe. Wkrótce Githany położyła talerz ze stekiem z Tigerianina - ulubionego posiłku Ibrachima, po czym obaj usadowili się na sofie, blisko siebie, włączając telewizor. Smak idealnie zaserwowanego dania była dawno zapomnianą przyjemnością dla Ibrachima aż do tej chwili. Skonsumował danie z przyjemnością i niebem w gębie, powodując tym samym uśmiech ukochanej. Następne dwie godziny spędzili na zwykłej rozmowie, nie mogąc się sobą nacieszyć.

-A więc...jak z twoją wiarą? Jak często chodziłaś na msze, gdy mnie nie było żono? - zapytał.

-Trzy razy w tygodniu, najdroższy. Wciąż w te same dni tygodnia, jak przed twoim wyjazdem. Kapłan Eugeniusz wciąż dzień w dzień wzorowo dwa o wiernych jak my.

Katachurian uśmiechnął się na te wieści. Na Cadii jak i również w całym Imperium zawsze panował przesąd twierdzący, że wierzące w Imperatora małżeństwo, to silne i trwałe małżeństwo.

-Co u niego słychać? Jak u niego ze zdrowiem? Ostatni raz przed wyjazdem widziałem go w nie najlepszym stanie.

-Oczywiście, nasz kapłan ma już swoje lata i jego stan wciąż się nie poprawia, lecz jest jeszcze w stanie chodzić i przemawiać na mszach. Jego wiara jest silna, na pewno jeszcze nie raz zdążysz wyznać mu swoje grzechy.

-Obym zdążył

-Ostatnio bardzo mi pomógł dając mi nadzieję w wierze, że wrócisz cały i zdrowy. Nie dawno modliłam się, żeby tak się stało.

-I wygląda na to, że Imperator wysłuchał twoich próśb. Cieszę się, że wciąż myślisz o mnie gdy jestem poza domem - Ibrachim rozpromienił się, całując Githany w policzek.

-Powinieneś podziękować mu za to.

-Oczywiście.

------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

-A więc...jak sobie poradziłaś beze mnie? - zagadnął po odłożeniu pustego talerza na stolik - Co słychać w pracy?

-W pracy wporządku, praca w fabryce amunicji jest ciężka, ale daję radę. Zapłata nie jest do końca satysfakcjonująca, ale stać nas na podstawowe potrzeby i płacenie czynszu za nasze mieszkanie. Dlaczego pytasz kochanie? Martwisz się czymś?

-Martwie się o ciebie, Githany. Wiesz, że zawsze możesz zamieszkać u mojej matki na czas mojej nieobecności. Na nią zawsze można liczyć, a poza tym...jest trochę samotna no i martwi się o mnie gdy obowiązek wzywa.

-Ja również się o ciebie martwie, gdy tam jedziesz kochany. Nie zapominaj o tym - Githany przysiadła się bliżej, gładząc Ibrachima dłonią po twarzy.

-Nie śmiałbym zapomnieć...-odrzekł.

-Dla ciebie wojna się już skończyła...mam nadzieję, że na zawsze. Dlatego właśnie jestem przy tobie, a ty przy mnie. Jesteśmy z powrotem razem, w naszym przytulnym mieszkaniu, więc nie ma na razie sensu myśleć o problemach i się martwić gdy ich nie ma czyż nie?

-Może masz rację. - odpowiedział po krótkim namyśle. Jej łagodny głos i słowa często na jakiś czas uspokajały Ibrachima - Może powinniśmy cieszyć się chwilą.

-Chwilą dla nas dwojga - uśmiechnęła się skromnie, po czym wsunęła dłoń po jego czerwoną koszulę. Obaj zaczęli całować się namiętnie.

-Chwilą na którą czekałem całe dziewięć miesięcy - przerwał na chwilę, sięgając po pilot, którym wyłączył grającą w telewizorze propagandę. W końcu wrócił tu dla niej, nie dla oglądania Imperialnej komercji.

Nie minęło więcej niż pięć minut, zanim oboje rozebrali się do naga i zaczęli ze sobą namiętnie kochać. Obydwojga od dawna tego brakowało. Ibrachim nareszcie mógł zaspokoić chęć dotyku jej pięknego, kobiecego ciała, poczucia fizycznego ciepła i bliskości Gihany.

Godzinę później o godzinie dwudziestej drugiej trzydzieści czasu Cadiańskiego, Ibrachim chwilowo wybudził się przez chłodny wieczorowy wiatr dochodzący z otwartych drzwi od tarasu. Szybko wstał by je zamknąć, po czym wrócił pod kołdrę, prosto w gorące objęcia słodko śpiącej Githany. Cieszył się z czasowego powrotu do cywila i odwilży od wojskowego puczu. Chociaż przynależność do 412.Cadiańskiego, oddanie Imperatorowi oraz Imperium i walkę za te wartości traktował jako rzecz świętą, przychodził czas gdzie musiał od tego odpocząć jak na zwykłego człowieka przystało. Była to jedna z ostatnich chwil spędzonych z żoną. Tydzień później nadszedł tragiczny rozdział, który nieszczęśliwie odmienił jego żywot . 13 Czarna Krucjata. Przez ten konflikt stracił swoje miejsce zamieszkania, starą, schorowaną matkę no i ukochaną Githany. Ibrachim czasami żałował i przeklinał, że to on za miast niej nie zginął w tym konflikcie, chociaż i tak nie miało to już zbyt wielkiego sensu.

Szczególnie teraz, siedząc pośród spoconych towarzyszy w ciasnym pomieszczeniu desantowym samolotu odrzutowego typu Walkiria.

-Centralo, tu pierwszy pilot Charpuna z eskadry Biesa, zbliżamy się do lądowania. Sześćdzieisąt metrów nad ziemią, czas około minuty! - z wnętrza kabiny sterowniczej, dochodziły meldunki pilotów z głosami zniekształconymi przez maski tlenowe. 

-Tu drugi pilot Charpuna z eskadry Biesa, melduję do centrali, że strefa lądowania jest nie czysta. Tam roi się od wrogich kontaktów, zaprzestać desantu? - meldował zerkając z okna kabiny.

-Tu Centrala do obu pilotów, w dupie mam wasze obawy przed jak wy to mówicie ''nie czystą'' strefą lądowania, desant piechurów 144.Cadiańskiego mazostać wykonany bez względu na koszty!

Ibrachim słysząc nie wyraźne i trzeszczące przez komunikator rozmowy pilotów, postanowił upewnić się czy wszystko jest zapięte na ostatni guzik. ''Zamki desantowe - są, Pełny magazynek do las pistoletu - jest, Lasgun załadowany do pełna - jest, cztery granaty i cztery zapasowe magazynki na bandolierze - są, nóż - jest'' - powtarzał w myślach, sprawdzając swój cały niezbędny ekwipunek. Podobnie czyniło pozostałych jedenastu przypiętych do pasów Gwardzistów w kabinie pasażerskiej.

-Nienawidzę latać tym cholerstwem, zawsze dostaję choroby powietrznej - marudził Soric siedzący po lewej

-Trzeba było się w takim razie zgłosić do cholernej marynarki wojennej, hehe - zarzartował Javik na przeciwko Ibrachima

-No dalej, kiedy ten desant? Mam dosyć siedzenia w tej latającej trumnie - Izaak mówił pod nosem, siedząc po jego prawej.

Ibrachim Dominatus, dobrze znał całą tą trójkę. Od kąd minęło ponad półtora roku od wydarzeń na Tadmur i Helios, stali się jego wojennymi braćmi. Soric Jarymowicz - Blondyn z typową dla Vostroyan fryzurą i podkręconym wąsem, najmłodszy z nich, za ledwie dwudziesto sześcio letni wnuk bogatego szlachcica i bohatera Vostroyi - Jenerała Teofila Jarymowicza. Javeron, lub jak kto woli Javik Cuu - Ourelianin odznaczający się krótkim, zadziornym kruczym Irokezem, oraz typowymi rysami i karnacją dla Tallarn. Będący o rok młodszy od Ibrachima, dwudziesto dziewięcio letni, emerytowany gangster z podziemii świata-ula-kuźni na której się wychował, o czym świadczą jego bandyckie tatuaże znaczące przedramienia i szyję. Izaak Bask - najwyższy i prawdopodobnie najsilniejszy z całej czwórki szatyn w wieku Ibrachima z haczykowatym nosem, swą nierozłączną kominiarką na głowie, długą blizną na skroni i lekko opaloną skórą. Nic dziwnego, skoro większość swojego dotychczasowego życia spędził na pracy w polu jako syn chłopa.

Nagle światełka kontrolne na suficie kabiny isę zaświeciły

-Powstać! - krzyknął stojący przy tylnej rampie kabiny, brodaty Gwardzista. Był nim starszy sierżant, a właściwie od niedawna Porucznik Weteran Gerard Fairburne, uprawniony do rządzenia czwartym plutonem piechoty, do którego Dominatus przynależał. Noszący taktyczny sweter i bojówki zamiast munduru pod karpaksowymi ochraniaczami oraz podwiniętą kominiarkę z googlami zamiast chełmu lub beretu, wyglądał prędzej jak najemnik niż gwardzista. 

Zgodnie z rozkazem pozostali gwardziści wstali, chywatając się przymocowanych do sufitu uchwytów. Nie licząc jednego nieznanego żołnierza i dwóch pilotów, Ibrachim rozpoznawał jeszcze głównego plutonowego snajpera - Sierżanta Fallayna Harka, Eksperta od materiałów wybuchowych - wielkiego kaprala Greestina, Plutonowego radio operatora - szeregowego Char'a, oraz dwóch zwykłych, młodych szeregowych - Fostera i Molore.

-Jimmy! Jak długo jeszcze! - Fairburn zawołał do Pilota nr.1

-Dwadzieścia pięć sekund! - odpowiedział

Teraz nadszedł czas, Sierżant pamiętał wszystko z wielokrotnie powtarzanych przygotowań.

-Słuchać uważnie chłopy! Przypominam wam ostatni raz, bo za chwilę będziecie zdani sami na siebie! Gdy otworzy się rampa, ja wychodze pierwszy, dwóch następnych czeka trzy sekundy, po czym zaczepia swoje zamki, ląduje, natychmiast je odczepia i osłania lądowanie pozostałych! Zrozumiano mnie!? - przypomninał Fairburn.

-Tak jest, Sir! - wszyscy odpowiedzieli jednoznacznie.

-Piętnaście sekund! - meldował pilot nr.1.

Gerard Zaciągnął zamek na przyczepionym do karabińczyka Bolterze szturmowym z wbudowaną kolbą, kolimatorem i uchwytem stabilizującym, Soric i Hark na szybko obejrzeli swoje karabiny wyborowe ''Long Las'' i sprawdzili uprzęże trzymające ich peleryny zwinięte, Izaak przeładował ten sam pełny magazynek dla pewności, Greestin przejrzał bębenek swojego granatnika.

-Dziesięć sekund!

Fairburn pośpiesznie wyjął zapalniczkę, podpalając nią trzymanege w ustach ulubione cygaro.

-Pięć sekund!

Rampa otworzyła się w do góry, grube liny z podajnika zleciały w dół. Walkiria wisiała nieruchomo w miejscu ponad dwadzieścia metrów nad ziemią.

-Za Cadię! - Fairburn w mgnieniu oka zaczepił swój karabińczyk zszyty z uprzężą, po czym zjechał.Trzy sekundy za nim ruszyli Char i anonimowy Gwardzista, za nimi Hark z Soricem i na reszcie Ibrachim wraz z Javikiem. Odczekali standardowe trzy sekundy, po czym błyskawicznie zaczepili karabińczyki o sznury i spuścili się w dół. Spadali bardzo szybko i sprawnie, Ibrachim widział mroczny krajobraz niezliczonych ruin, stosy trupów gwardzistów tutejszego PDFu walających się po placu na którym toczyła się walka w której środek został wrzucony. Nad tym wszystkim górowało chmurzaste niebo o chorobliwie niepokojącym mroczno-zielonym kolorze. Ich walkiria nie była jedyną, w pobliżu destantu dokonywały jeszcze trzy inne drużyny, wchodzące w skład plutonu. 

Po pięciu sekundach, Ibrachim i Cuu poczuli ziemię pod nogami, błyskawicznie odczepili karabińczyki i otworzyli ognień ze swych lasgunów, kucając i osłaniając tym samym zejście Izaaka i Greestina. Gdy Wszyscy sprawnie i szybko zeszli z pokładu Walkirii, eskadra pojazdów latających odleciała, zostawiając po sobie szare smugi. Przed całą jedenastką rozpościerał się długi na pięćdziesiąt metrów plac, otoczony z lewej i prawej strony podziurawionymi wieżowcami mieszkalnymi. Plac miał może długość pięćdzieisęciu metrów, usłany był dziurami po pociskach moździerzowych, ruinami murków, ławek, wrakami samochodów i resztkami worków z piaskiem. Na drugim końcu, ponad sto metrów dalej widać było ruiny gotyckiej katedry. To właśnie sprzed niej zdrajcy ostrzeliwywali zza barykad tych którym 144.Cadiański przyszedł z pomocą.

Cadianie otworzyli zaporę ogniową, wspierając resztki PDF'u stawijącego tu oprór od ponad trzech godzin. Łącznie było ich około czterdziestu czyli porównywalnie tyle samo co ostrzeliwujących ich renegatów na przeciwko.

Fairburn oddał kilka pojedyńczych strzałów zza worków z piaskiem, zabijając czterech pierwszych, szturmujących wrogów na tej planecie, po czym rzucił się przygarbiony do wraku ciężarówki, tuż obok skulonego przy niej żołnierza tutejszych sił Gwardii. Zadanie powierzone dla dowództwa było proste - zabezpieczyć obrzeża północne stolicy Murdash w której 144.Cadiański się teraz znajdował i wesprzeć walczące tam siły PDF'u, wypierając tym samym wkraczające do miasta siły nieprzyjaciela. W operacji brali udział również zmieszane siły 301. Cadiańskiego, 15. i 24. Vostroyańskiego oraz Banthianie. 

-Porucznik Fairburn z 4 plutonu piechoty 144.Cadiańskiego, jesteśmy tu by zapewnić wam wsparcie!

-Nareszcie kurwa, ile można czekać na tą cholerną pomoc? Utrzymujemy się tu od ponad trzech godzin! - młody żołnierz ciężko oddychał, opadając z sił. Spod munduru i karpaksu zakrywającego korpus, instnsywnie płynęła struga krwii, mężczyzna był poważnie ranny.

-Jak wygląda sytuacja? Z jakiej jednostki jesteście?

-A na jaką jednostkę ci wyglądamy? Po prostu spójrz na mój cholerny naramiennik! Nie ma już żadnej jednostki, wycięli nas w pień! - majaczył.

Sierżant wyczytał z karpaksowych ochraniaczy Gwardzisty, że jest to najwyraźniej 9.Kompania Sił Planetarnych Murdash.

-Eeech chrzanić to, i tak nie rozumiem tego waszego śmieciowego dialektu - warknął pod nosem, po czym postanowił wziąć sprawę w swoje ręce i chwycił za radiostację Char'a- 4 Pluton, jazda z nimi!

Gwardziści 144.Cadiańskiego wiedzieli co robić, Starszy Sierżant nie musiał im nawet wydawać dokładnych rozkazów. Regiment w dużej mierze złożony z zaprawionych już w bojach żołnierzy, był zgrany i gotowy do każdej sytuacji. Soric oraz Hark i jego drużyna snajperów z którą przed chwilą się połączył, szybko zajęli dogodne pozycje między wrakami samochodów. Odległosć pięćdziesięciu metrów była dla nich niczym. Już w pierwszych minutach wrodzy strzelcy CKMów zostali zdjęci. Soric strzelał do nich niczym do kaczek, osłona renegatów nie kiedy była za niska lub zbyt cienka. W pierwszych chwilach udało mu się zabić czterech renegackich gwardzistów, strzałami między oczy. Do walki włączył się również Izaak, który prując ze swojego rozstawionego KMu Lewins M34, skutecznie przygwoździł nieprzyjacielskie pozycje. Nie mógł dokładnie stwierdzić przez przeszkadzający huk wystrzału i dym, lecz zdawało mu się, że pierwszą serią skosił sześcio osobową grupkę zbitych ze sobą zdrajców.Jego osłonę wykorzystali pozostali strzelcy plutonu, flankując się pod osłoną coraz bliżej wrogie pozycje. 

Greestin był już w połowie placu, przykucnął za jednym z samochodów, kryjąc swe wielkich rozmiarów ciało przed ostrzałem, po czym posłał trzy celne granaty prosto w murek za którym kryli się przeciwnicy. W zetknieciu z celem, ładunki wybuchowe eksplodowały, niszcząc sporą część osłony i rozrywając kilkunastu renegatów na miejscu. Prący z flanek i na przód Gwardziści skorzystali z okazji, zalewając nieprzyjaciela zmasowanym ostrzałem z karabinów laserowych. Ibrachim przeskoczył przez ogrodzenie fontanny znajdującej się po środku placu, przykucnął przy następnym, by po chwili również skorzystać z przewagi taktycznej. Wyraźnie widać było, że wrogowie tracą morale, powoli się wycofując lub biegając w kółko. Ibrachim w odstępie sekund zestrzelił pierwszego zdrajcę strzałem w głowę, potem drugiego czterema strzałami w korpus, a następnie trzeciego zdrajcę, raniąc go w kolano, aby za chwilę dobić trzema strzałami w brzuch. W niedługim odstępie czasu liczba zabitych przez niego heretyków w tej bitwie wzrosła do dziesięciu. Pod koniec pierwszego starcia w ruch poszły granaty ręczne, którymi między innymi Foster i Molore się posłużyli, łamiąc ostatni opór. Kultyści ruszyli w tył, wycofując się do katedry po drugiej stronie ulicy. Nie wielu z nich nie zdołało do niej dobiec, większość renegatów zostało wystrzelanych podczas taktycznego odwrotu.

------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

-Widzisz? Moi ludzie właśnie uratowali dupę twoim, zagrożenie zażegnane, więc powiedz mi na Imperatora, kto tu dowodzi!? - dopytywał się Fairburn.

-Nikt nie dowodzi, wszyscy zginęli, nie widzisz na Imperatora!? Zostało nas tylko kilkunastu! Jesteśmy zgubieni!

-Przestań pieprzyć szczeniaku, weź się w garść i powiedz mi chociaż kto sprawował tu jakąkolwiek kontrolę! Tylko Murdashianie czy całe wojsko tego pieprzonego systemu jest aż tak nie doświadczone!? - Fairburn wybuchł złością, lecz w odpowiedzi otrzymał tylko milczenie. Oszalały gwardzista szybciej zemdlał zamiast mu odpowiedzieć. Fairburn westchnął od niechcenia, po czym zwrócił się do swojego adiutanta.

-Char, wyślij sygnał o wsparcie sanitariuszy na tą pozycję. Może będą zdolni pomóc tym biedakom. Ja idę się nieco zabawić, dołącz do mnie jak skończysz.

-Tak jest Sir! - Char zasalutował po czym zabrał się do nastawiania odpowiedniej częstotliwości radiowej.

------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Javik, Śruba i Ibrachim biegli w równych odstępach kilku metrów od siebie, przemieszczając się od jednej osłony do drugiej. Poruszali się w sporej, rozeszłej na całą szerokość ulicy grupie całego plutonu, szturmującego niewielką katedrę od jej wschodniej strony. Wraz z dalszą przebytą odległością, wróg stawiał zacieklejszy opór, lecz nie na tyle zaciekły by powstrzymać 4. pluton. Cadianie parli na przód, wybijając zmasowanym ostrzałem laserowym również szturmujących na nich zdrajców ginących z fanatycznym poświęceniem za mroczne potęgi chaosu. Witraże były już dawno wybite, a z ich miejsc dochodziły  strzały kryjących się w katedrze heretyków. Najwyraźniej musieli stać na jakiś rusztowaniach, skoro dosięgali tak wysoko, prowadząc efektywny ostrzał. Zdrajcy zajmowali również słabiej ufortyfikowane pozycje tuż pod witrażami katedry, za opadłymi ruinami jej dachu i między dziurami w ulicy.

Izaak rozstawił pośpiesznie dwójnóg swojego KMu na gruzach i rozpoczął kolejny ostrzał samemu również pod nim będąc. On, Ibrachim i najbliźsi gwardziści ze zwykłymi lasgunami, kryjący się za tą samą osłoną, otworzyli ponownie ogień w tym samym czasie co renegaci dwadzieścia metrów na przeciwko. Na tak krótkim dystansie nie było mowy o dokładnym celowaniu, wszyscy walili niemalże na ślepo. Wiązki laserów i mało kalibrowa amunicja  zasypywały pozycje obu stron, wzbijając pył i odpryskując gruz na coraz mniejsze odłamki. Gwardzista z lewej Izaaka został trafiony prosto w oko, ginąć na miejscu, następny za lewym ramieniem Ibrachima  poległ trafiony dwukrotnie w szyję. Po nich zginęło jeszcze kilku pobliskich żołnierzy 144.Cadiańskiego. Ibrachim, Izaak i pozostał inie byli dłużni heretykom, miażdżąc całą dwudziestoosobową grupę nieprzyjaciół gradem pocisków w tym samym czasie. Ciężko kalibrowe pociski Lewinsa M34 dzierżonego przez Izaaka, dziurawiły gruzowate barykady, rozrywały kamizelki karpaksowe, hełmy, wnętrzności i kończyny renegatów wpychających się pod linię strzału, zmasowany ostrzał karabinów laserowych Dominatusa i pozostałych gwardzistów, penetrował korpusy i głowy zdrajców, którzy nie zdążyli się w porę schować za osłoną. Po chwili poderwani adrenaliną gwardziści, ruszyli na przód do bocznych drzwi katedry. Były zamknięte od wewnątrz, dlatego należało podłożyć pod nie ładunki burzące, w które Cadianie na tą akcje zostali wyposażeni. Ibrachim i Śruba zostali na swoich pozycjach, gotowi do osłaniania saperów w razie ponownych ataków wroga.

-Sukinsyny twardo się trzymają - przyznał Ibrachim przeładując nowy magazynek - nie odpuszczają tak łatwo jak na Helios.

-Nie martw się, już ja im odpuszczę. Lada moment damy popalić skurwielom - zapewnił go Śruba, sprawdzając ilość pozostałych naboi w magazynku bębenkowym KMu.

Dominatus miał złe przeczucia co do ryzykowania saperów. Miał obawy co do tego co za chwilę ma się stać. Akhzael - czempion Malice, stojący na straży Ibrachima, ostrzegał go kolejną wizją. W ciągu dwóch lat od kiedy zjawa nawiązała z nim kontakt psioniczny, Cadianin zdążył wiele się nauczyć. Przymierze ze sługą Malala dawało mu dużo korzyści. Wiedząc ilu bogów jest chaosu, czym się charakteryzują i jacy są ich wyznawcy,

 już i tak znacznie wykraczał poza dopuszczalną dla zwykłego Imperialnego obywatela wiedzę o ''Arcywrogu ludzkości''

Wiedział również z kim aktualnie wojuje, a mianowicie z wyznawcami Nurgla - pana rozkładu i zarazy. Oczywiście pozostali gwardziści oraz Soric, Javik i Śruba również wiedzieli, że są oni dotknięci nie znaną plagą i lepiej unikać z nimi walki wręcz, ale nic ponadto. W zasadzie nic na tym nie tracili, Dominatus wolał by pozostało tak jak jest teraz, dla ich własnego dobra.

Tak czy inaczej, wyczuwał przesłany od Alkhaira impuls, a chwilę później...ciepło. Intensywne ślady ciepła, zaznaczonego na czerwono i widziane przez ścianę katedry w której stronę biegli teraz saperzy 144.Cadiańskiego. Tak, Ibrachim dosłownie widział ślady ciepła przez najbliższe warstwy obiektów w obrębie kilkudziesięciu metrów. Był to jeden z pospolitszych darów od Alkhaira do walki z chaosem. Działał niczym termowizjery zamontowane na hełmach marines.

Ibrachim wiedział co się zbliża, do jego uszu dochodził metaliczny grzechot gąsienic i warkot potężnego silnika od wewnątrz. Było już za późno dla biedaków dobijających się do bocznych drzwi katedry, mógł zrobić tylko jedno w obliczu nadchodzącej apokalipsy.

-Cholera, na ziemię! Padnij! - Cadianin rzucił się z powrotem na za stertę gruzów, pociagając za sobą Izaaka.


------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Soric zwinnymi palcami odkręcił zużytą ciężką lufę wspomagającą penetrację strzału, po czym wkręcił nową. Wymienił magazynek i zaciągnął zamek swego karabinu wyborowego Long-Las, wychylił się nad rów betonowej ulicy, w którym się krył, starannie wycelował, po czym  oddał potężny strzał. Wiązka laserowej energii z prędkością światła przebyła dystans stu metrów, dzielący jego i witraże w katedrze. Widział wyraźnie jak trafiony przez niego heretyk z wielką, dymiącą dziurą w głowie i hełmie, wypada z okna i kilkanaście metrów w dół roztrzaskuje się o gruzy.

Po lewej rozległy się strzały pozostałych zawiniętych w peleryny i kominiarki na twarzach snajperów 144.Cadiańskiego. Łącznie z Jarymowiczem i Harkiem, było ich pięciu. Wszyscy w tej chwili ostrzeliwali pozycje wrogich snajperów, zapewniając osłonę szturmowi czwartego plutonu.

-Mogło być lepiej, Soric - przyznał Hark, patrząc przez lornetki przez wybite otwory na szyby pobliskiego wraku samochodu.

-Dziękuje Sir, ale wciąz staram się przyzwyczaić do mojego nowego karabinu.

-Spokojnie, tylko się nabijam - dowódca snajperów lekko się uśmiechnął, nie odrywając oczu od lornetek - Strzał był w porządku, pamiętaj tylko, żeby o swą broń dbać i przynajmniej raz dziennie czyścić, tak jak cię uczyłem Jarymowiczu.

-Zrozumiano Sir.

Patrząc jeszcze przez chwilę przez lunetę, Vostroyanin obserwowł ogień prowadzony przez pobliskich trzech strzelców. Po jego prawej leżał szeregowy Andrehs z long lasem opartym na dwójnogu. Tak samo jak Soric, był tak zwanym ''uczniem'' Harka, należącym do tego regimentu nieco dłużej niż Vostroyanin. Oboje nie mieli nic do siebie, nawet się trochę lubili, lecz często ze sobą rywalizowali w umiejętnościach snajperskich, szczególnie w obecności Sierżanta Harka. Andrehs spuszczając powietrze, nacisnął spokojnie spust, trafiając kolejną ofiarę wychylającą się zza witraży. Renegat zamienił się w krwawą miazgę, kiedy trafiony przypadkowo granat przywiązany na jego bandolierze eksplodował, zawalając sporą część pobliskiej ściany.

-Jasna cholera, synu! - zaśmiał się Hark, widząc wyczyn swego podopiecznego.

-Na Imperatora, widzieliście to!? - Andrehs oderwał oko od lunety, nie mogąc uwierzyć w to czego dokonał.

-Co za łut szczęścia - Soric wyszczerzył się po nosem, przymierzając się do następnego strzału.

Nagle kątem oka zauważył, że lewy dolny obszar ściany między witrażami, a bocznymi wrotami katedry zaczyna się trząść. Postanowił przyjrzeć się sytuacji dokładniej. Nacelował na gwardzistów dobijających się do drzwi, nawet oni coś wyczuli, widząc jak powoli się odsuwają. Po chwili cegły i wrota uległy olbrzymiemu naciskowi od środka katedry. Wielki , potężny , dwu gąsienicowy, opancerzony kolos przebił się przez boczną ścianę katedry, burząc ja niczym domek z kart, Z rur wydechowych umieszczonych z tylnego kadłuba intensywnie wrzał dym dym spalonego paliwa. Opancerzony czołg ruszył na przód, miażdżąc pod kolczastymi gąsienicami saperów 144.Cadiańskiego, którzy nie zdołali uciec.

------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

-Co to na Imperatora jest!? - przeraził się kapral Greestin, zerkający zza niewielkiego rowu po prawej strone zawalonej gruzami i wrakami ulicy.

-Wygląda na jak dotąd nasz najgorszy koszmar z którym za chwilę przyjdzie nam się mierzyć...cholerny Lemann Russ! - wykrzywił się Javik, słysząc wycie agonii, zduszone pod sześćdzięsięcio tonową maszyną. Wcześniej miał ochotę dołączyć się do zakładających ładunki wybuchowe gwardzistów, w nadziei, że tak jak on dążą do walki wręcz - ulubionego stylu prowadzenia wojny przez Javika, lecz po zobaczeniu stalowego monstrum, które właśnie brutalnie zmiażdżyło tych biedaków stracił na to ochotę. Wielka maszyna wyglądała przerażająco. Był to mocno zardzewiały Lemann Russ Exterminator po licznych śladach plugawych modyfikacji chaosu i dwoma sprzężonymi działkami automatycznymi. Pancerz miał kolor ciemnej zieleni z licznymi , mrocznymi runami chaosu. Oprócz gąsienic, również przedni pancerz był najeżony kolcami ponadziewanymi ludzkimi głowami, wnętrznościami i korpusami bez kończyn. Pojazd nie miał dodatkowego uzbrojenia w postaci bocznych wieżyczek , lecz oba sprzężone działka automatyczne jako broń główną, idealnie nadające się do masakrowania lekkiej i ciężkiej piechoty. Czołg otworzył z nich ogień, rozpoczynając huk swej zabójczej orkiestry. Gwardziści akurat przebiegający od lewego do prawego krańca ulicy, zostali rozerwani na strzępy kilkoma strzałami, zostały po nich tylko szczątki organów wewnętrznych, kończyn i karpaksowych żołnierzy. Pozostali, odpowiedzieli ogniem swoich karabinów, lecz wiązki siła wiązek lasera mogła co najwyżej zetrzeć farbę z grubego pancerza, nie wspominając już o całkowitej niemożności przebicia go. Potężne działa otworzyły ogień ponownie, przeczesując całą szerokość ulicy i  masakrując lojalistów ,którzy w porę nie znaleźli w porę dobrej osłony, lub których osłona była za słaba. 

Javik i Greestin skulili się w swoim rowie, chroniąc się przed szalejącymi odłamkami i eksplozjami. Po chwili zauważyli szeregowych Fostera i Molore biegnących w panice w ich stronę.

''Nie tutaj, proszę tylko nie w tą stronę'' - błagał w myślach . Nieszczęsnym trafem szeregowi zbliżali się coraz bliżej, oczywiście ściągając za sobą zabójczy ogień dział automatycznych.

-Nie, nie tutaj! Wypierdalać mi stąd, ten rów jest za mały dla nas czterech! - krzyczał Javik.

-Zawracajcie! - kazał im Greestin.

Foster i Molore zdawali się nie słyszeć i nie zwracać uwagi, będąc zbyt przerażonymi ucieczką przed strzelającym do nich czołgiem.

-Szlak! - zaklął Cuu

-Wynośmy się stąd! - krzyknął Greestin, ruszając swe wielkie, muskularne cielsko.

Lada moment wybiegli ile sił w nogach, przebiegając kilkanaście metrów dzielących ich od ściany ruin kamienicy na wprost, po czym rzucili się za nową osłonę oddychając z ulgą. Po chwili gruzy wzdłuż trasy którą przebiegli, zostały przetrzebione przez serię nie wielkich eksplozji, wzbijających tumany odłamków i pyłu.

-Molore, Foster, co wam kurwa strzeliło do łbów, zmuszając nas do wystawiania się na ostrzał tego pieprzonego złomu!? - pytał rozwścieczony Cuu.

-A co mieliśmy niby robić? Zawrócić w takim momencie!? - odpowiedział Molore

-Przepraszamy, ale nie mieliśmy żadnego wyjścia, Cuu! - krzyknął Foster.

-Już ja wam dam przeprosiny, wy cholerni amatorzy! Nogi wam z dupy powyrywam, gdy was dorwę...a jak nie ja, to Fairburn, któremu wszystko opowiem!


------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Ibrachim i Izaak kryli swoje głowy przed szalejącymi wokół odłamkami i odpryskami.

-Załoga tego pancernego cholerstwa bawi się w najlepsze, a my tu giniemy całymi dziesiątkami! Musimy się ruszyć! - Śruba próbował przekrzyczeć huk - jakieś pomysły?

Dominatus wychylił się na chwilę zza osłony próbując rozglądać się wokół. Widział Javika i Greestina na prawo, próbujących również się ukryć.

-Greestin...on będzie wiedział co robić!

Ibrahcim chwycił za swoją krótkofalówkę, po czym zaczął nadawać do Javika.

-Cuu, odbierz leniwy sukinsynu! Tu Ibram!

Po kilku sekundach nadeszła trzeszcząca przez krótkofalówkę słabej jakości odpowiedź.

-Radzę ci się tak do mnie nie odzywać, już i tak nie jestem w dobrym nastroju!

-Rozejrzyj się, widzisz mnie i Śrubę po drugiej stronie ulicy? - pytał.

Javik rozejrzał się przez chwilę machającej dłoni trzydzieści metrów dalej.

-Potwierdzam. Masz jakikolwiek plan na rozwalenie tego heretyckiego gruchota?

-Owszem. Zapytaj Greestina, czy ma jeszcze jakieś granaty dymne. Jak tak, to niech wystrzeli je w stronę naszego celu!

Podsłuchujący za ramienia Javika Greestin, postanowił przełożyć nie potrzebną rozmowę, domyślając się, że chodzi o zasłonę dymną. Załadował dwa ostatnie granaty dymne do granatnika, wycelował nieco w górę i wystrzelił oba w stronę wrogiego Lemana Russa. Pierwszy granat opadł na kadłub czołgu, drugi nieco przed nim, od razu wypuszczając z siebie kłęby dymu.

-Heh, nie sądziłem, że przejdziemy do działania aż tak szybko. Dobra robota kapralu Greestin, a teraz biegiem do głównych bram katedry! - Ibrachim wyłączył krótkofalówkę i ruszył przez stosy gruzu razem z Izaakiem, pociągając za sobą jeszcze kilku ocalałych Cadian plutonu. Javik również ruszył w tym samym czasie, lecz po chwili zatrzymał się, spoglądając za siebie na Greestina.

-A co z tobą wielkoludzie?

-Ja tu sobie na niego poczekam. Już mam plan jak rozpirzyć sukinsyna - uśmiechnął się, zdejmując z pleców rozłożoną na dwie części wyrzutnie rakiet.

Biegnąc, cała trójka - Javik, Ibrachim i Izaak spotkali się, biegnąc ile sił w nogach obok zasłony dymnej, kierując się na północny zachód, czyli w stronę którą obejdą znaczną część katedry, docierając do głównej bramy. Po chwili dołączyli do nich również Foster i Molore. Mimo zasłony dymnej, ogień ze sprzężonych działek wciąż przelatywał im nad głowami i rozrywał wszystko na swojej drodze. Opętani i oślepieni strzelcy czołgu zapewne otwierali ogień na ślepo, waląc gdzie popadnie.

Cała drużyna bez poniesienia żadnych obrażeń, szczęśliwie dotarła do przednich wrót katedry, dysząc z podniecenia. Według informacji udzielonych przez dowództwo, to w jej centrum znajdował się jeden ze sztabów dowodzenia okolicznych jednostek wroga. To tłumaczy dlaczego jest aż tak dobrze chroniony. Dominatus wyczuwał w niej obecność sporego zgrupowania wrogiej piechoty.

Nagle wszyscy usłyszeli nadchodzący od lewej dźwięk gąsienic. Czyżby kolejny czołg wroga? Cała grupa instynktownie przykucnęła. Ibrachim spodziewał się najgorszego, lecz tak jak pozostali odetchnął z ulgą widząc maszerujące szeregi żołnierzy Imperium. Nie byli to Cadianie, ci gwardziści wyglądali znacznie inaczej. Nosili ciężkie, skórzane kozaki, czerwone, bogato zdobione płaszcze przykryte błyszczącymi pancerzami karpaksowymi stylizowanymi na rycerską zbroję. Zamiast hełmów, na głowach nosili futrzaste, wysokie bermyce z przypiętymi po środku Imperialnymi Aquillami wykonanymi z mosiądzu, a w rękach dizerżyli drewniane, również bogato zdobione, tradycyjne lasguny.

-A cóż to za armia? - Ździwił się Molore

-Nigdy takiej nie widziałeś? To pierworodni z Vostroyi - odpowiedział mu Izaak - trzeba pochodzić chyba z jakiś podziemnych zadupi miasta-ula, żeby ich nie rozpoznawać.

-Wciąż tu jestem, Śruba...-skrzywił się Javik.

Po chwili za zakrętu wyjechała również vostroyańska chimera z zamontowanym multilaserem na wieżyczce, pomalowana na czerwono - szary kolor, ozdobiona licznymi złotymi odznaczeniami regimentu.

-To 15.Vostroyański - Ibrachim odczytał z kadłuba transporteru - mają rozmach, trzeba przyznać. Ale Soric by się ucieszył, gdy by teraz ich widział.

-Jeszcze będzie miał zapewne nie jedną szansę - odrzekł Śruba, opierając się o lufę swojego KMu.

Jak na ironię, po chwili z budynku na przeciwko wyłonił się dumnie maszerujący, znany im Vostroyanin.

-A czy to przypadkiem nie Soric? - zauważył Molore.

-Tak...o wilku mowa - wyszczerzył się Javik.

Cała zdumiona piątka podeszła bliżej na spotkanie maszerującym Vostroyanim i Soricowi. 

-Stać! - zanim jednak zdążyli przekroczyć próg krawężnika, szeregi Vostroyan zatrzymały się na komendę dochodzącą z między nich.

Ibrahcim, Śruba, Foster, Cuu, Molore i reszta Cadian również się zatrzymali, myśląc, że dotyczy to również ich. Po chwili zza tłumów wojska, wyłonił się błyszczący od odznaczeń i ozdób skórzanego płaszcza, wysokiej rangi przedstawiciel Gwardii Imperialnej. Wyglądał zdecydowanie na kogoś ważnego. Blady wąsaty mężczyzna o rysach twarzy wskazujących na wiek ponad pięćdziesięciu lat, stanął wyprostowany i z założonymi rękoma przed Cadianami. Zamiast lewego oka wszczepiony miał zaawansowany implant optyczny, szeroka blizna ciągnęła się od podbródka, do prawego oczodołu, nadając mu groźny wygląd. Na skórzanym pasie zwisały dwa rodzaje oręża - podłużny miecz łańcuchowy po prawym boku i pistolet plazmowy zapięty w kaburze po prawym boku.

-Kim wy jesteście? - zapytał z oburzeniem w głosie - Kto na Imperatora pozwolił wam zakłócać marsz mojego plutonu? Skąd żeście się tu w ogóle wzięli!? Jeżeli przyszliście tu walczyć z wrogami Imperium, to lepiej zejdźcie z drogi, gdyż moi pierworodni za chwilę rozpoczną szturm na tą katedrę, lecz jeżeli macie inny powód do przeszkadzania mi i moim ludziom w obliczu wypełniania woli Boga-imperatora, to lepiej miejcie dobre wytłumaczenie, zanim was!...

-Spokojnie komisarzu Fiodorowie, ci ludzie służą pod moimi rozkazami - zjawił się nagle znikąd Porucznik Fairburn, uspokajając Vostroyanina gestem ręki.

-Oh...czyżby? Z całym szacunkiem przepraszam Poruczniku, ale czy jest pan pewien? Wyglądają mi podejrzliwie, a szczególnie ta cała piątka przedemną! Od kiedy tak spore grupy zwykłych strzelców poruszają się bez dowódcy? Nie są przecież zwiadowcami czyż nie, Poruczniku Fairburn?

-Tak komisarzu, to z pewnością moi żołnierze. I nie, nie są zwiadowcami. Proszę wybaczyć, za ich samowolkę, ale mój pluton atakuje właśnie na dwa fronty. A poza tym mocno im ufam. Nie chcieliście sprawiać kłopotów Sirowi Fiodorowowi, prawda chłopcy? - Fairburn spojrzał na całą piątkę  udawanym podejrzliwym wzrokiem.

-Oczywiście, że nie Sir! - przyznał się Foster.

-Ależ skądże - wyszczerzył się Javik.

Fiodorow podkręcił palcem swoje wąsy w zamyśle.

-Z początku wziąłem was za dezerterów, ale macie szczęście, że zjawił się tu w porę wasz dowódca, bo inaczej rozstrzelałbym was na miejscu - komisarz skrzywił się, chowając pistolet plazmowy z powrotem do kabury - piechota, zrobić przejście dla Chimery! Czas rozpocząć wojnę w Vostroyańskim stylu!

Komisarz odszedł do swoich ludzi wydając kolejne rozkazy, podczas gdy Fairburn podszedł do swych zdezorientowanych gwardzistów.

-Co za nadęty świr - rzekł Javik.

-Tak...to właśnie doświadczyliście Vostroyańskiej dyscypliny na własnej skórze. Oni się nie pierdolą jak tutejszy PDF. Tak czy inaczej, zaraz rozpoczynają szturm na katedrę. Chcecie się dołączyć?

-Z wielką chęcią Sir, ale...dlaczego jest pan z nimi, a nie z nami? - zapytał Dominatus.

-Tak isę składa, że Fiodorow jest moim starym znajomym, więc skorzystałem z jego uprzejmości, by dostać się tutaj. Chciałem was wesprzeć w walce od lewej flanki, ale skoro wy tu już jesteście, to możemy się do nich przyłączyć.

-A co na Złoty Tron robi tu Jarymowicz!? - ździwił się Śruba.

-Zapomniałeś już, że jestem Vostroyaninem głąbie? - odpowiedział mu uradowany Soric, zanim Fairburn zdążył - To moi rodacy, moi bracia! Jako, że jestem pierworodnym, moim obowiązkiem jest im towarzyszyć w boju! Nawet nie wiesz jak długo błagałem Hark'a, żeby pozwolił mi chociaż na chwilę do nich dołączyć!


------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Greestin zaciągnął dźwignię i zamek łączące obie części wyrzutni rakiet. Nie była ona zbyt duża i ciężka, miała zaledwie 1.50m długości. W pełni mobilna i rozłożona posiadała również cleownik optyczny i magazynek mieszczący do pięciu małych rakiet. Oręż był prędzej przystosowany do zwalczania słabo opancerzonych pojazdów i burzenia budynków, nie walki z czołgami, ale lepszego wyjścia nie było. Greestin musiał spróbować. Dym już powoli ustawał, widział własnymi oczami coraz wyraźniejsze kontury czołgu. Greestin chciał oddać strzał prosto w sprzężone działka, lecz w ostatniej chwili dostrzegł kapitana załogi, wyglądającego przez właz. Pod wpływem podniecenia, wystrzelił prosto w niego. Rakieta błyskawicznie pokonała dystans dzielący strzelca od czołgu, trafiając prosto w pechowego obserwatora. Dowódca został rozerwany na strzępy, zanim zdążył się z powrotem schować. KM i przykrywa otwartego włazu również  zostały zerwane z wieżyczki. Pozostali członkowie załogi zareagowali błyskawicznie, wieżyczka czołgu zaczęła się obracać, nakierowując linię strzału sprzężonych działek prosto na Greestina. Ten znów wystrzelił, tym razem jeden pocisk po drugim. Pierwszy opadł podczas lotu, trafiając w lewą gąsienicę i tym samym ją uszkadzając. Drugi został wycelowany prosto w lufy działek, lecz również nie trafił dokładnie, trafiając boczny pancerz wieżyczki. Greestin miał już tylko dwa strzały. Jeszcze raz pospiesznie wycelował i wstrzymał oddech. Liczyło się teraz tylko i wyłącznie zniszczenie sprzężonych działek. Jeden pocisk, jedna lufa, bez nich wrogi Lemann Russ będzie bezbronny. Greestin musiał reagować szybko, ścigać się z obrotem już wieży, lufy nakierowywały się prosto na niego, ten kto pierwszy zwycięży będzie tylko kwestią milisekund. Spuszczając powietrze, nacisnął spust po raz czwarty. Rakieta wzbiła się na chwilę ponad trajektorię lotu, po czym opadł metr w dół, trafiając prawą lufę czołgu i rozrywając ja na strzępy. Tak! Udało się! Precyzyjny strzał wstrząsnął całym czołgiem, co zapewne musiało ogłuszyć załogę wewnątrz.

-Imperatorze, spraw, żebym trafił, spraw żebym trafił, błagam...-mówił do siebie pod nosem. Ponownie precyzyjnie przycelował, po czym wystrzelił ostatnią piątą rakietę. Dosłownie w tej samej chwili kiedy widział błysk eksplozji swojego pocisku w zetknięciu z drugą lufą, świetlista smuga przebiła lewy boczny pancerz wrogiego pojazdu, dosłownie penetrując czołg na wylot.

-Co do?... - Greestin nie mógł uwierzyć własnym oczom. Zanim dokończył pytanie, wieża renegackiego Lemana Russa, wyleciała wysoko w powietrze wywołana eksplozją uszkodzonego silnika i składu amunicji od wewnątrz czołgu. Po chwili wielkolud i pozostali gwardziści powoli wyszli z ukrycia, chcąc zobaczyć co jest grane. Smród i dym palonych, ponabijanych ludzkich szczątek na rozerwanym, płonącym wraku renegackiego pojazdu, wzbijał się wysoko w górę. Po chwili czerwono-szary Leman Russ z działem Vanquisher zjawił się od wschodu, miażdżąc swoim ciężarem dymiący wrak przeciwnika niczym aluminiową puszkę. Greestin uważnie przyjrzał się oznakowaniom Imperialnego czołgu. Na wieżyczce widniała namalowana białą  farbą nazwa maszyny ''Litania Furii'', a pod nią ''24.Vostroyański regiment pancerny Żelazna Krew''. Na widok wybawcy, ocaleli gwardziści zaczęli klaskać i wznosić swe okrzyki w wiwacie, zaś sam dowódca wyszedł przez właz, stanął na wieży Vanquishera, kłaniając się na pokaz.


------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

-Cała naprzód! - rozkazał dowódca, zerkający na zewnątrz przez właz chimery. 

Pojazd gąsienicowy ruszył z maksymalną prędkością 60KM/H. Drewniane, starożytne wrota nie miały szans z rozpędzonym, czterdziesto-tonowym pojazdem z zamontowanym spychaczem na przedzie, Chimera przebiła się przez nie z pełnym impetem, zostawiając w nich wielką dziurę i miażdżąc pod piskiem gąsienic ławki modlitewne oraz heretyków, którzy nie zdążyli uciec. Działonowy sterujący wieżyczką, natychmiast otworzył ogień multilasera, penetrując nim następnych zaskoczonych kultystów, dowódca wychylił się przez do połowy, strzelając z CKMu zamontowanego na wieżyczce. Po chwili rampa Chimery opadła z tyłu pojazdu na zewnątrz, wypuszczając piętnastu Vostroyan z komisarzem Fiodorowem na czele, przez wyrwę we wrotach wpadły całe szeregi pozostałych Vostroyańskich gwardzistów. Było ich mnóstwo, całe dziesiątki, łącznie około stu...czyli porównywalnie tyle samo co zdrajców wybiegających im na przeciwko. W mgnieniu oka, od początku nawy głównej do ołtarza na drugim końcu budynku, rozpoczęła się zmasowany szturm i wymiana ognia obu stron. Nie było tu czasu na zbędną taktykę. Batalia odbywała się w Vostroyańskim stylu, w którym takie pojęcie nie było zbyt dobrze znane...w przeciwieństwie do kilkunastu Cadian, którzy musieli się w tej chwili dostosować do reguł narzuconych przez Fiodorowa. Nie było w tym nic dziwnego...przecież sami zgłosili się na ochotników. Gwardziści i heretycy szturmowali na przeciwko siebie, wrzeszcząc ile tchu w gardłach, biegnąc ile sił w nogach i prowadząc nieprzerwany ogień z setek lasgunów ustawionych na ogień ciągły. Wojownicy obu stron na przedzie nieustannie ginęli dziesiątkami, będąc tratowani przez następujących  ich kompanów z tyłu. Gdy odległość między pędzącymi przed siebie hordami wynosiła już bardzo niewiele, szturmujący na czele Fiodorov wyciągnął swój miecz łańcuchowy

-Za Imperatora! Za Vostroyę! - krzykną, podnosząc swoich podwładnych na duchu.

-Za pierworodnych! - Soric i podwładni Fiodorowa krzyczęli chórem, wyciągając swe tradycyjne szable z pochw. 

-Za Cadię! - dodali jednocześnie Fairburn, adiutant Char, Javik, Izaak, Foster, Molore i Ibrachim. Po chwili obie strony wojowników zderzyły się z brutalną siłą gromu. W ruch poszły Vostroyańskie szable, zardzewiałe maczety i sztylety zdrajców, oraz osobista broń biała Cadian. Rozpoczęła się jedna wielka, istna rzeź. Pierworodni niemiłosiernie cięli szablami, przebijając nimi korpusy renegatów na wylot, odcinając im głowy i kończyny sprawnymi i silnymi cięciami, Fiodorow torował sobie drogę przez masakrowane hordy heretyckiego mięsa armatniego, smagając na wszystkie strony swym mieczem łańcuchowym i rozpruwając wnętrzności zdrajców, jego wirującymi ostrzami. Char, Foster, Molore i Soric dźgali bagnetami i uderzali kolbami, Fairburn ciął i pchał zaciekle swą ostrą niczym brzytwa maczetą energetyczną, Javik siekał i przecinał krtanie swym toporkiem, zaś Śruba po prostu stał w miejscu, penetrując i dziurawiąc całe szeregi wrogiej piechoty ogniem swego KMu. Krew tryskała i rozlewała się wszędzie całymi strumieniami. Ibrachim postanowił w takiej okazji wykorzystać dary od Malice, lecz nie posiadał żadnej porządnej broni białej oprócz bagnetu. 

Wybił się z pleców jakiegoś konającego Vostroyanina prosto na ławkę modlitewną, a z niej prosto w sam środek hordy plugawych zdrajców. Podczas takiego zamieszania i natłoku wydarzeń, nikt nie powinien dostrzec dziwnych rzeczy odwalanych przez Ibrachima. Postanowił wykonać swoją ulubioną, tą najbardziej popisową i jak dotąd najefektywniejszą sztuczkę, nauczaną przez Alkhaira. Wylądował pośród tłumu  napastników, wzbijając wokół siebie potężny grom i falę uderzeniową, miażdżącą wszystkich w obrębie dwóch metrów. Zgniecione, połamane ciała heretyków wyleciały wysoko kilka metrów w górę. W tej samej chwili Ibrachim bez żadnych problemów chwycił losową broń białą fruwającą w całym tym zamieszaniu. Był to przeciętny, nieco zardzewiały lecz bardzo wygodny w uchwycie, półtorametrowej długości miecz. Nadawał się. Czas wokół niego jakby nieco zwolnił. Dominatus czuł dopiero pojawiające się zaskoczenie otaczających go istot. To był odpowiedni moment na jego ulubioną formę walki. 

Cadianin wzrokiem namierzył losowego renegata przed nim. Siłą woli, ciało Ibrachima w błyskawicznym, nie widzialnym dla ludzkiego oka tempie, przemieniło się w jego przezroczysto błękitny cień ciągnący za sobą smugę białą smugę szybko zanikającego dymu. Zanim wybrany przez Dominatusa heretyk zdołał jakkolwiek zareagować, łowca w odstępie milisekund przeteleportował się przed tuż przed swoją ofiarą, przybierając w połowie wygląd mrocznego rycerza, zaklętego w upiornej, kolczastej zbroi - wygląd same Alkhaira. W tym czasie, w tej chwili ich dusze były jendością, a materia z której jest stworzony Ibachim, chwilowo pochłonięta przez osnowę. Dzierżony przez obu miecz zaświecił się białym płomieniem, poświatą przekazaną przez mroczne bóstwa anarchii i terroru - czysto fizyczną mocą chaosu. 

Ibrachim bez żadnych oporów ostrza, przebił na wylot korpus ofiary, po czym wyjął miecz i wykonując obrót na stopach, natychmiast ściął głowę renegata płynnym ciosem. Czas ponownie zwolnił, Ibrachim wybrał następną ofiarę, teleportował się przebijając jej szyję na wylot, po czym zwinnie dokonał na niej aktu dekapitacji. Nie zastanawiając się, wybrał trzeciego z kolei zdrajcę, użył teleportacji podcinając jego nogi, po czym ściął jego plugawą łeb, zanim reszta ciała zdążyła upaść na ziemię. 

Wykonując dalsze egzekucje, wyraźnie widział zakłopotanie i spadek morale przeciwników. Próbowali strzelać, próbowali uderzać wręcz, lecz nie mogli zrobić Ibrachimowi i Alkhairowi kompletnie nic, gdyż po prostu byli dla nich zbyt szybcy. Cadianin w swym tańcu śmierci, wykonał jeszcze może z dwadzieścia pełnych nienawiści egzekucji, za każdym razem odcinając swym mieczem głowę kolejnego przeciwnika. Nie cierpiał każdego z nich po równo, tak samo jak wszytko co związane z chaosem, z wyjątkiem oczywiście Alkhaira i boga Anarchii. Czuwający nad nim Czempion Malice regularnie przypominał mu kto wplątał Cadię w trzy letnią wojnę, przez kogo stracił swój dom i ukochaną żonę, trzymając swego ucznia w chęci mordu. Odpowiedź była jasna i niezaprzeczalna - przez plugawe ścierwa, przez nie mające prawa stanąć na drodze Ibrachima pomioty Slaanesh, Khorne'a, Nurgla i Teenzecha.

Wkrótce słudzy chaosu zaczęli słabnąć i tracić morale dzięki interwencji Ibrachima, który uznał, że na razie wystarczy tej zabawy. Dominatus szybko dostał się na wyższe poziomy katedry, dążąc do znalazienia i wykończenia generała, herszta, kogokolwiek kto dowodził atakami wyznawców nurgla w rejonie operacji. Zapuszczał się coraz wyżej po balkonach, zestrzeliwując po drodze kolejne tuziny renegatów na swojej drodze, aż doszedł do pierwszego piętra i właściwie ostatniego, znajdującego się tuż nad zdemolowanym, poświęconym kultowi Boga-Imperatora ołtarzem.

Rozdział II

Pałac Gubernatora Murdash,godziny południowe, Centrum Stolicy

Lewitujące nad ziemią elementy skomplikowanej, zakrzywionej i starożytnej rękojeści po raz kolejny składały się w jedna całość. Części emitera, uchwytu ręcznego, zaczepu, baterii i przede wszystkim kryształu nasyconego energią psioniczną powoli i płynnie łączyły się w jedną całość artefaktycznego miecza osnowy. Po latach uporczywych treningów, Daruth Tarmir znał na pamięć każdy szczegół i element swojego oręża. Siedząc w medytacji i z zamkniętymi oczyma od ponad trzech godzin tylko dzięki zwinnym ruchom dłoni nakierowującymi nieustannie moc Pasji, bezdotykowo wpływał na całą budowę rękojeści. Bezbłędnie składał swój miecz już ponad setny raz, tak samo jak składali go jego poprzedni właściciele. Tradycja Zakonu zachęca, by każdy wrażliwy na Pasję Daruth samemu stworzył swój miecz. Zaszczyt ten jednak nie spotkał Tarmira, gdyż on sam znalazł ten egzemplarz jeszcze we wczesnych latach swojego życia, podczas jednej z podróży po Darkatanie - świętej planety Daruthów, kolebki ich cywilizacji. Gdy by nie wyjątkowy łut szczęścia i potęga w posługiwaniu się Pasją którą się cechował od najmłodszych lat, Mistrz dawno zabrał by Tarmirowi jego znalezisko. Tarmir udowodnił, że jest godzien używania tego starożytnego miecza osnowy, pewnego razu ratując nim życie swojemu Mistrzowi kiedy miał zaledwie 15 lat. Nie wiadomo dokładnie kto i kiedy władał przyswojonym orężem wcześniej, lecz wiadomo, że był to Daruth ktoś na tyle potężny i znany by zostać pochowanym w grobowcach Darkatanu. Mistrz Tarmira określił w przybliżeniu, że jego miecz może pamiętać nawet czasy Wojen Darkatańskich, więc z pewnością ma ponad cztery tysiące lat.

Lecz teraz nie było czasu na rozmyślanie o przeszłości. Tarmir czuł narastającą irytację, nawet ten rodzaj treningu który zazwyczaj go uspokajał, nie był w stanie stłumić narastającej w nim furii. Wszystko to przez zachowanie Mistrza. Było podejrzliwe już miesiąc temu, kiedy Tarmir przynosząc mu ''Des Sacronum'', udowodnił mu, że jako jedyny spośród trójki rodzeństwa, nadaje się do awansu na rangę Darutha Wojownika, że jest gotowy  posiadać już własnego ucznia i własną zbroję dostępną od tej rangi. Mimo to, surowy Mistrz nie wspomniał chociażby o jednej z tych rzeczy już od ponad miesiąca. Nawet mimo, że od przybycia Imperialnego wsparcia na Murdash minęły ponad cztery dni, ten wciąż kazał Tarmirowi wyczekiwać, trenować stare, powtarzalne techniki i medytację . Irytację Tarmira podwajał brak jakiegokolwiek wyjaśnienia od strony Mistrza, może gdy by miało ono miejsce, to młody Daruth by nieco się uspokoił. ''Czyżby mistrz mi już nie ufał? Co jeśli jednak okazałem się zbyt słaby nie sprowadzając kapłana żywego? Co jeśli Mistrz podejrzewał, że Desmir i Formir nie zginęli przypadkiem?'' - Daruth rozmyślał - ''A co jeśli po prostu wystawia mnie na kolejną próbę? Na pewno nawet teraz wyczuwa moją złość, formując ja w narzędzie do nadchodzącej batalii.'' Było to dość prawdopodobne. Od czasu do czasu czuł przechodzące przez jego mózg falowanie, świadczące o telepatycznej ingerencji mistrza w jego umysł. Gdy by tylko siła psioniki Tarmira w połowie dorównywała umiejętnością swojego mistrza, może mógłby wyczytać z jego myśli odpowiedź 

Tarmir wolał jednak tego nie próbować, przynajmniej nie teraz. Jego mentor zapewne od razu wyczułby najmniejsze próby, co skończyło by się dla ucznia srogą karą. Młodemu Rycerzowi nie pozostało nic innego jak ruszyć na spotkanie w cztery oczy. Szybko złożył swój miecz osnowy chowając go razem w przybocznym pistoletem boltowym pod szatę i wstał po czym skierował się prosto do wyjścia z komnaty ćwiczebnej, gdzie poszedł schodami w górę do kwatery swojego Mistrza.

--------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Automatyczne, dwumetrowe , zdobione drzwi rozsunęły się z cichym świstem. Tarmir ruszył szybkim kokiem na przód, wchodząc do apartamentu. Było to luksusowe, wysokie na dziesięć metrów i wykonane z dbałością pomieszczenie. Ściany były pokryte bogato zdobionymi płytami i ceramicznymi mozaikami układającymi się w postać Trzygłowego Lwa - herbu Murdash.

 Daruth idąc po drewnianych panelach i przechodząc obok drogich, skórzanych sof i foteli w centrum apartamentu, skąpany był w promieniach chorobliwie zielonej poświaty blasku słońca i chmur przechodzącego przez szereg szyb zajmujących prawie połowę lewego skrzydła. Przeszedłwszy przez prawie całą długość apartamentu, Daruth dotarł do końca, wchodząc po schodach do niewielkiej platformy górującej nad wszystkim innym. Na nią również padało zielone światło złagodzone przez ogromną, nachyloną pod kontem czterdziestu pięciu stopni szybę z filtrem. Co by nie mówić złego o władzach tego świata, na pewno dobrze traktowały swoich specjalnych gości.

-Mistrzu Gallius - Tarmir ukląkł na prawym kolanie i pochylił głowę.

Oprawiony w czarną skórę, spiczasty tron zamontowany na obracanej nodze na platformie, powoli obrócił się w prawo, zatrzymując się na przeciwko wojownika. Spod kaptura opartej na siedzeniu postaci widać było świecące mocą Pasji tęczówki oczu.

-Wiedziałem, że wkrótce tu przyjdziesz mój uczniu - mężczyzna w podeszłym wieku trzymał na kolanach otwartą księgę ''Des Sacronum'' i uśmiechał się podstępnie, ukazując setki głębokich zmarszczek na twarzy i czole. Szare wory pod oczami, bardzo blada skóra i brak jakichkolwiek włosów na twarzy, czyniły go podobnym do Tarmira. Było by to dziwne, gdy by nie fakt, że są to typowe objawy dla każdego,dla kogo świadomie kontrolowana psionika staje się nieodłącznym elementem życia. Zepsucie ciemną stroną Pasji było silnie odczuwalne w mistrzu nawet przez jego własnego ucznia.

-Mistrzu ja...przyszedłem zadać ci dręczące mnie pytania - wyjawił Daruth dobierając ostrożnie słowa

-Rozumiem - Gallius rzekł powili i z nieznikającym uśmiechem na twarzy - Mów...

-Od dłuższego czasu chęć uzyskania odpowiedzi, zadręcza mój umysł, wytrącając mnie z równowagi, Mistrzu.

Daruth Gallius jednym ruchem dłoni zamknął grubą księgę, powoli wstał i odłożył ją na pobliski regał.

-Te informacje nie są niczym nowym Tarmirze.

Nie było już żadnych wątpliwości, Gallius wiedział o czym myśli jego uczeń i odczytywał jego emocje nawet z dalekich odległości.

-Potęga Pasji jest w tobie ostatnio wyjątkowo silna i wzmożona...silna na tyle, że twoje myśli i emocje rozchodzą się słyszałem echem. A szczególnie emocje takie jak gniew. A teraz powstań.

Tarmir powstał z kolan, wyprostowując się przed mistrzem. 

-Więc zapewne wiesz dlaczego tutaj przychodzę, Mistrzu Galliusie.

-Oczywiście, że tak. Przejdźmy się.

Oboje zaczęli powoli schodzić po schodach, ciągnąc po nich swe czarne, upiorne płaszcze.

-Czegoś tu nie rozumiem Mistrzu. Być może to przez brak mojego doświadczenia, lecz nie mogę pojąć pewnych twoich działań - Tamrir postanowił przejść do sedna - a właściwie ich brak.

Gallius ponownie rozszerzył kąciki swych warg, czując emanującą furię ucznia. To co niedługo nadejdzie, powinno całkowicie ją z niego wyzwolić.

-Minął już ponad miesiąc od kiedy wypełniłem twoją wolę, wręczając ci ''Des Sacronum''. - kontynuował - wspominałeś o awansie i możliwości wybrania sobie własnego ucznia dla mnie, Desmira i Formira...

-Lecz wróciłeś tylko ty - dokończył Gallius.

Oboje zdążyli zejść ze schodów i minął salon, zanim Tarmir zainicjował kolejny dialog.

-Zgadza się Mistrzu. Byli zbyt słabi, zupełnie nie godni służbie tobie oraz Imperatorowi zakonu.

-W rzeczy samej - wyszczerzył się Gallius, zgadzając się ze słowami ucznia - pokazałeś, że jako jedyny spośród was trzech, tylko ty nadajesz się do bycia prawdziwym sługom Zakonu i Darutha Caldusa. 

Zbliżyli się do szyb otwierających widok na ogromną panoramę stolicy Murdash. Z daleka wciąż widać było eksplozje toczącej się wojny i latające eskadry Valkirii transportujących gwardzistów na front.

-Jak niejednokrotnie wspominałem, potęga Pasji jest u ciebie bardzo silna, wyczuwalna przeze mnie na najdalsze odległości. Rozumiem narastającą w tobie furię mój uczniu. Ukończyłeś trening, pozbyłeś się od zawsze konkurujących z tobą braci i domagasz się obiecanego przeze mnie wynagrodzenia. To zrozumiałe, chciwość i ambicja są jednymi z głównych cech, które kierują użytkownikami Pasji.

-Właśnie to nie daje mi spokoju, Mistrzu. Z tym do ciebie przyszedłem... - Tarmir przerwał wyczuwając w pobliżu jeszcze kogoś. Kogoś emanującego od siebie potężną energią psioniczną.

-Problem jest w tym, że nie ukończyłeś jeszcze swojego treningu - wyraz twarzy Galliusa nabrał  nabrał śmiertelnie poważny wygląd - jeden z nich wciąż żyje.

Zanim Tarmir zdołał przyswoić tą informację, zauważył kontem oka obiekt za szybą, pędzący z ogromną prędkością prosto na niego i mistrza. Wielka szyba pękła pod naporem rozpędzonego motocykla antygrawitacyjnego, rozpryskując się na tysiące odłamków. Bezwładna maszyna w mgnieniu oka przeleciała przez całą szerokość apartamentu, pociągając za sobą Tarmira i kierowcę. Siła uderzenia cisnęła oboma w stronę salonu, niszcząc i taranując masą skurzane sofy, fotele oraz drewniany stolik, wywołując tym jeszcze większy zamęt. Tylko dzięki błyskawicznej reakcji i wytworzeniu pola siłowego w ostatniej chwili, Tarmirowi nie stało się absolutnie nic oprócz kilku siniaków i chwilowych zawirowań w głowie. Motocykl rozbił się niebezpiecznie blisko Darutha i był rozerwany w pół, a paliwo wyciekające z uszkodzonego baku było trawione przez rozrastający się ogień.

Tarmir zerwał się na nogi, po czym słysząc nadciągające kroki i ryk nienawiści zza pleców; natychmiast wyjął i uruchomił swój miecz świetlny. Jaskrawo fioletowa klinga jego miecza zderzyła się z napierającą od góry czerwoną. Rycerz zdał sobie sprawę, że kierowca wciąż żyje i ma zamiar go zabić. A w dodatku również jest Daruthem.

-Zdychaj! - napastnik ponownie wysyczał głosem pełnym furii i nienawiści. Rycerz od razu rozpoczął w nim twarz swojego brata Desmira - zdychaj, plugawy zdrajco! - wykrzyczał po czym szybkim ruchem dłoni zsunął klingę swego miecza i wyprowadził pchnięcie, które równie szybko zostało zbite przez obronę Tarmira.

-Jak to! Jakim cudem jeszcze nie nie gryziesz gleby! Co uczyniłem źle!? - zdumiał się Tarmir

W jego stronę poleciała kolejna seria wściekłych cięć, które bez większego problemu sparował - Nie doceniłeś mnie! Doczołganie się i naprawa pojazdu zajęła mi cały okrągły miesiąc. Tym razem nie zamierzam przegrać!

-W takim razie zabicie cię w bezpośredniej walce, przyniesie mi dużo więcej satysfakcji - odrzekł Tarmir, po czym zbił na bok kolejne cięcie z góry i kopniakiem w żebra, odrzucił Desmira o kilka metrów w tył.

Młodszy Daruth z rodzeństwa przyjął chwilowo pozycję pasywną, widząc przypatrującego się im Galliusa.

-Mistrzu! Tarmir jest przeklętym zdrajcą! Porzucił mnie i Formira na pastwę śmierci, przywłaszczając wypełnienie zadania samemu sobie!

Tarmir samemu był nie lada zaskoczony takim zwrotem wydarzeń. Wszystko układało się tak dobrze, aż do teraz. Czyżby Mistrz również wcześniej wiedział o nie oczekiwanym powrocie Desmira?

Galius wyszczerzył swe zęby ponownie w podstępnym grymasie.

-Masz rację mój drogi uczniu. Porzucił was. Surowo bym go za to ukarał, gdy by nie wyjawiona prawda o waszej słabości.

-Jak to...nie rozumiem o czym mówisz, Mistrzu - oburzył się Desmir - Tarmir omamił cię swoimi kłamstwami. My niegdy nie...

-Telepatia pozwala mi rozpoznać nawet najlepiej skrywane kłamstwa - przerwał mu Gallius - twój starszy brat opowiedział mi prawdę. Słabość, dezorientacja i nieudacznośś od zawsze cechujące Formira oraz ciebie, czynią was niegodnymi bycia Rycerzami Inkwizycji. Tarmir jak najbardziej miał do tego prawo. Taka jest wola mrocznej potęgi Pasji.

Na twarzy Desmira pojawił się wyraźny ślad olbrzymiego gniewu i nienawiści, którą dosłownie kipiał. Tarmir uśmiechnął się złowrogo słysząc słowa prawdy z ust Mistrza.

-Tarmirze, ty zaś jesteś i zawsze byłeś najlepiej utalentowanym i najsilniejszym mocą psioniki uczniem spośród całej trójki rodzeństwa. Lecz nie do puszczaj do siebie zbyt wielkiej pewności, gdyż ty i również mnie rozczarowałeś.

Zadowolenie na twarzy Rycerza ustało.

-Nie udało ci się sprowadzić  eskortowanego kapłana, mimo, że o to zabiegałem - kontynuował Gallius - Nie podołałeś również całkowitemu wyeliminowaniu swej konkurencji. Formir już nigdy nie zjawi się wśród nas, lecz Desmir...jak widzisz jest tuż przed tobą.

Oboje spojrzeli sobie w oczy.

-Teraz zapewne wiecie i uświadomiliście sobie, że obaj zawiniliście. Powinienem zabić was obu za przykłady tak perfidnej ignorancji...było by to jednak zbyt dużą stratą pozbywać się obu uczniów na raz.

-Co masz na myśli, Mistrzu? - spytał zaniecierpliwiony Desmir.

-To, że w moim miłosierdziu pozwolę oczyścić się z grzechów tylko jednemu z was. Temu, który okaże się sprytniejszy, lepiej wyszkolony i przede wszystkim silniejszy Pasji. Zwycięzcy pojedynku na śmierć i życie, do którego za chwilę staniecie.

A więc stało się. Nadeszła chwila w której Tarmir będzie mógł finalnie udowodnić swoją wyższość i oddanie Mistrzowi oraz Pasji. Nie może zawieść. Obaj bracia w tej samej chwili uaktywnili wychodzące ze świstem rękojeści swych mieczy, wydające charakterystyczny pomruk.

-Niech wzajemna nienawiść uczyni was silniejszymi. Niechaj ten zażarty pojedynek wyłoni jedynego Darutha godnego bycia moim uczniem i prawdziwym sługą mrocznej potęgi Pasji! - przemówił Gallius

-Tym kimś będę ja - Desmir rzekł z przekonaniem w głosie, przybierając pozycję do walki.

-Dopilnuję by jednak stało się inaczej - odrzekł Tarmir

-Walczcie! - rozkazał Mistrz

W mgnieniu oka oboje rzucili się sobie do gardeł z siła gromu. Potężne cięcia czerwonej klingi Desmira zderzyły się z obroną jaskrawo-fioletowego oręża Tarmira i na odwrót. Zderzające się z wielką szybkością i siłą ostrza, wywoływały charakterystyczny dźwięk przy towarzyszących mu kolorowych iskrach. Bracia co chwilę przechodzili od defensywy do ofensywy, wściekle szarżując, pchając, smagając na wszystkie strony i wykonując flinty oraz młynki. Spadające ciosy były wykonywane z taką szybkością, siłą i nienawiścią, że smugi światła ciągnące się za ostrzami tworzyły coś na wzór wirującego jaskrawego tornada wokół obu wojowników.

Mimo okazania swojej słabości i ranie w prawym udzie poniesionej podczas zasadzki w Grodzie, Desmir władał swym mieczem równie szybko, agresywnie i biegle co Tarmir. Starszy Daruth przeszedł do defensywy, aby poznać strategię swojego rywala i przede wszystkim wykorzystać jego zranioną kończynę. Widząc kontem oka poruszanie się brata w walce, ten wciąż odczuwał ból w prawej nodze.

-Możesz już się poddać. Zwycięstwo już dawno należy do mnie! - Desmir śmiało stwierdził, nieustannie atakując.

Potężnym ciosem od prawej strony, chwilowo przełamał obronę Tarmira, strącając jego miecz na lewo, lecz ten w ostatniej chwili zdołał się uchylić przed agresywnym pchnięciem czerwonej klingi, aby sekundy później zbić kolejne uderzenie z góry.

-Szansę na zwycięstwo skreśliłeś sobie już za czasów nauk w Akademii na Darkatanie. Twoja pycha, a zarazem słabość zawsze...ugh! - Tarmir nie zdołał dokończyć pod wpływem potężnego kopnięcia w mostek, które odrzuciło go o kilka metrów w tył. Moc zadanego ciosu cisnęła Tarmirem na środek apartamentu, Daruth boleśnie przekoziołkował po porozrzucanych już w nieładzie sofach i stolikach. Obserwujący starcie Mistrz jak dotąd przyglądał się z podstępnym uśmiechem lecz dopiero to wywołało w nim podły, starczy śmiech wywołany zadowoleniem z umiejętności swoich uczniów.

Rycerz zwinnym susem podniósł się na nogi, chwycił rękojeść miecza oburącz, zamachnął się i wykonał potężne, szerokie cięcie, które odbiło agresywny zadany na skos cios spadającego na niego rywala. Siła kontry zachwiała równowagę Desmira. Tarmir miał teraz okazję wykończyć go pchnięciem prosto pod żebra, lecz wolał by śmierć znienawidzonego brata była dłuższa i bardziej bolesna. Celowo odczekał by Desmir odzyskał równowagę. Chwycił  rękojeść w lewą dłoń, przytrzymał mieczem jakąkolwiek próbę odpowiedzi atakiem przez Desmira, po czym szybkim uderzeniem prawą pięścią, trafił między łokieć, a kość ramienia uszkadzając staw prawej ręki rywala.

Desmir zawył z bólu, ręka odmówiła posłuszeństwa i wypuściła rękojeść z miecza na ziemię. Następnie Tarmir z całej siły kopnął podeszwą buta w ranne kolano brata. Przenikliwy ból zmusił go do uklęknięcia na prawej nodze; zanim zdążył znów zawyć, zaciśnięta pięść Tarmira trafiła go prosto w podbródek, krusząc kilkoro z jego zębów. Siła uderzenia wspomaganego biomancją uniosła go całego kilkanaście centymetrów w górę. Resztą zajęła się grawitacja, Desmir spadł na szklany stolik miażdżąc go pod sobą na tysiące odłamków.

Nabierające efektowności starcie jeszcze tylko bardziej wzmogło śmiech Darutha Galliusa dobiegający po całym apartamencie. Tarmir stanął nad Desmirem z klingą miecza uniesioną w dół. Nie wyczuwał w nim żadnego tętna, możliwe że tak silne uderzenie go zabiło, lecz zawsze warto się upewnić. Fioletowa klinga powędrowała w dół. Nie zdążyła dosięgnąć swojego celu; starszy Daruth dostrzegł wyciągniętą dłoń młodszego i jego wściekły wyraz twarzy. W mgnieniu okaz z opuszek palców Desmira wyleciała sieć bio-piorunów zwanych również zaklęciem gromu. 

Przez organizm Tarmira przepłynęły wyładowania o sile tysięcy woltów. Pioruny niemiłosiernie raniły wszystkie jego mięśnie i kości przez ponad pięć sekund. Ból był nie do zniesienia, lecz Daruth w porę użył dyscypliny wytrzymałości, która uchroniła jego organy wewnętrzne przed całkowitym unicestwieniem. Gdy Bio-pioruny zanikły, Daruth chwiał się na nogach cały dymiący i zaskoczony kamuflażem psionicznym, którym Desmir upozorował swoją śmierć.

Chwila przewagi dała czas młodszemu bratu na ponowne przejście do ofensywy. Moc Pasji sprawiła, że szybko odzyskiwał siły, a ból prawej ręki i nogi szybko przemijał. W kierunku osłabionego rycerza poleciały kolejne cztery ciosy. Pierwszy, który omal nie odciął mu nóg, udało się mu przeskoczyć. Dwa następne z nadchodzące z lewej i z prawej zdołał odbić resztkami sił. Dopiero czwarty, najpotężniejszy cios, którym Desmir miał zamiar odciąć mu głowę, przełamał blok Tamrira. Wierzchołek sztychu niematerialnego ostra osnowy przejechał po głowie Darutha, wypalając szeroką i długą ranę. Tarmir padł oszołomiony na kolana. Od potylicy, poprzez całą szerokość skroni, aż do początku jego prawego polika przebiegało żarzące się rościęcie otoczone wokół zwęgloną tkanką.

-Mówiłem, że tego nie wygrasz, bracie - wyszczerzył się podchodzący do niego Desmir - Tak oto kończy się twoja historia.

Tarmir spoglądał w ziemie zdruzgotany i pełen szoku. Nie miał już sił, poparzenia i świeża rana sprawiały ogromny ból. Nie wierzył w to co się teraz dzieje. Mięśnie psionika odmawiały mu kontroli. Najwyraźniej nie docenił swojego brata i jego zdolności walki. Stał się znacznie silniejszy podczas ostatniego miesiąca swojej wdrówki. ''Ale czy na pewno? Może...tak! Może współczucie, rozkojarzenie i inne przejawy słabości psychicznej wciąż w nim siedzą? Na pewno tak jest; w końcu nie jest możliwe aby samemu nawrócił się na odpowiednią drogę w ciągu tak krótkiego czasu!'' - głos ponownej furii i nadziei rozbrzmiewał w umyśle Tarmira - ''Muszą w nim siedzieć jeszcze jakieś szczątki tej żałosnej ignorancji i słabości, którą wykazał się w poprzedniej misji! Prawdziwy Daruth nie może się tak po prostu dać się pokonać komuś takiemu! Tylko ja jestem godzien bycia prawdziwym uczniem Galliusa!'' - powtarzał w myślach.

Desmir stanął nad swoją ofiarą, kierując ostrze w dół pokonanego przeciwnika w celu przygotowania się do przebicia go na wylot.

-To wszystko twoja wina. Ja, ty i Farmir...wszyscy trzej mogliśmy żyć w zgodzie i pokoju.

Otóż to! Czy on powiedział ''pokój''!? Wśród Rycerzy Inkwizycji takie słowo nie ma racji bytu! - wewnętrzny głos wewnątrz myśli Darutha znów dawał o sobie znać. Czyżby przemawiała do niego sama moc Pasji? 

Serce Tarmira zaczęło bić szybciej, jego oddech również przyśpieszył. Teraz był pewien, że nie może dopuścić do jego wygranej za wszelką cenę.

-Współpracując moglibyśmy osiągnąć wszystko! Zmieniać losy wojny szalejącej na tym świecie! Ocalić ludność tej planety przed zarazą! - kontynuował Desmir - Ty zaś wolałeś podążać ścieżką swojego chorego egoizmu.

Słysząc to, Furia w Tarmirze zaczęła narastać od nowa. Mroczna potęga Pasji znów budziła się w nim na nowo, dodając mu sił i uśmierzając ból. Czuł jak Pasja pożywia się jego gniewem i nienawiścią czyniąc go silniejszym.

-Teraz musisz zginąć z mojej ręki. Pokój i zgoda między nami nie są już możliwe. Nie po tym jak zdradziłeś własnych rodzonych braci - zakończył Desmir.

Tarmir podniósł głowę w górę szczerząc się w grymasie nienawiści i spojrzał prosto na niego oczami świecącymi od zebranej wewnątrz Pasji.

-Pokój jest kłamstwem! - wysyczał

Daruth włączył fioletową klingę swojego miecza i błyskawicznie strącił spadający cios czerwonej klingi Desmira. Wykorzystując milisekundy przewagi i zaskoczenie, prześlizgnął się pod jego prawą ręką, tnąc go pod żebrami ,a następnie po plecach. Desmir znów zawył, łapiąc się za szerokie, rozżarzone rany. Ponownie wyciągnął dłonie do przodu, chcąc ratować się bio-piorunami, lecz Tarmir przewidział to wcześniej. Używając Telekinezy, podniósł przednią połowę rozerwanego wcześniej motocykla antygrawitacyjnego, aby cisnąć nią z drugiego końca pokoju prosto w rywala. Ten zdążył w ostatniej chwili przerwać rażenie błyskawicami i przeciąć lecący na niego wrak, lecz mimo to jedna z oderwanych części - rozerwany bak z paliwem; trafił Desmira boleśnie w twarz, oblewając go resztkami benzyny. To była pora na którą czekał Tarmir. Zwinnym susem rzucił się na znienawidzonego brata, wyprowadzając wściekłe kombinacje na lewo i prawo. Każdy cios, jeden po drugim był zadawany z wielką siłą i szybkością napędzanymi nieustanną furią. Wpierw Tarmir postanowił celowo jeszcze bardziej zmęczyć ogłuszonego i rannego przeciwnika. Pozwolił odbić kilkanaście pierwszych ciosów, wystawiając Desmira na wysiłek. Dopiero gdy nadszedł czas na piętnaste uderzenie, Tarmir w ostatniej chwili wywinął cios z góry na pętlę , tym samym natychmiast zmieniając położenie swojego miecza. Trzymając miecz w prawej i wymijając klingę przeciwnika, wykonał niespodziewaną zmyłkę. Daruth zadał potężny cios od dołu w górę; ostrze miecza osnowy przecięło lewe  przedramię  Demsira z łatwością jaką nożyce tną papier. Nie zdążył wydać z siebie  pierwszych jęków agonii, nim lewa odcięta dłoń z zaciśniętą rękojeścią między palcami opadła na ziemię Tarmir zadał kolejny cios, który z łatwością przebił się przez zbroję na torsie Desmira, wypalając tkankę pod spodem. Daruth Tarmir po chwili zadał serię kolejnych, szerokich ciosów, rozcinając brzuch rywala, łamiąc jego żebra i wypalając kolejne potworne rany. Desmir odszedł kilka kroków w tył chwiejąc się na nogach. Na zakończenie pojedynku, zwycięski Rycerz zgromadził całą swoją siłę, wykonał obrót i wykorzystał ją na ostateczny cios od dołu w górę. Siła uderzenia roźcięła skórę od początku krtani do końca podbródka, wypalając straszliwą żarzącą się ranę. 

Potężny cios odrzucił jego głowę do tyłu, ledwo żyjący Desmir opadł bezwładnie na kolana. Daruth Tarmir użył ponownie telekinezy, wyrywając z jego odciętej dłoni rękojeść miecza osnowy prosto do nowego właściciela. Trzymając fioletowy miecz w prawej i czerwony w lewej, skrzyżował obie klingi ze sobą tuż pod szyją konającego Desmira. Wszystkiemu akompaniamentu dodawał rozchodzący się po pomieszczeniu zrzędliwy śmiech przypatrującego się mistrza.

Desmir spojrzał ostatni raz na rata z błagalnym spojrzeniem w oczach. Tarmir nie zamierzał okazywać żadnej litości.

-Tu i teraz nadszedł kres twojej żałosnej, nie wartej nawet splunięcia egzystencji... - Daruth rzekł z nienawiścią i bez cienia szacunku w głosie - Giń!

Zwinnym, prostym ruchem obydwu dzierżonych mieczy osnowy, odciął głowę od reszty ciała, raz na zawsze kończąc życie swojego największego rywala. Bezgłowe ciało stanęło w płomieniach przez iskry miecza zapalające oblaną benzynę i upadło na ziemię. Zwycięski Daruth wyłączył oba miecze i odszedł kilka kroków w tył wypuszczając powietrze w uldze zrzuconego z siebie brzemienia.

-Dobrze...bardzo dobrze - Mistrz klaskał zadowolony siedząc na swym tronie. Tarmir nawet nie zauważył podczas swojego zamieszania, że jego mistrz się tam przeniósł.

Gestem dłoni zaprosił swojego ucznia by podszedł bliżej. Zmęczony, lecz usatysfakcjonowany Daruth wszedł po schodach na platformę i ukląkł przed swoim mentorem.

-Od tej chwili twój trening jest zakończony. Eliminując swoich rywali, mimo, że byli twoją rodziną; udowodniłeś swoją bezwzględność, brak jakiejkolwiek ograniczającej litości i przywiązania. Pokazałeś swoje oddanie mrocznym potęgom Pasji i przede wszystkim swoją natarczywą ambicję. Wszystkio to cechuje ciągnące się przez tysiąclecia pokolenia Daruthów. Teraz oficjalnie możesz śmiało nazywać się jednym z nich.

-Jestem zaszczycony Mistrzu - Tarmir odpowiedział zaspokojony.

-A teraz powstań już nie jako zwykły akolita, lecz Daruth Wojownik - kontynuował Gallius - Dla jedynego zwycięzcy pojedynku przewidziałem oczywiście zasłużone wynagrodzenie. Znajdziesz je w skrzyni leżącej w mojej osobistej sypialni. Kod dostępu to 9374, pamiętaj, aby tam zajrzeć.

-Oczywiście mój panie.

-Widzę również, że postanowiłeś przywłaszczyć sobie miecz Desmira? Dobrze...świadczy to o twym nieposkromionym głodzie ambicji; posługiwanie się dwoma mieczami osnowy wymaga wprawy, nauki nowych technik i stylów walki. Już sam fakt, że zdołałeś przeniknąć przez barierę psioniczna Desmira zaklętą w tym krysztale, świadczy o twojej potędze.

-Rozumiem mistrzu. Fakt ukończenia mojego szkolenia i otrzymania mojego wynagrodzenia, zaspokaja moje obawy. Dzierżenie dwóch miecz osnowy oraz twoje uznanie napełnia mnie zaszczytem. Zamierzam od razu zapoznać się z władaniem obiema sztukami tego oręża - Tarmir oglądał trzymaną w dłoni jedną ze starożytnych, zakrzywionych rękojeści.

-Bardzo dobrze, mój pojętny uczniu. Mógłbym z tobą jeszcze porozmawiać, gdy by nie obowiązki, które mnie wzywają. Gubernator oraz inni przybyli oficerowie Imperium oczekują mnie na obradach dotyczących ustalenia strategii potrzebnej do obrony tego żałosnego świata - Gallius wstał z tronu i zaczął schodzić po stopniach platformy, ciągnąc za sobą swój czarny płaszcz - Bądź cierpliwy Tarmirze. Wkrótce i ty możesz dostąpić tego zaszczytu. 

Uczeń uśmiechnął się pod nosem patrząc jak jego mistrz wychodzi. Wstęp do wielkiej gry, którą Daruthowie toczą od tysiącleci stał do niego otworem...

--------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Ad blocker interference detected!


Wikia is a free-to-use site that makes money from advertising. We have a modified experience for viewers using ad blockers

Wikia is not accessible if you’ve made further modifications. Remove the custom ad blocker rule(s) and the page will load as expected.

Więcej z Fandomu

Losowa wiki