FANDOM


Skrybcio.png
Ta twórczość znajduje się obecnie w fazie pisania. Dlatego też czekaj cierpliwie do czasu aż autor ukończy swoje dzieło.
"W wojnie przez tysiąclecia historii zapomnianej, w wojnie której nie pamiętają już serca a umsyły nazywają tylko legendą zaczyna się nasza opowieść. O dwóch zwaśnionych rodach i o trzech siostrach żądnych władzy. Siostrach, które sprowadziły na nas zagładę." - Legenda o wojnie z rodem Nagay

Prolog

Słońce chyliło się ku zachodowi a czerwono-pomarańczowe niebo powoli stawało się co raz ciemniejsze.

Sunęła po nieznanym sobie miejscu, czuła że porusza się po twardym, usianym ostrymi kamieniami, podłożu. Rozglądała się dookoła. W tym świetle krawędzie wąwozu wyglądały jak zamykająca się nad nią, paszcza ogromnej bestii, a wystające skały przywodziły na myśl wielkie zębiska. Osuwające się kamienie skutecznie podnosiły jej ciśnienie. Czuła że ktoś ją obserwuje, wiedziała że nie jest sama w tym martwym miejscu.

Nagle usłyszała szuranie ostrych kamieni. Nie widziała dokładnie przeciwnika, ale przypominał on serpentoida. Odruchowo sięgnęła dłonią po miecz. Dwuręczna szabla była na swoim miejscu, Nagaa poczuła ulgę. Szybko dobyła ostrza i przyjęła pozę obronną, jednocześnie upewniając się że kolec na ogonie może ją w każdej chwili wspomóc. Mroczna postać zaatakowała jako pierwsza tnąc swymi dwoma zakrzywionymi sztyletami. Nagaa ominęła oba ciosy i wyprowadziła sztych szablą. Przeciwniczka zręcznie uniknęła trafienie mieczem, lecz długi ogon królowej dosięgną jej ciała przebijając brzuch na wylot. Nie padła jednak na ziemie w kałuży krwi, zamiast tego rozpadła się niczym demoniczny twór.

Spojrzała przed siebie, za dwoma kolejnymi postaciami widać było wyjście z wąwozu, spowite w nienaturalnym błękitnym świetle. Zaszarżowała na obie wężyce, które blokowały jej drogę. Obie przyjęły pozę obronną. Nagaa napięła mięśnie ogona, robiąc z nich naturalną sprężynę, po czym wręcz wystrzeliła się w stronę napastniczek. W czasie lotu obróciła się na plecy, jednocześnie rozkładając ręce. Ściskana w lewej dłoni szabla zdała egzamin i rozcięła jednego wroga na pół. Pazury prawej wbiły się w ciało drugiej serpentoidki. Siła uderzenia była dość duża by powalić ją na ziemie. Nagaa owinęła ją swoim ogonem, po czym bezlitośnie rozwaliła twarz kolcem.

Wyszła z kanionu i zdębiała. Siren siedziała w pozdzieranych szatach na środku ogromnego miejsca do którego dostała się królowa. Ciało jej córki nosiło ślady bicia, tortur i niewyobrażalnego cierpienia. Była blada, włosy stały się matowe, połowy z nich praktycznie nie było, jej twarz wyglądała jakby dziewczyna nie miała pojęcia co dzieje się dookoła niej. Wyglądała potwornie, przywieszona łańcuchami za ręce do dwóch pali po bokach.

Nagaa widząc to rzuciła się córce na pomoc jednak drogę zagrodziły jej dwie serpentoidki. Wyglądały niemal tak samo. Różniły się jedynie elementami i tak bardzo skąpego stroju. Potężny błękitny ogień wybuchający chyba z samej ziemi, położony tuż za Siren dawał dość światła by mogła się przyjrzeć wojowniczkom. Były blade, miały biało-szare włosy a jedynym elementem o innym kolorze na ich ciele wydawały się być łuski na brzuchu, jednak Nagaa nie potrafiła określić koloru przez nienaturalne światło. Były nieuzbrojone, jednak mimo to uśmiechały się do niej szyderczo. Nagaa nie wiedziała co się dzieje do chwili gdy rozłożyły ręce. Ich oczy stały się fioletowe i zaczęły płonąć psioniczną mocą, z dłoni wylatywały co raz to nowe kule mrocznej energii a każda z nich zmieniała się w nową wojowniczkę. Wszystkie wyglądały tak samo, różniąc się jedynie bronią czy drobnymi akcentami na ubiorze, niektóre z nich były nawet całkiem nagie.

Nagaa zamknęła oczy i zebrała swoją moc, gdy je otworzyła przeciwniczki zdawały się nie poruszać. Skoczyła między nie tnąc jak oszalała. Widziała przechodzące powoli obok niej ostrza, trzony młotów, pazury i ogony. Królowa zabijała jedną przeciwniczkę za drugą, to tnąc od góry, to od boku, przebijając mieczem lub ogonem. Czuła że opada z sił i że nie da rady wytrzymać już długo a wojowniczek nie ubywało. Świat znów zaczął przyspieszać i nabierać normalnego tempa, powoli, powoli i co raz szybciej ciosy spadały na Nagii. W końcu napastniczkom prawie udało się ją dopaść, jednak wtedy potworny krzyk Siren rozdarł miejsce. Dziewczyna straciła swoje włosy, jej całkiem pobladła, zaczęła "wysychać" jak kumihańska wojowniczka po makabrycznej śmierci. Fala energii jaką nagle uwolniło jej ciało zniszczyła wszystkie wężyce a królową odrzuciło na ścianę okręgu.

Uderzenie na chwile pozbawiło ją przytomności. Pierwszym widokiem jaki zobaczyła były łuski brzucha. Powoli podnosiła głowę, widząc kolejno ośmioramienną gwiazdę, do połowy zakrytą przez kirys, potem sześć ramion, z czego cztery dzierżyły dziwne pulsujące energią szpikulce a dwie pozostałe trzymały kule energii osnowy a na końcu twarz. Nie można powiedzieć by była brzydka, jednak wyrastające z głowy węże w miejscu włosów skutecznie psuły cały wygląd.

Nagaa poczuła mocny chwyt za szyje. Serpentoidka uniosła ją do góry śmiejąc się przy tym potwornie, a gdy królowa już prawie się udusiła, z całych sił wbiła jej wszystkie cztery szpikulce w działo. Ostatnią rzeczą jaką poczuła były szpony wbijające się w jej pierś, szukające serca.

****************************************************************************************************************
Nagaa zerwała się ze swego leża. Była zlana potem i przerażona, rękami szybko przejechała po swoim ciele. Rozglądała się po pomieszczeniu w którym była. Chwilę trwało zanim jej świeżo wybudzone oczy rozpoznały misterne zdobienia komnaty. Przez uchylone okno wpadały promienie księżyca. Szedł właśnie do pełni, niedługo miało się rozpocząć święto przesilenia. Nagaa bardzo je lubiła, zwłaszcza ze względu na żywą kolorystykę i przedstawienia dzieci.

Leniwie zsunęła się z łóżka, spojrzała na leżącą obok Siren. Od pewnego czasu na prośbę matki dziewczyna z nią spała. Chciała mieć dzięki temu pewność że jest bezpieczna. Starała się zachowywać jak najciszej. Poczuła jednak jak koniec jej ogona ociera się o nią.

- Znowu miałaś koszmary? - zapytała dziewczyna nieco zmęczonym ale troskliwym głosem.

- To nic takiego - odpowiedziała Nagaa starając się zamaskować fakt swojego podenerwowania.

- Nic takiego, tylko kolejny sen w którym zostałam brutalnie zamordowana, a wcześniej pewnie zgwałcona i torturowana co? - rzuciła prześmiewczo Siren.

- Przestań! Wiesz jak straszne to uczucie, za każdym razem kiedy widzę twoje cierpienie, kiedy nie mogę ci ni jak pomóc - głos zaczynał jej drżeć, Siren zrozumiała że przesadziła.

- Przepraszam nie chciałam... ale... ale teraz jestem tutaj, cała i zdrowa, widzisz?

Nagaa poczuła jak luźne stylizowane na kumihańskie szaty poddają się przy dotyku jej ciała. Zapach wymieszanych serpentoidzkich i lisich mydeł już dawno przestał ją drażnić. Poczuła ciepło jej ciała i włosy, łaskoczące jej ramiona. Obróciła się i czule objęła swoją córkę.

- Wracaj do łóżka mamo, jak Cię znam znowu gdzieś pójdziesz i całą noc nie zmrużysz oka - powiedziała Siren uśmiechając się, po czym dodała - poza tym, jutro trzeba zacząć przygotowania do święta a nie wypada żeby na święcie słońca królowa była jak śnieg.

- Jest ze mną aż tak źle - zapytała Nagaa.

- Delikatnie mówiąc? Jeszcze kilka nieprzespanych nocy i będziesz blada jak mój ogon.

Obie parsknęły śmiechem i ułożyły się w łóżku. Nagaa poczuła jak Siren owija swój ogon wokół niej. Czuła głowę spoczywającą na jej piersi i obejmujące ją dłonie. Ona sama objęła córkę za ramie i delikatnie chwyciła ją za dłoń.

- Dobranoc mamo.

- Dobranoc córeczko.

****************************************************************************************************************
Litania Krwi leciała przez osnowę, tnąc ją niczym starożytny okręt morskie fale. Zmieniła się nie do poznania. Zamiast symbolu Khorna, nosiła na neutronowym taranie smoka, wijącego się wokół miecza. Usunięto także, wszystkie bluźniercze symbole Niewiele zostało ze starożytnego krążownika klasy Odwet. Esterach nie szczędził sił by doprowadzić okręt, który należał niegdyś do jego ojca, do stanu używalności. Poświęcił wielu psioników i dobry ludzi, aby wyprzeć z niego heretyckie nasienie, jakim został splugawiony. Sama jednostka została jednak poważnie zmieniona. Powiększyła się jej ładowność, dodano wiele nowych dział, oraz śmiercionośne działo Nova. Okręt przestał być zwykłą jednostką transportową. Stał się latającym domem, dla wielkiego lorda daruthów, na którym kształcił on też swoich młodych uczniów. Atak na tą jednostkę, nawet dla całej floty, byłby nie lada wyzwaniem. Mechanicy z Arcanusa postarali się aby okręt był jak najpotężniejszy. Zwykli Imperialni mechanicus odmawiali nawet prostej naprawy jednostki. Szukając miejsca gdzie zdoła ją naprawić, odnalazł Federację Arcanus, prosty sektor, będący osobnym od Imperium królestwem. Wiedział o wojnach w tym sektorze, wiedział nawet, że na Arcanusie walczyli także inni rycerze inkwizycji, nie przeszkadzało mu to jednak by poprosić tamtejszych mechanicus o pomoc. Rezultaty przeszły jego najśmielsze oczekiwania, chociaż słono zapłacił za jednostkę, którą teraz podróżował.

Siedział w przedsionku sali nawigatorów, na specjalnym fotelu, wpatrując się w bezkres immaterium. Sam przedsionek miał kilkadziesiąt metrów długości, był czymś na kształt małego ogrodu, wszędzie było pełno kwiatów, miał nawet własną sadzawkę. Potężne okno, zwykle zasłaniała pancerna płyta, jednak teraz, w czasie lotu przez osnowe, było ono odsłonięte. Lubił tu być, mógł odpocząć, pobyć sam myślał teraz, o tym gdzie leci. Bał się, jednak nie przeciwnika z jakim przyjdzie mu się zmierzyć, ale tak jak jego ludzie zareagują, na wieść o tym u boku kogo będą musieli stanąć. Załoga którą posiadał, składała się z najróżniejszych wojowników, zdołał on zebrać, wyszkolić i podporządkować sobie armie z pięciu różnych światów. Litania Krwi miała teraz na pokładzie trzydzieści tysięcy żołnierzy, zawierając w sobie gwardie z Necromundy, kwasowe psy z Mordant, plemię Kaledońskich łowców, jastrzębie wojny Harakonu, oraz Savlarskie chemiczne kundle. Widok tych ostatnich, sprawiał że po przybyciu do Arcanusa, lisouchy nie zrobiły na reszcie wojska najmniejszego wrażenia. Para lisich uszu, była niczym, w porównaniu do deformacji byłych więźniów, służących pod daruthem. Estarach nie był jednak sam. Potomkowie tempestus inkwizytor Alexandrine, patrzyli krzywo już na urodzonych niżej Savlarsów, nie wspominając już o hermusjanach, których łagodne usposobienie okazało się być niezwykle przydatne, w opiece nad młodymi akolitami.

Weszła do pomieszczenia. Nosiła na sobie doskonale wykonany pancerz, jeżeli to coś, w ogóle można było nazwać pancerzem. Tak, pancerz to zdecydowanie złe słowo. Spięte zapięciem w kształcie Imperialnego orła, palto zakończone czerwonymi frędzlami okrywało jej ramiona, jednocześnie będąc przyszytym do białej peleryny spadającej na plecy. Rozpięta koszula z bufiastymi rękawami, odkrywała nieprzyzwoitych wręcz rozmiarów dekolt. Jednak największą zagadkę dla Esteracha stanowiła reszta jej głównego ubioru. Wieloelementowe zapinane pod piersiami, skórzane granatowoszare połączenie spodni, gorsetu i kozaków, było tworem dość dziwnym i rycerz zachodził w głowę, jakim cudem inkwizytorka może w tym zachowywać sprawność bojową. W spodniach dostrzegł dwa charakterystyczne czerwone pasma, które najpewniej były jakimiś leginsami, które trzymały tą misterną strukturę w całości. Biały kapelusz zakrywał jej twarz, chociaż Esterach mógł z łatwością domyślić się jaki wyraz twarzy kryje się pod tym nakryciem głowy, spod którego wystawał długi warkocz, ogniście rudych włosów.

- A więc tutaj się schowałeś - zaczęła inkwizytorka, powoli zbliżając się do niego.

- Nie chowałem się, każdy członek załogi doskonale wie gdzie mnie szukać, jeśli nie zajmuje się adeptami, albo nie ma mnie na mostku - odpowiedział ze spokojem rycerz.

Kobieta usiadła na fotelu obok niego i zaczęła wpatrywać się w immaterium. Poczuła na sobie jego wzrok. Esterach obserwował ją i nie mógł się nadziwić że ta kobieta jeszcze żyje. Odsłonięte ręce, dekolt tak wielki że średnio rozgarnięty ork, trafiłby w niego bez trudu. Albo była biomantką tak dobrą, że potrafiła unikać kul i innego rodzaju amunicji, albo była największą szczęściarą jaką znał. Chociaż dostrzegł biegnący przez pas symbol inkwizycji i szybko domyślił się jego prawdziwej funkcji, nadal nie wierzył, że ta kobieta żyje.

- Masz jakieś uzasadnienie czy mogę ci dać w twarz? - zapytała inkwizytorka, sztucznie miłym tonem.

- Zastanawiam się jak to możliwe, że chodzisz w tym stroju po polu bitwy i jeszcze nikt nie podziurawił ci płuc - odpowiedział ze spokojem rycerz.

- Wy potraficie oceniać stórj pod kątem estetycznym, czy jesteście jak marines, liczy się dla was tylko aspekt militarny? - zapytała inkwizytorka, wyraźnie rozbawiona pytaniem.

- Jak idę na bal, to się zastanawiam jak, kto i w czym wygląda, jak idę na pole bitwy, zastanawiam się nad tym, czy pancerz który mam na sobie wytrzyma spotkanie z przeciwnikiem - odpowiedział wciąż spokojny Esterach.

- No dobrze. Widzisz ten symbol? - zapytała inkwizytorka i nie czekając na odpowiedź sięgnęła za znak inkwizycji przypasie - to rosarius, nie muszę bać się snajperów, ochroni mnie przed pierwszym strzałem, nim odda drugi będzie już martwy.

- Heretycy rzadko kiedy mają ze sobą, tylko jednego snajpera - odpowiedział lord.

- Doskonale wiem czego się spodziewać po przeciwniku. Uwierz mi rycerzyku widziałam więcej niż ty ujrzysz przez całe swoje życie - powiedziała kobieta z wyrzutem.

- Szczerze wątpię, że w niemal dwukrotnie krótszym czasie, widziałaś więcej ode mnie - powiedział rycerz wstając z fotela.

- Nie możesz być aż tak stary - odpowiedziała pewna siebie kobieta.

- A jednak, jestem starszy wiekiem, doświadczeniem i uwierz mi że jeśli będzie trzeba to i uporem - odpowiedział lord.

- Dwa razy więcej? W takim razie musiałbyś mieć prawie trzysta lat - powiedziała wysłanniczka.

- I tyle mam - odpowiedział rycerz.

- No dobrze, że wiekiem i doświadczeniem to się zgodzę, ale że uporem, nigdy - odpowiedziała kobieta.

- Ah tak? Więc jak myślisz czemu tu jestem - zapytał Esterach.

- Z tego samego powodu co ja lordzie, sprawy rodzinne - odparła z uśmiechem inkwizytorka.

- A więc też pokusiłaś się o przeszperanie kartoteki - zapytał Esterach.

- Przyjacielu, za akcje jakie odwaliłeś, co bardziej konserwatywni z mych braci wrzuciliby cię na stos. Ratuje cię tylko twoja skuteczność - odpowiedziała kobieta.

- To miły komplement, jak na kogoś kto słynie z bratania się z heretykami, przy każdej sposobności - odpowiedział Esterach.

Oboje zaśmiali się.

- A więc Mirajane Xezz jedna z najgroźniejszych kultystek paktu ekstazy - zaczął lord i kontynuował - to prawda, co mówią, że należała do twojej rodziny?

- Nie należała, tylko należy, jeszcze raz użyjesz czasu przeszłego, a przysięgam nie dolecisz do tego wężowiska żywy - powiedziała wściekła inkwizytorka.

- Nie było moim celem cię zdenerwować - odpowiedział lord.

- Ale zdenerwowałeś - powiedziała wściekła inkwizytorka i zapytała - A ty? Uganiasz się za pamiątkami po ojcu?

- Został mi tylko jego miecz i drugi eldarski kamień dusz - odpowiedział Esterach.

Rozmowę przerwała im dziewczyna, która właśnie weszła do pomieszczenia. Inkwizytorka spojrzała na dziewczynę. Nosiła czary karapaksowy pancerz, podobny do tych, używanych przez Caidiańskie formacje. Był on jednak całkiem czarny. Faktem który przykuł uwagę wysłanniczki ordo xenos, był brak reszty uniformu zasłaniającego górne partie ciała. Dziewczyna miała na sobie, tylko karapaksowy napierśnik, scalony z naramienikami, spod którego wstawała pozbawiona guzika, biała koszula. Kołnierz tej koszuli wystawał pod szyją dziewczyny, Ręce były praktycznie pozbawione osłony, chroniły je tylko ochraniacze na łokciach. Inkwizytorka mogła z łatwością dostrzec tatuaże na rękach i na brzuchu. Do pasa bojowego miała przypięty miecz łańcuchowy i pistolet plazmowy, przyszyta była również do niego skóra dzikiego zwierzęcia oraz skrawki materiału, które tworzyły coś na kształt postrzępionej spódnicy. Nogi osłaniały jej grube typowe dla wojska spodnie, z ciężkimi, sięgającymi za kolana, płytowymi ochraniaczami. Lewa nogawka była jednak podarta i odsłaniała pończochę. Na głowie nosiła przerobioną czapkę komisarską, przeszytą purpurowym paskiem. Miała czarne włosy, z dwoma sterczącymi po bokach, ciemno-fioletowymi kucykami. Prawe oko zdobił ciemny tatuaż, którego symbolikę znała jedynie właścicielka. Bladą twarz zdobił jednak bardzo przyjazny, nieco szalony uśmiech.

Dziewczyna wesołym krokiem podeszła do inkwizytorki i rycerza, a następnie zasalutowała.

- Ven prosi żebyście skończyli tą schadzkę, bo niedługo będziemy na miejscu - mówiła a uśmiech nie znikał z jej twarzy.

- Powiedz jej że już idziemy - odpowiedział rycerz.

- Sam jej to powiedz. Nie mam zamiaru przegapić zabawy - odpowiedziała dziewczyna i zaskakująco lekkim i radosnym krokiem odpuściła salę.

- A ty na mój pancerz narzekałeś, kto to w ogóle jest - zapytała kobieta.

- Arletta, dowódca sił z Necromundy, ale ona to... to co innego - odpowiedział Esterach po zastanowieniu.

- Doprawdy? A co w niej takiego "innego" - zapytała wyraźnie zaciekawiona inkwizytorka.

- To porąbana historia - odpowiedział rycerz, oboje szli już w stronę wyjścia.

- Bardziej porąbana od medyczki zmienionej w potwora i odczarowanej przez zdzielenie szablą energetyczną po kręgosłupie - zapytała prześmiewczo inkwizytorka.

- Hmmm no fakt, bardziej porąbana od tego nie jest - odpowiedział lord.

- No widzisz. To opowiadaj - zachęciła kobieta.

- Ehhh kilka lat temu, moi astropaci odebrali sygnał z prośbą o pomoc. Nic specjalnego, danych brak, o ilości wroga też brak, wiedzieliśmy tyko, że herezja. Walki toczyły jak to zwykle na wojnie, ataki, obrony, szturmy, przełamania, straty, ranni, wybuchy, nic ciekawego. Jednak przez całą kampanie mieliśmy pewien problem. Co jakiś czas nasze posterunki były atakowane i niszczone przez nieznane jednostki. Nie byliśmy jednak jedynymi. Heretycy też obrywali, w zasadzie nawet bardziej niż my. Nam kontakt z posterunkiem urywał się raz na jakiś czas, w ich wypadku, co chwila zwiady natykały się na zmasakrowanych przeciwników - opowiadał Esterach.

- Tajemniczy sojusznik - zapytała inkwizytorka.

- Raczej wspólny wróg. W każdym razie, poza moimi siłami, walczyli tam też żołnierze z Necromundy, wspierani przez karny legion z Savlaru. Stąd właśnie ci ludzie w moich szeregach. Wracając jednak do tematu głównego, w końcu odnaleźliśmy obóz trzeciej armii. Poznaliśmy, że to właśnie trzecia armia, ponieważ mieli oni w zwyczaju nadgryzać swoje ofiary - mówił rycerz.

- Dzieci Malice? Rzadki widok - powiedziała zdziwiona kobieta.

- Esterach skinął głową i zaczął tłumaczyć dalej - W tym właśnie obozie znaleźliśmy Arlette. Heretycy musieli się spieszyć, znaleźliśmy ją i kilku innych ocalałych jeszcze gwardzistów. Miała na sobie ślady ugryzień, a nawet odgryziony kawałek ramienia, w każdym razie z odpowiednią pomocą medyczną doszła do siebie, tylko jest trochę no...

- Dziwna - wysłanniczka spojrzała na Esteracha.

- Powiedziałbym raczej, że zdrowo popieprzona - odpowiedział rycerz i dodał - Jej najznamienitszym wyczynem jest wygryzienie krtani orkowego burszuja i użycie jego krwi, do oślepienia mekaniaka, który w następstwie rozwalił prowadzący natarcie czołg.

Dalsza rozmowa na mostek upłynęła Esterachowi na opowiadaniu Alexandrine o samej Paradisii, oraz o tym jakie taktyki sprawdzą się najlepiej w walce na jej powierzchni.

Rozdział I Demony Przeszłości

Przygotowania do święta szły pełną parą. Całe Serpentlex powoli pokrywało się w czerwieniach, żółciach i pomarańczach. Z orbity miasto zaczynało wyglądać jakby ogarniał je pożar. Podczas gdy lamie ozdabiały podstawy miasta, lillendi skupiły się na trudniej dostępnych miejscach. Ich skrzydła nie pozwalały latać, ale były dość silne by utrzymać znaczną część ciała, lub po prostu wydłużyć lot. Był to dni kiedy właściwie całe miasto się zatrzymywało, funkcjonowały tylko służby medyczne i przeciwpożarne, oraz straż. Podczas gdy lillendy i lamie szykowali się do wystawiania tanecznych pokazów na ziemi, nagi szykowały fluorescencyjne farby, które będą lepiej pokazywały ich podwodne akrobacje. Święto zaczynało się o zmierzchu, a związane z nim uroczystości religijne trwały mniej-więcej do północy, po nich zaczynała się zabawa, która w niektórych miejscach potrafiła trwać jeszcze przez kilka dni.

Nagaa osobiście nadzorowała przygotowania do święta, na głównym placu miasta. Uwielbiała to święto i nie kryła tego faktu. Bardziej niż święto ucieszył ją jednak fakt, że Siren także pomaga w przygotowaniach. Stosunki królowej z córką pogorszyły się gdy młoda, dziewczyna zapragnęła poszerzać granice państwa. Nagaa zdecydowanie się temu sprzeciwiała i nie chciała nawet słuchać o podobnych pomysłach. Wiedziała że Siren jest młoda i że nie ma pojęcia jakie są koszty i niebezpieczeństwa związane z takim działaniem.

O ile straże w mieście także mogły czerpać radość ze święta, to te które zostały (najczęściej za kare) wysłane na obrzeża miasta wcale nie miały powodów do radości. Czające się w gęstwinie leśnej potwory, będące najlepszym dowodem na to że planeta była już kiedyś odwiedzona przez Chaos, podnosiły ciśnienie nawet najlepszych strażniczek. Co prawda ulepszone sensory, wieżyczki automatyczne i skanery pozostawione przez Federacje Arcanus, znacznie ułatwiał pracę, a świadomość że w przypadku zmasowanego ataku w ciągu chwili na miejscu może pojawić się cały batalion gwardii znacznie poprawiał morale. Jednak serpentoidy podświadomie wyczuwały rosnące zagrożenie, chociaż nie wiedziały co może być powodem tych przeczuć.

****************************************************************************************************************
Gniew Angrona, potężny okręt klasy Hellfire leciał przez osnowę wraz z całą flotą innych jednostek. Nie był co prawda największą jednostką, jednak to na jego barkach, oraz znacznej części floty Chaosu, miało spoczywać przełamanie obrony nad Serpentlex. Flota poruszała się bardzo szybko, sztormy osnowy, które każdy normalny okręt by spowolniły im nadawały niezwykłego przyspieszenia.

Euriale Nagay siedziała w swojej kajucie, po raz kolejny już sprawdzając sprzęt. Czuła rosnące w niej podniecenie, wynikające ze zbliżającej się bitwy. Wizja przelewania krwi swoich pobratymców a także Serpentlex stojącego w ogniu, ulic zalanych krwią i zasłanych trupami bardzo ją podniecała. Głód krwi i walki rósł w niej z każdą sekundą. Z rozmyślań wyrwało ją nagłe walenie do drzwi kajuty.

- Czego? – warknęła Euriale wyraźnie niezadowolona z faktu że ktoś jej przeszkadza.

- Pani, jesteś wezwana na mostek – zza drzwi dało się usłyszeć zachrypły, zniekształcony przez hełm męski głos.

Wielkie stalowe drzwi kajuty otworzyły się z wielką siłą. Była ona dość duża by powalić na ziemie nieprzygotowanego zdradzieckiego marine. Euriale nawet nie zwróciła na niego uwagi, po prostu po nim przesunęła i ruszyła na mostek.

Czekała już na nią. Jej szara skóra i białe włosy zmieniały kolor, odbijając światło osnowy, które na nią padały. Wyczuła obecność siostry a kącik jej ust nieznacznie się uniósł. Euriale zatrzymała się obok niej.

- Czemu zawdzięczam twoją wizytę Stheno? – zaczęła Euriale.

- Chciałam się upewnić, że jesteś gotowa ale z tego co widzę zupełnie niepotrzebnie – odpowiedziała melodyjnym głosem szara wężyca.

- Nie jestem tobą siostrzyczko, umiem wykonać powierzone mi zadanie – powiedziała czerwona wojowniczka prześmiewczym tonem.

Na twarzy Stheno pojawił się grymas niezadowolenia. Fakt prawie pięć tysięcy lat temu to przez nią nie udało im się to co zamierzały zrobić, lecz nie spodziewała się że jej siostra będzie aż tak pamiętliwa.

- Zobaczymy – odpowiedziała szara.

- Mierzi mnie już ta podróż, lecimy już chyba drugi tydzień, długo to jeszcze potrwa – zapytała Euriale poirytowanym głosem.

Na twarzy Stheno znów pojawił się uśmiech, bo chociaż jej siostra bez wątpienia była lepszą wojowniczką to przez swoje poddaństwo bogu krwi straciła zmysł osnowy. Szara uwielbiała ją irytować typowymi dla czarodziejów odpowiedziami, które mogły znaczyć praktycznie wszystko.

- Osnowa to zagadka siostro, wszystko zależy od jej kaprysów – mówiła Stheno zachowując stoicki spokój i jednocześnie śmiejąc się w duchu.

- Cóż w takim razie powiedz osnowie, żeby lepiej szybko zaprowadziła nas do celu bo inaczej... - tutaj wtrąciła się szara.

- Bo co? Potniesz ją swoimi mieczami? Zabijesz? Nie bądź śmieszna Euriale, wy wojownicy możecie budzić lęk w sercach żywych ale jesteście dla osnowy znaczycie naprawdę niewiele - powiedziała Stheno zanosząc się śmiechem.

- Powiedziała seksualna zabawka Slaanesha – rzuciła Euriale starając się uspokoić swój gniew.

- No już, nie obrażaj się na mnie siostrzyczko – powiedziała Stheno i podnosząc się nieco na ogonie dała siostrze całusa w policzek.

Euriale opędziła się od niej jedną ręką jednocześnie drugą przecierając miejsce gdzie została pocałowana.

- Wiesz że nie znoszę tych czułości.

- Wiem ale zawsze jakoś dziwnie cię to uspokaja.

- Ehhh... to długo jeszcze będziemy lecieć?

- Nie wiem Euriale, naprawdę nie wiem. Jak już powiedziałam osnowa to zdradliwa, zakłamana kapryśna dziwka a my jesteśmy zdane na jej łaskę. Jeżeli uda nam się utrzymać obecną prędkość to być może nawet dzisiaj, o ile to w ogóle jeszcze jest dzisiaj, straciłam rachubę czasu.

- Nie powiedziałaś tak – mówiła przez śmiech Euriale.

- Ależ powiedziałam siostrzyczko, tyle że nie wprost, ale sama przyznaj że to bardzo trafne porównanie.

- Przyznaje – powiedziała wyznawczyni Khorna.

****************************************************************************************************************
Uroczystości już trwały. Wszystko było dopięte na ostatni guzik. W świetle ognia ozdoby pięknie się prezentowały, w mieście było jasno jak w dzień. Lamie, lillendi i nagi z zapartym tchem śledziły artystyczne rytualne pokazy swoich sióstr. Nagii szczególnie podobały się „słoneczne tańce”. Lamie używały podczas nich sztucznego ognia. Wyglądały jakby stały w płomieniach a jednak nie działa im się żadna krzywda. Metoda na tworzenie odpowiedniej substancji była znana wśród serpentoidów o tysiącleci i na stałe weszła już do ich tradycji. Siren z kolei wolała podwodne pokazy zorganizowane przez nagi. Fascynował ją ich podwodny świat, w którym niestety nigdy nie mogła pozostawać zbyt długo.

Chociaż święto przebiegało wyjątkowo spokojnie i ku rozczarowaniu niektórych obyło się bez „wypadków przy pracy” Siren, Nagaa i każda nieco lepiej uzdolniona psionicznie serpentoidka czuła niepokój, chociaż każda nowa atrakcja nieco go zmniejszała. Nagaa przywołała do siebie strażniczkę i kazała jej iść do centrum dowodzenia obroną i wrócić jeżeli coś by się stało. Niechętnie wojowniczka ruszyła w tamtym kierunku.

Zbliżała się już północ i święto miało się zakończyć na rzecz zabawy lecz wtedy na środek głównego palcu wyszła Siren wraz z kumihanką i kilkoma innymi psioniczkami. Dziewczyna rozprostowała ręce i poruszyła palcami. Jej oczy błysnęły światłem i nagle z barków „wyrosły” jej cztery magiczne ramiona. Wzięła w ręce talie kart, w każdej z dłoni trzymała po dwie. Jej oczy zaświeciły się jeszcze jaśniej i tym razem dłużej. Symbole na kartach zaczęły płonąć jasnym światłem. Siren puściła je a te utworzyły wokół niej pierścień, który z czasem zaczął się obracać, co raz szybciej i szybciej, aż wreszcie zaczął płonąć. Psioniczki stale trzymały wyciągnięte dłonie stabilizując go i jednocześnie wzmacniając. Nagle wszystkie jednocześnie razem z Siren uniosły dłonie a pierścień poszybował w górę. Karty wybuchły światłem a każde rozdzieliła się na mniejsze kule światła, które razem utworzyły wielką płonącą imperialną aquille.

Serpentoidy były z jednej strony zaskoczone ale z drugiej zachwycone nieoczekiwanym widokiem. Fajerwerki nie były niczym odkrywczym ale to co stworzyła Siren wyglądało jak promień czystej energii. Sama autorka była pod wrażeniem swojego dzieła, które wyszło znacznie lepiej niż się spodziewała.

****************************************************************************************************************
Flota nad Serpentlex była bardzo liczna, na jej czele stał wielki okręt klasy Selene. Była to potężna jednostka bojowa bardzo podobna budową do pancernika klasy Lunar. Ten egzemplarz był wyposażony w liczne działa torpedowe, i wzmocnione generatory osłon. Miał trzymać wroga na dystans i wykorzystać swoje osłony aby znieść długi ostrzał. Natomiast na bliski dystans miały go chronić mniejsze jednostki bojowe. Jego zadaniem było szybko wyeliminować wroga na daleki dystans lub utrzymać się jak najdłużej jeżeli flota przeciwnika okaże się być zbyt liczna.

Admirał Vitus, który dowodził flotą właśnie przyzwyczajał się do nowego stanowiska. Poprzedni dowódca zmarł niedawno i teraz to na barkach tego młodzika, który dowództwo nad flotą woli swojego poprzednika, spoczywała ochrona planety. Jego umysł dostroił się już co prawda do systemów maszyny, która całkiem nieźle zniosła zmianę dowódcy, jednak prawdziwy chrzest ognia dopiero go czekał. Impulsy nerwowe jakie wysyła maszyna gdy oberwie potrafią bowiem zadawać realny ból niedoświadczonemu dowódcy.

Astropata jaki był na pokładzie wyczuwał zmiany w osnowie. Były one widoczne już od kilku dni, jednak psionik nie dostrzegał żadnych obiektów które mogłyby się pojawić. Sztorm psioniczny nie zbliżał się też do planety, wręcz przeciwnie, osnowa dookoła świata była niezwykle czysta. Fakt ten niepokoił kapitana. Podręczniki wojenne nakazywały zachować ostrożność w takich sytuacjach, jednak nie mówiły na czym ma ona polegać. Okręty były ustawione w formacji łuku, dobrze sprawdzającej się przy metodycznym powolnym ataku i trzymaniu pozycji, zwłaszcza, że łuk można było ugiąć, oskrzydlając w ten sposób wroga.

Astropata nagle pobladł ze strachu, gdyż ujrzał że prądy, które wydawały mu się być słabe były dość silne by ukryć nadchodzący atak. Nie zdążył nawet dobrze ostrzec admirała. Flota Chaosu pojawiła się nagle i niespodziewanie. Lecieli formacją klinu, ich pokryte bluźnierczymi znakami okręty były znacznie szybsze niż opisywały to podręczniki militarne.

Admirale jakie rozkazy – pytał równie przerażony pierwszy oficer.

Chłopak sięgną w pamięć przypominając sobie znane modele statków Chaosu. Trafił na najgorszego wroga jakiego może spotkać młody dowódca. Nietypowa budowa modelu Hellfire, bardzo rzucała się w oczy. Bardziej niż wygląd martwił jednak wachlarz zdolności. Te okręty miały uzbrojenie równie łatwe do wymiany co bateria w karabinie laserowym, więc można się było spodziewać po nich praktycznie wszystkiego.

- Tarcze kadłuba na pełną moc, silniki na trzydzieści procent, dawać mi raport z luk torpedowych – dyktował w naprędce rozkazy młody dowódca.

- Tak jest – powiedział oficer.

- Admirale jakie rozkazy dla reszty floty? – pytał łącznościowiec.

- Idą klinem, weźmiemy na siebie główny atak, zatrzymamy ich, reszta ma ich oskrzydlić - „Taktyka najprostsza z możliwych, albo ich dowódca jest tak niedoświadczony jak ja albo tak cholernie dobry że pozwala sobie na takie błędy” myślał admirał wydając swoje rozkazy.

Wtedy ze statku wroga w stronę floty Arcanusa poleciała salwa promieni laserowych. Czerwone promienie trafiły w jeden z bardziej wysuniętych niszczycieli. Jego kapitan za późno wydał rozkaz o przygotowaniu tarcz. W rezultacie promienie zryły cały okręt doprowadzając do eksplozji generatorów tarcz i uszkadzając naładowane już działa laserowe. Seria eksplozji przeszła po cały statku i tak w kilka minut liczący prawie siedemset metrów niszczyciel, stał się jedynie zniszczonym wrakiem, którego resztki zaczęły spadać na planetę. Wszyscy w osłupieniu obserwowali jak zniszczona jednostka „idzie na dno”.

- Strzela, ten sukinsyn strzela – mówił jeden z oficerów, przerażony tym faktem.

Przerażającym był tutaj fakt że flota Federacji była w polu rażenia Hellfire'a na dystansie niemal dwa razy większym niż wynosi przewidywalna odległość strzału. Zauważono też że okręt dowodzenia wroga wysuwa się naprzód ze znaczną prędkością, zostawiając w tyle resztę jednostek.

- Co on robi? – zapytał jeden z młodych niedoświadczonych oficerów.

- Rzuca nam wyzwanie – odpowiedział admirał.

- Jakie rozkazy? – pytał pierwszy oficer.

- Przyjmujemy je. Silniki cała naprzód i przekierować moc z połowy generatorów na burty, niech technicy będą gotowi przekierować moc z reszty kadłuba na jedną z nich.

- Chce pan z nimi walczyć burta w burtę? To szaleństwo nasz okręt nie jest gotów do takiego starcia – krzyczał jeden ten sam młody oficer.

Kolejna salwa laserowa rozbiła się o tarcze na dziobie statku.

- Oni też nie, a walka między nami na słabych działach będzie w najlepszym razie ciągnęła się przez kilka dni.

Wszyscy zrozumieli co planuje admirał. Wróg miał przewagę liczebną i na dodatek mógł atakować będąc całkowicie bezpiecznym. Vitus wiedział że sam nie wygra tej walki, astropata cały czas nadawał sygnały prosząc o pomoc. Nie było żadnej pewności że on dotrą, jednak była to jedyna opcja obrońców. Wdając się w bezpośrednią walkę z wrogiem, zyskiwali czas.

- A jeżeli dokonają abordażu - zapytał pierwszy oficer.

- To się ich wyrzuci, mało masz marynarzy na pokładzie? - zapytał niepotrzebnie admirał.

Trzeba mu było przyznać że chociaż młody a wiedzę czerpał głównie z podręczników dobrze opracował strategie obrony.

Mniejsze jednostki nie były jeszcze w stanie zacząć ofensywy, więc na razie tylko ustawiały się na pozycji, jednocześnie sunąc naprzód. Admirał wiedział że jeżeli zniszczy większe jednostki, które prowadziły atak, to nawet jeśli przegra działa obronne na planecie dadzą radę zatrzymać atak mniejszych statków. Wróg był liczniejszy a jednak atakował formacją, którą łatwo jest otoczyć nawet z małymi siłami.

Nikt nawet nie zwrócił uwagi na jeszcze jedną, równie wielką flotę która pojawiła się nad właściwie pustym obszarem planety, rozpoczynając desant i niemal natychmiast wznosząc fortyfikacje.

****************************************************************************************************************
Zabawa trwała w najlepsze a aquilla stworzona przez Siren, chociaż już gasła wciąż zapierała dech w piersiach. Być może gdyby nie ona ludzie już wcześniej dostrzegliby błyski osnowy, dziwne czerwone promienie i migające przez sekundy jasne światła.

Gwardzistka z wielkim trudem przeciskała się przez tłum bawiących się ludzi. Znalezienie królowej było jak szukanie igły w stogu siana i to na dodatek z zawiązanymi oczami. Przechodziła przez place pełne bawiących się osób, widziała ich szczęśliwe twarze, często tak ochoczo zapraszające do wspólnej zabawy. O użyciu jakiegokolwiek pojazdu nie było mowy, chyba że jednostki latające. Dotarcie do placu głównego zajęło jej prawie godzinę, o wiele za dużo. Baterie laserowe na powierzchni nie mogły jeszcze oddawać ognia, gdyż przeciwnik był poza ich zasięgiem. Nic więc nie odwracało uwagi tłumu od zabawy.

Nagaa właśnie tańczyła z Siren na środku placu, gdy nagle wpadła tam wojowniczka z trudem łapiąc oddech.

- Pani - Serpentoidka wsparła się na swojej broni ciężko dysząc.

Nagaa wiedziała że nie może to zwiastować nic dobrego. Siren dopiero teraz wyczuła zmiany dookoła siebie. Strach wysłanniczki zadziałał bardzo pobudzająco na jej zdolności. W ostatniej chwili złapała swoją matkę i gwardzistkę a następnie wykonała krótki skok przez osnowę. Fragment zniszczonego okrętu runął w miejscu gdzie przed chwilą stały zabijając przy tym kilka i raniąc dziesiątki serpentoidów. Kolejny odłamek spadający tuż obok trafił przy okazji w skrzydło aquilli wykonanej na niebie, naruszył jej magiczną strukturę, tym samym niszcząc orła. Na szczęście największa część statku runęła w lasy położone pod miastem. Było to szczęście w nieszczęściu, gdyż fala uderzeniowa uszkodziła wiele sonarów czujników i wieżyczek automatycznych. Przy okazji deszcz odłamków, poza oczywistym zniszczeniem ogromnej części miasta i wywołaniem fali pożarów, zniszczył też bramę do pajęczego traktu. Planeta była więc praktycznie odcięta.

Nagaa i Siren patrzyły bezradnie z dachu budynku na który teleportowała się młoda serpentoidka jak na ich miasto spada deszcz ognia. Wszędzie było słychać krzyki i błagania o pomoc. Całe „bombardowanie” nie trwało dłużej niż dwadzieścia minut, lecz zdążyło wyrządzić niewyobrażalne szkody. Jednak królowa szybko skojarzyła fakty. Wybuchy na niebie i dziwne światła świadczyły o toczonej tam bitwie. Jeżeli jeden okręt był w stanie wyrządzić tyle szkód to nawet nie chciała myśleć co zdziała cała flota. Ogarnęło ją przerażenie, połączone ze smutkiem, żalem i gniewem.

- Pani musimy dostać się do centrum obrony. Musi pani wydawać rozkazy – krzyczała strażniczka, którą Siren zabrała ze sobą.

- Tak, tak musimy – Nagaa z trudem panowała nad emocjami, które tak bardzo w nią teraz uderzały – Siren, zabierz nas na ulice, ty skaczesz przez osnowe lepiej ode mnie.

Dziewczyna skinęła głową i rozłożyła ręce chcąc otworzyć portal, lecz gdy tylko otworzyła niewielkie przejście, ten eksplodował odrzucając ją na kilka metrów. Dziewczynę przed spadnięciem z budynku wyratował tylko refleks jej matki. W chmurze energii pojawiła się dziwna, wysoka, czerwonoskóra, humanoidalna, umięśniona postać z ognistym mieczem. Krwiopiuszcz rzucił się na królową i jej córkę, lecz został skutecznie powstrzymany ukośnym cięciem przez głowę, które zadała mu strażniczka.

- Co to było do cholery? – krzyknęła równie zdziwiona co przerażona strażniczka.

- Cholerny demon – odpowiedziała jej królowa.

- No to chyba teleportacje mamy już z głowy – rzuciła Siren odzyskując świadomość.

Przebicie się przez ogarnięte chaosem zabawy ulice było wielkim wyczynem, ale przedostanie się przez nie teraz było prawdziwym cudem, zwłaszcza że Siren musiała być podtrzymywana. Wybuch osnowy znacznie ją osłabił. Sunęły wśród pożarów, przeciskając się przez tłum przerażonych poddanych. Nagaa nie mogła mieć im za złe, że większość nawet nie zwracała na nią uwagi, byli zajęci ratowaniem życia, swojego lub innych, starali się dotrzeć do swych bliskich. Nie wiedziały ile czasu minęło zanim udało im się w końcu dostać do owego budynku. Ogony miały umazane we krwi, którą spływały ulice. Gwardzistki pobladły na ich widok. Gdyby nie krew, sadza i inne zanieczyszczenia, można by się sprzeczać co jest bielsze, skóra Nagii czy ogon Siren.

Wpadły do centrum dowodzenia, w którym panował chaos nie mniejszy od tego na ulicach. Ludzie, serpentoidy i eldarzy biegali po całym polu, często nawet nie zauważając kogo mijają.

- Czy ktoś mi raczy wyjaśnić dlaczego na moje miasto spadł właśnie jakiś okręt!? – krzyczała Nagii wpadając do głównego sztabu.

Wszyscy obecni zasalutowali królowej i jej córce, które właśnie wpadły do pomieszczenia.

- Pani, zostaliśmy zaatakowani przez potężne siły Chaosu, właśnie ustalamy ich pochodzenie – meldował pospiesznie młody ludzki oficer.

- Domyśliłam się kiedy wyskoczył na mnie demon - powiedziała poirytowana królowa.

Wszyscy spojrzeli na nią z niedowierzaniem na władczynie.

- Królowo jesteś tego pewna? - zapytał jeden z eldarów będących w pomieszczeniu.

- Czerwona skóra, umięśniony jak cholera, ognisty miecz w łapie i żądza mordu w oczach, do tego wyskoczył z chmury energii psionicznej. Tak to był demon - Nagaa prawie krzyczała mówiąc te słowa po czym powiedziała - a teraz mówcie jak wygląda sytuacja.

- Źle - powiedział poważnym tonem mężczyzna, który właśnie wszedł do pomieszczenia.

Był stary, krótkie siwe włosy i pomarszczoną ciemną skórę. Na skroni nosił tatuaż w kształcie federacyjnego orła. Lewe oko było białe, a nad i pod nim przechodziły dwie z trzech potężnych blizn szpecących jego twarz. Nie miał zarostu, był zadbany i dobrze ubrany. Z dwóch ciężkich kunsztownie wykonanych rękawic sterczały długie wysuwane szpony. Jego pancerz był wykonany znacznie lepiej niż przeciętnego gwardzisty, symbole i odznaczenia wskazywały na jego wysoki stopień w armii.

- Jestem generał Sheridan, dowódca sił Federacji na tej planecie - mówił mężczyzna.

- Źle to bardzo ogólnikowe słowo generale, może pan rozwinąć - zapytała Nagaa.

- Mogę mówić swobodnie? - spytał generał.

Nagaa skinęła głową.

- No skoro tak... Jesteśmy tutaj kompletnie udupieni. Flota wroga ma nad nami ogromną przewagę liczebną, na dodatek niszczyciel który właśnie spadł na miasto zdążył rozwalić eldarską bramę osnowy dalekiego zasięgu. Normalnie obrona orbitalna powinna rozwalić odłamki i właściwie do tej pory nie wiem dlaczego tego nie zrobili - generał urwał na chwile po czym przywołał swojego adiutanta - Hyglas, chodź tu!

Młody chłopak, który najwyraźniej dopiero co skończył szkolenia przybiegł do generała i mu zasalutował.

- Na rozkaz panie generale - powiedział chłopak.

- Ty słuchałeś uważniej ode mnie, dlaczego mamy problemy z wezwaniem pomocy przez nadajniki osnowy?

- Sir, melduje że otacza nas cyklon energii psionicznej, który znacznie utrudnia nam komunikacje, stale nadajemy sygnał z prośbą o pomoc lecz nie wiemy czy...

- Dobra dobra już wystarczy - przerwał mu generał - Odmaszerować.

Chłopak znów zasalutował i odszedł.

- Młode to i niedoświadczone, ale rozkazy zapamiętuje i dobry z niego słuchacz, to zrobiłem go adiutantem - mówił do królowej - No więc, tak jak powiedział młody jesteśmy w psionicznej dupie a te demoniczne gówna, które spotkałaś wlewają nam się teraz na planetę.

- Jak to wlewają się na planetę!? - zapytała Nagaa krzycząc na generała.

- Cholera czy nikt poza mną nie umie tu zdać raportu sytuacyjnego!? - wykrzyczał generał nie oczekując nawet odpowiedzi - Jakieś dwadzieścia minut po ataku pierwszej floty, skanery wykryły pojawienie się drugiej nieco mniejszej armii wroga. Trzymają się z dala od nas i eldarskich enklaw. Utraciliśmy jednak kontakt z placówką nasłuchową i posterunkami na wężowisku.

Nagaa zrobiła wielkie oczy i spojrzała na generała. Dostrzegł prawdziwe przerażenie w jej oczach. Strach jaki ludzie okazują bardzo rzadko. Wyglądała jakby sama śmierć patrzyła jej teraz w oczy. Generał nie wiedział co się dzieje. Nagaa wiedziała że owe "wężowisko" to w Federacyjnym żargonie Wężowy Pałac, miejsce gdzie została pokonana Medusai Nagay i gdzie według legendy ma "narodzić" się znów.

- Więc trzeba posłać tam armie i wypędzić sukinsynów zanim rozlezą się po planecie - wyrwała się nagle Siren.

- Siren... - Nagaa była zaskoczona nagłą reakcją córki ale jednocześnie wyrwało ją to z "transu" w jaki wpadła na wieść o drugiej armii.

- No co? Sztukę wojenną znam na pamięć matko i wyraźnie mówi ona co robić w takiej sytuacji - starała się uargumentować Siren.

- Nie. Nie w tym wypadku, to nie jest pierwsza lepsza inwazja Chaosu... - Nagaa starała się przemówić córce do rozsądku.

- Wiem co to jest matko i dlatego tym bardziej powinniśmy działać - odpowiedziała jej córka.

- Z całym szacunkiem królowo, ale twoja córka ma racje. Im szybciej ich zaatakujemy tym większe mamy szanse na zwycięstwo - wtrącił się nagle generał - wróg jeszcze nie jest okopany i nawet jeśli spodziewa się ataku powinniśmy go jak najszybciej dokonać.

- Nie nie zgodzę się na... - Nagaa nie zdążyła skończyć.

- Na obronę własnego ludu? Czego się boisz matko? Czy naprawdę wizja spotkania się z jakimkolwiek wrogiem za murami miasta aż tak cie przeraża - Siren nie była w stanie panować już nad nerwami.

- Jak śmiesz...

- Jak śmiem robić to na co ty nie masz odwagi? Jak śmiem bronić swego ludu? A może jak śmiem walczyć o ten cholerny świat - pytała Siren a rosnący w niej gniew znajdował swoje odbicie w mocy psionicznej.

Nagaa czuła jak serce podchodzi jej do gardła, nie poznawała swojej córki. Siren pobladła, jej oczy płonęły gniewem, twarz wykrzywiła się w grymasie wściekłości i nienawiści.

- Siren... - królowa wyciągnęła ręce chcąc objąć i uspokoić córkę.

Tarcza jaką wytworzyła Siren wokół siebie poraziła Nagii i odrzuciła ją. Królowa padła nieprzytomna na ziemie. Dopiero wtedy Siren zrozumiała co zrobiła. Dopadła do matki starając się ją ocucić, jednak bezskutecznie. Chociaż czuła że żyje, królowej nie dało się dobudzić. Przywołała impulsem psionicznym dwie lamie pilnujące sztabu i kazała im zabrać matkę do uzdrowicieli.

Ocierając łzy z twarzy stanęła przed ekranem taktycznym. Z trudem panując na głosem zaczęła mówić.

- Nie bez powodu wybrali właśnie wężowisko na swoją kwaterę. Według legendy to tam ma zostać przyzwana najpotężniejsza wiedźma Chaosu naszej rasy. Jeżeli im się to uda, możemy zapomnieć o zwycięstwie, dlatego musimy ich zaatakować i musimy być szybcy. Generale Sheridan, mogę liczyć na pańskie wsparcie?

Nie odpowiedział, skinął jedynie głową i zbliżył się do ekranu...

Rozdział II Królowa Węży

Ostatni Blask leciał na swojego przeciwnika. Admirał Vitus z niepokojem obserwował wskaźniki tarcz próżniowych. Kolejna salwa laserowa rozbiła się o osłony statku. Blask nie pozostawał dłużny i słał w stronę Gniewu Angrona salwy torpedowe, te jednak rozbijały się o nie gorsze tarcze okrętu. Vitus wyliczył, że nim będzie on mógł prowadzić walkę na bliski dystans, otrzyma przynajmniej dwa uderzenia.

Jeden z niszczycieli federacji posłał salwę w marudera Chaosu. Okręt otrzymał kilka celnych trafień w silniki, w efekcie czego najpierw spowiła go kula ognia by w kilka minut potem zmienić się w kupę dryfującego złomu. Jednak już wtedy na owy niszczyciel leciały dwa kolejne okręty heretyków. Był on bez szans. Sytuacja wyglądała podobnie na całym polu walki. Wróg tracił na doświadczeniu i wytrzymałości okrętów, jednak nadrabiał to liczbą i szybkością jednostek. Kolejny niszczyciel staranował wrogi okręt rozwalając go na pół, jednak w chwilę potem został zniszczony przez skoncentrowane strumienie trzech innych jednostek.

Admirał przestał już wierzyć w zwycięstwo. Nawet jeżeli jakimś cudem odeprze ten atak, siły desantowe szybko go zmiażdżą. Kolejna salwa torpedowa rozbiła się o obronę przeciwnika. Vitus zauważył jednak pewną zmianę. Tarcze przeciwnika znacznie osłabły. Dowódca odpalił vox:

- Działonowy jak długo potrwa załadowanie pełnej salwy? - zapytał admirał.

- Panie, melduje że za jakieś dwadzieścia minut będziemy gotowi do strzału - odpowiedzial mu głos z przekaźnika.

- Doskonale, nie strzelać bez mojego rozkazu - powiedział Vitus.

- Tak jest - żołnierz pewnie by zasalutował gdyby stał obok dowódcy.

Admirał zaczął uważnie przyglądać się obronie przeciwnika i w końcu go olśniło, znalazł słaby punkt w obronie przeciwnika.

- Nawigator!

- Tak jest admirale.

- Dawaj mi raport wszystkich naszych jednostek będących w stanie walczyć. Obchodzą mnie te o największej sprawności silników.

- Zrozumiano.

Nawiagtor zaczął łączyć się z innymi okrętami kolejno sprawdzając ich stan. Po chwili miał już gotowy raport.

- Sir miecze 3, 9 i 11 mają niemal całkowitą sprawność silników.

- Które z nich są najbliżej?

- 3 i 11 są dość blisko nas, 9 jest obecnie związany walką z przeciwnikiem.

- Doskonale nawigatorze, niech ukryją się za nami i czekają dalszych instrukcji.

- Tak jest sir!

Na twarzy młodzika pojawił się złowieszczy uśmiech.

- Hangar meldować się.

- Na rozkaz admirale.

- Przygotować myśliwce do eskorty dla naszych mniejszych przyjaciół.

- Tak jest panie.

Okręty podchodziły do Blasku, jednak nie zdążyły zając pozycji na czas. Admirałowi to nie przeszkadzało, mógł znieść jeszcze przynajmniej kilka uderzeń. Znów skontaktował się z obsługą dział.

- Działonowy!

- Na rozkaz.

- Otworzyć ogień z dział o numerach parzystych, odczekać kilka minut i strzelać z dział o numerach nieparzystych.

- Tak jest admirale!

Vitus patrzył ze spokojem jak torpedy opuszczają swe luki szykując się do trafienia w przeciwnika. Do kapitana podszedł jego pierwszy oficer.

- Coś knujesz.

- Widać?

- Aż za bardzo. Można wiedzieć co?

- Ten okręt korzysta z jakiejś zmodyfikowanych baterii laserowych.

- I co w związku z tym?

- Musi to zżerać strasznie dużo energii, na tyle dużo by przeciążać generatory. Przed każdym strzałem muszą zmniejszać moc tarcz inaczej ich rozerwie.

- Czyli taki masz plan. Rozwalić osłabione osłony a potem go zniszczyć?

- Tak przyjacielu.

- A czy ta salwa nie poszła za późno?

- Zaraz się przekonamy.

Zgodnie z przewidywaniami oficera, hellfire zdążył już przywrócić moc do generatorów zanim trafiły go obie salwy.

- Szlag, za późno.

- I za mało torped admirale.

- Wiem, wiem... hmmm ale wiemy też kiedy wystrzeli.

- Hmmm?

- Oddają salwy jak my na początku, gdy tylko są gotowi. Wykorzystamy to.

Admirał przejrzał dzienniki mówiące o przeciążeniach tarcz. Nie mylił się. Wróg strzelał w równych trzydziesto minutowych odstępach. Strzelał dwa razy na godzinę, podczas gdy Blask trzy razy na godzinę. "Cholera, gdyby nie jego moc i dystans pokonałbym go bez trudu" pomyślał admirał. Z zamyślenia wyrwała go wiadomość voxu.

- Admirale melduje że niszczyciele są na pozycjach i gotowe do strzału. Czy mamy podjąć atak?

- Nie, czekajcie aż dam wam sygnał.

- Tak jest.

Vitus liczył w głowie odległość od przeciwnika, czas w jakim torpedy dolecą do wroga i to ile jeszcze będzie trzeba czekać na gotowość jego dział torpedowych. Nie mógł być też pewien czy wróg nie rozgryzie jego strategii. Wydał rozkaz by wystrzelić siedemdziesiąt pięć procent torped. W chwilę potem poleciała reszta pocisków dodatkowo wzmocniona salwą z dwóch niszczycieli. Wyliczenia okazały się być bezbłędne. Laser wystrzelił na kilka sekund przed tym jak torpedy uderzył w jego osłony. Bariery padły, jednak dopiero pod naporem drugiej fali pocisków. W efekcie tylko jedna torpeda dosięgnęła celu, wyrządzając mu niewielkie szkody. Jednak to małe zwycięstwo bardzo podniosło morale federacji.

Drugi atak nie był już jednak owocny. Wróg wyczekał atak i oddał strzał dopiero po tym jak torpedy rozbiły się o jego tarcze. Vitus znów utracił przewagę, na dodatek trzy inne okręty Chaosu rozpoczęły natarcie na wroga. Eskortowce federacyjne rzuciły się na napastników wdając się w w miarę wyrównaną walkę. Blask znów został sam na polu walki ze swoim przeciwnikiem.

****************************************************************************************************************
Drużyny eldarskich wojowników powoli podchodziły do pozycji Chaosu na planecie. Wsparcie artyleryjskie czekało za liniami frontu, gotowe do rozpoczęcia wielkiego ataku. Gwardziści Federacyjni, wspierani przez armię Serpentoidów mozolnie, jednak skutecznie przedzierali się przez gąszcz dookoła ruin, w których okopał się wróg.

Siren osobiście prowadziła odział elitarnych wojowniczek do walki. Jej śnieżno-biały ogon zdążył już dawno naturalnie się zamaskować. Nosiła dobrze wykonany pancerz a trzy katany towarzyszyły jej równie wiernie co kumihańska kapłanka.

Siren miała poprowadzić atak na lewą flankę, eldarzy na prawą a gwardia ze wsparciem reszty serpentoidów ruszała na środku. Wojownicy skutecznie oczyszczali lasy z patroli wroga i jego zaczajonych jednostek, jednak Siren czuła niepokojącą obecność, która stale jej towarzyszyła i nasilała się z każdym metrem, którym dziewczyna zbliżała się do wroga.

Zgodnie z oczekiwaniami pierwsza w walkę wdała się gwardia. Żołnierze zdołali podejść do obrony wroga na tyle by nie mógł on użyć artylerii orbitalnej, o ile w ogóle takową dysponował. Wywiad odnośnie drugiej floty praktycznie nie istniał. Wszystkie okręty były związane walką z pierwszą flotą nad Serpentlex a sonary na planecie pokazywały jedynie liczbę i rozmiary jednostek wroga. Wymiana ognia była bardzo zacięta, przeciwnik miał dobre pozycje i nie zamierzał łatwo się poddać. Promienie laserów jak błyskawice podczas burzy, rozświetlały na chwilę mroki nocy, by po sekundzie zniknąć niosąc ze sobą swąd spalenizny i krzyki rannych lub łoskot opadających na ziemie zwłok zakutych w pancerz. Po obu stronach odezwały się ciężkie boltery. Stanowiska ogniowe ryły gąszcz drzew i okopy, w ciągu sekund zmieniając całe odziały dobrych ludzi w ochłapy zakrwawionego mięsa. Drzewa gwarantowały dobrą ochronę przed wzrokiem przeciwnika, lecz praktycznie żadnej przed samymi pociskami. Heretycy mieli odwrotną sytuacje, żołnierze na linii okopów byli wystawieni, ale dobrze chronieni. Drzewa były ścinane przez pociski boltowe i promienie laserów, powoli puszcza zmieniała się w zwęglony tartak.

****************************************************************************************************************
Gwardzista Mark był jednym z licznych świeżo przydzielonych do oddziału. Jak prawie każdy obecny w oddziale gwardzista, przeszedł on jedynie szkolenie podstawowe. Walka z Chaosem go przerażała, bał się śmierci, tego co będzie po niej, bólu albo co gorsza że wpadnie w ręce wroga. Całkiem niedawno, jeden z dowódców poprowadził atak na linie wroga. Udało mu się nawet je na chwilę sforsować, lecz nim kolejne jednostki dotarły by wspomóc go w walce, heretycy już zdążyli odepchnąć jego siły. Było to jakieś pół godziny temu. Trzydzieści minut, które dla niego wydawały się być wiecznością, jednak jego strach był niczym w porównaniu do ludzi, którzy dostali się w łapy nieprzyjaciela. Krzyki torturowanych kobiet i mężczyzn wciąż były wyraźnie słyszalne.

Promień lasera, który ściął gałąź nad jego głową skutecznie wytrącił go z zamyślenia i przypomniał o obowiązku. Rozłożony na ziemi oparł karabin o wystający kamień, wymierzył i pociągnął za spust. Smugi żółtego światła, jedna za drugą, z prędkością większą niż może dostrzec ludzkie oko, poleciały prosto w pozycję wroga. Pierwsze trzy przejechały po osłonie, kolejne dwa trafiły najpierw w krtań a potem w czoło heretyka. Mark nie widział jak ustawiony na pełną moc karabin topi kości kręgosłupa, a siła drugiego strzału spala głowę napastnika. Bezwładne ciało padło na ziemie w kałuży krwi.

- Niezły strzał braciszku - powiedział chłopak, który dopiero co dopadł do młodego żołnierza.

Był niewiele starszy, jednak wyglądał na bardziej doświadczonego. Karabin long-las, który miał w rękach tylko to potwierdzał.

- Martin, dobrze wiedzieć że żyjesz bracie - odpowiedział wyraźnie szczęśliwy Mark.

- Chciałeś chyba powiedzieć że jeszcze żyje, cała ta ofensywa to poroniony pomysł - powiedział Martin.

Przyłożył swoją snajperkę do oka, wziął głęboki wdech i pociągną za spust. Trafił prosto w głowę kultysty kończącego rozstawiać ciężki bolter. Nim kolejny heretyk zdążył podbiec do karabinu, kolejny promień trafił w skład amunicji boltera, całkowicie go niszcząc. Odłamki poszatkowały też przy okazji kilku obrońców. Co raz więcej promieni czerwonego światła leciało w ich stronę.

- Musimy się wynosić braciszku, bo niedługo będzie bo nas - powiedział Martin czołgając się do tyłu.

Mark posłusznie poszedł za bratem. Przebiegali przez gęsty las, ciemna droga co chwilę stawała się jasna i dobrze widoczna dzięki przechodzącym nad ich głowami promieniom karabinów laserowych, by po sekundzie znów utonąć w mroku. W pewnej chwili Mark rzucił się na brata i oboje runęli na ziemie. W tej samej chwili stanowisko strzelnicze obok którego przebiegali trafiła rakieta. Strzelec został rozerwany na miejscu. Jego głowa razem z prawą ręką i częścią korpusu wylądowała tuż przed Martinem. Snajper zobaczył przerażony wyraz twarzy chłopaka niewiele młodszego od siebie. Oboje szybko wstali i ruszyli przed siebie. Z gąszczu zdało się słyszeć krzyki. Ktoś głośno i donośnie klną na wroga. Tylko jedna osoba w armii była dość szalona by zwracać na siebie uwagę w ten sposób. "Generał" myśl przemknęła przez ich umysły. Nie musieli sobie nic mówić, oboje ruszyli w stronę swego dowódcy ze zdwojoną prędkością.

Dowódca stał w towarzystwie drużyny weteranów, na całkowicie odsłoniętym polu. Strzelali o wiele celniej od zwykłych rekrutów, dodatkowo dwóch żołnierzy z bronią ciężką zapewniało doskonała ochronę. Na tych, którzy wybrali atak wręcz czekały dwa serpentoidy.

- No co jest skurwysyny?! Zmiękła wam rura co?! Chodźcie tutaj, pokażcie że macie jaja - krzyczał gniewnie, miotając pociski plazmowe równie szybko co przekleństwa.

Uzbrojony w swoją szablę energetyczną, skosił kolejnego wojownika Chaosu, nie przerywając swojej litanii przekleństw. Wtedy też podbiegli do niego Mark i Martin.

- Kapral Martin z 9 kompanii... - chciał powiedzieć snajper meldując się.

- Nie zawracaj mi teraz głowy szczylu, nie widzisz że mamy bitwę do wygrania, lepiej koś heretyków a nie przeszkadzaj - wykrzyczał do niego generał.

Martin zdębiał na moment, jednak czerwone promienie przelatujące tuż obok niego skutecznie go rozbudziły. Mark przeszedł nieco niżej, chowając się obok obsługi broni ciężkich. Przyklękną na jedno kolano i słał kolejne serie światła we wrogów. Martin wycofał się i chciał wejść na jedno z drzew. Gdy był już na samym szczycie boltowy pocisk trafił go prosto w klatkę piersiową robiąc w niej ogromną dziurę. Chłopak pod wpływem siły samego uderzenia poleciał kilka metrów do tyłu, nim runął na ziemie był już martwy.

Mark nie miał pojęcia co stało się z jego bratem. Potrzeba przetrwania i walki całkowicie go pochłonęły, nie myślał o niczym innym. W pewnej chwili smuga czerwonego światła trafiła w skład amunicji wywołując potężną eksplozje. Mark dosłownie wyparował w kuli ognia razem z dwoma innymi żołnierzami.

Kolejne dwa życia, kolejne dwie historie i obydwie urwane w ciągu ułamków sekund. Kolejnych dwóch bohaterów swoich własnych opowieści zniknęło w tej burzy krwi, ognia i stali.

****************************************************************************************************************
Eldarzy powoli zakradali się na pozycje wroga. Zwiadowcy uzbrojeni w karabiny snajperskie, wspierani przez zwykłych żołnierzy szybko pozbywali się patroli przeciwnika, który miał pilnować aby gwardia nie oflankowała ruin, które teraz już stawały się rosnącą w oczach twierdzą. Eldarzy obawiali się otwartego ataku, dlatego korzystając z zamieszania jakie wywołała gwardia zdecydowali się na zupełnie inne podejście do tematyki ataku na wroga. Zamiast brutalnej siły i przewagi liczebnej, postawili na spryt i szybkość swoich wojowników. Czarnoksiężnicy utworzyli magiczną mgłę, która powoli, szła przed eldarską armią. Przeciwnik spodziewał się ataku, jednak nie wiedział z jakim rodzajem przeciwników przyjdzie mu walczyć. Gwardziści paktu ekstazy doskonale wiedzieli, że mgła nie jest naturalnym tworem. Zdecydowali się otworzyć ogień.
****************************************************************************************************************
Shau'dun dowódca eldarskich zwiadowców patrzył jak czerwone i fioletowe promienie tną powietrze i drzewa a także bardzo skutecznie dziurawią ściółkę leśną. Na jego twarzy pojawił się delikatny niemal niewidoczny uśmiech. Przeciwnik bał się ich nadejścia i nawet bez mocy psionicznych mógł wyczuć ten strach. Armia była dobrze ukryta za polem generatorów tarcz, czekając aż przeciwnik zaprzestanie ostrzału.

Eldarzy mieli czas. Gwardia dopiero zaczynała swoje natarcie, serpentoidy nawet nie wdały się w walkę, mieli bardzo dużo czasu. Po pewnym czasie do karabinów dołączyły moździerze, jednak i one nie sięgały eldarskich wojowników.

"Niech strzelają, niech prowadzą swój bezsensowny ostrzał, niech zrównają i spalą ziemie przed nami, niech ułatwią nam atak na ich linie, niech sami pozbawią się broni." myślał dowdódca patrząc na chaotyczny i nieprzemyślany ostrzał przeciwnika. Wtedy jednak kultyści zdecydowali się na dość nietypowy ruch i ruszyli we mgłę, szarżując z krzykiem na linie eldarów. Ten atak jeszcze bardziej ucieszył Shau-duna. Eldarzy nie musieli już tworzyć pułapki, gdyż przeciwnik sam w nią wszedł.

Nie minęło nawet kilka minut a okrzyki radosnego ataku zaczęły zmieniać się w urywane jęki konających ofiar eldarskich szurikenów. Heretycy byli dosłownie rozrywani na kawałki przez lecące odłamki metalu. Podczas gdy przeciwnik mógł najwyżej strzelać na oślep we wroga eldarzy widzieli doskonale. Każde trafienie z ich broni urywało kawałek ciała przeciwnika powodując u niego potworny ból i agonie. Snajperzy tacy jak Shau'dun eliminowali dowódców wroga co siało jeszcze większy zamęt w szeregach ich armii. Tylko garstka zdołała uciec z pola bitwy na linie obrony o ile potrafili je znaleźć. Wielu pobłądziło we mgle szybko tracąc potem życie. Mgła okryła już jednak pierwsze linie okopów, co jeszcze bardziej przeraziło heretyków.

Korzystając z bitewenego zgiełku lekkie odziały zinfiltrowały linie obrony wroga i wyeliminowały drużyny ciężkiego wsparcia będące najbliżej. Uciekający heretycy zostali wzięci w dwa ognie i szybko zniszczeni. Eldarzy prowadzili swoje natarcie na kolejne linie wroga, najszybciej dotarli oni do głównych linii obrony.

****************************************************************************************************************
Sieren dowodziła atakiem serpentoidów. Powoli sunąc dookoła drzew zdołały one rozbić zwiady przeciwnika i niepostrzeżenie zbliżyć się do linii przeciwnika. Nie czekał jednak na nie żaden opór. Wężyce przeszły przez linie wroga nie napotykając żadnego oporu poza nielicznymi zwiadami, które nawet nie zdążyły już podnieść alarmu. Siren widziała mgłę wbijającą się w linie z jednej strony, gdzie powoli milkły promienie światła i spowitą w ogniu walki strefę gdzie działania prowadziła gwardia. Droga do kwatery głównej przeciwnika stała przed nią otworem, Siren nie była jednak głupia i spodziewając się zasadzki najpierw chciała pomóc gwardii. Wydała rozkaz a jej sługi chociaż niechętnie to ruszyły na tyły armii wroga.

Pierwsze promienie skosiły dwie idące na szpicy młode wojowniczki. Siren widziała jak padają martwe, podziurawione smugami mrocznej energii. Po chwili echa walki zostały zagłuszone przez krzyki rzucających się do boju berserkerów Khorna. Cała armia kosmicznych marines Chaosu rzuciła się na wojska Siren.

Młoda dowódczyni zdecydowała się odpowiedzieć na atak. Wężyce ruszyły na wroga i szybko starły się z nim w nierównym pojedynku. Miecze i topory łańcuchowe wyły przeraźliwie. Każde zablokowane tarczą uderzenie tworzyło deszcz iskier, dodatkowo wojowniczki nie mogły po prostu zablokować ciosu, gdyż siła super-żołnierzy była tak duża że uderzenie nawet zablokowane było w stanie w najlepszym razie połamać rękę. Dodatkowo ogony, które były dobrą bronią, gdyż potężnie umięśnione mogły powalić lub udusić przeciwnika, mogły też być z łatwością trafione bronią co kończyło żywot wojowniczki. Jednak serpentoidy wyniosły walkę z użyciem wszystkiego co dawała im natura do rangi sztuki. Wspinały się na kolumny w ruinach, by potem ogonami przebijać głowy przeciwników, lub odcinać je przy użyciu swoich ostrzy. Wisząca wyprężona na ogonie serpentoidka, mogła rozbujać swoje ciało co znacznie zwiększało siłę uderzenia. Oczywiście wiele z nich ginęło rozcinane na pół. Całe pole bitwy powoli zmieniało się w rzeźnie. Krew i wnętrzności i przedstawicieli obu stron, zlewały się już z padającymi co chwila trupami.

Ogon Siren stał się niemal całkowicie czerwony. Sześcioręka wojowniczka zabijała każdego przeciwnika jaki stanął jej na drodze. Blokując uderzenie dwoma broniami trzecią zadawała mu cięcia, nie stroniła też od ranienia przeciwników swoimi mocami psychicznymi. Berserkerzy padali martwi, gdy ich umysły zostały usmażone przez błyskawice lub po prostu znikali w wyrwach osnowy. Jednak największą bronią Siren były jej kule światła, unikatowa moc serpentoidów. Trafieni nią berserkerzy po prostu spalali się na popiół. Ich ciała zamierały w miejscu, stając się wypalonymi posągami, często przypominali oni wówczas spalone kawałki drewna.

Siren poczuła, że mroczna obecność, którą czuła od samego początku teraz była bardzo blisko. Zobaczyła jak marines rozstępują się na boki. Stanęła przed nią serpentoidka o białych włosach i bladej skórze. Była praktycznie naga, tylko nieliczne dodatki osłaniały jej piersi. Można ją było zabić nawet zwykłym nożem. Seregrum czuła że nie ma do czynienia ze zwykła zdrajczynią lecz mimo to rzuciła się na nią w krwawym szale. Uzbrojona jedynie w jedno małe ostrze zdrajczyni nie miała szans. Jedna katana pozbawiła ją ręki a dwie pozostałe głowy. Jej ciało nie padło jednak martwe na ziemie, tylko zniknęło w chmurze dymu i iskier immaterium. Po chwili z owej chmury uformowały się dwie bliźniaczo podobne, jednak już lepiej uzbrojone wojowniczki. Obie rzuciły się na nią, jedna z halabardą druga z mieczem. Broń dwureczna zablokowała dwoma ostrzami a samą przeciwniczkę zniszczyła przy użyciu mocy psychicznych, drugą natomiast cięła na ukos kataną nim ta zdążyła zadać cios. Z dwóch uformowały się kolejne cztery a z nich kolejne osiem z ośmiu szesnaście i dopiero taka liczba wystarczyła by powalić Siren, chociaż wcześniej zdążyła ona zabić dwanaście nowo-powstałych wężyc.

Nikt nie przyszedł jej z pomocą. Zarówno gwardia jak i eldarzy byli związani walką, którą prowadzili z różnym skutkiem. Serpentopidy zostały zmuszone do odwrotu przez kosmicznych marines. Ponosząc ogromne straty serpentoidy musiały pozostawić odciętą przywódczynię i niewielką grupkę innych wojowniczek.

****************************************************************************************************************
Generał Sheridan poprowadził swoich ludzi na linie wroga. Wspierany przez kilka serpentoidek, zdołał on przebić się przez linie obrony wroga. Gwardzistów ogarnęła euforia, a sam generał, był pod wrażeniem skuteczności, podległych mu wojowników. Młodziki bardzo szybko, zdołały drożyć się w tryby machiny wojennej, doskonale wykorzystując swoją przewagę technologiczną. Jednak kiedy wszystko wydawało się działać świetnie, do momentu w którym adiutant generała, nie został zdjęty przez pocisk boltowy. Pancerz Sheradina oblała krew i resztki tkanki mózgowej, młodego chłopaka. Dopiero po chwili dostrzegł on swojego przeciwnika.

Generał pobladł na widok kobiety, która stała przed nim. Miała czarne włosy, na jedno oko była ślepa, przez drugie, o czerwonej tęczówce, przechodziła potworna blizna. Miała na sobie pancerz sororitas, pokryty bluźnierczymi runami Khorna. Nietypowy, splugawiony mrocznymi runami bolter, słał teraz serie w stronę żołnierzy, najgorszym był jednak fakt, że kobieta nie była sama. Obok niej stał cały zastęp podobnych jej wojowniczek.

Generał rozpoznał w nich, Imperialne wojowniczki eklezji. Według opowieści były one jednak nieugięte i nic nie było w stanie złamać ich wiary. Sheridan mógł jedynie zgadywać, jakim okropieństwom musiały one zostać poddane, by stanąć po stronie Chaosu. Teraz jednak masakrowały żołnierzy Federacji, którzy ogarnięci strachem, zaczęli się powoli wycofywać.

Sheridan wiedział, że jeśli chce przetrwać musi ustąpić pola, niechętnie rozpoczął odwrót na stare i lepiej umocnione pozycje, dopiero tam, udało mu się zatrzymać wroga.

****************************************************************************************************************
Gniew Angrona i Ostatni Blask leciały już obok siebie. Walczyły burta w burtę ostrzeliwując się nawzajem. Tarcze już dawno przestały działać na obu okrętach. Wcześniejsze działania, dzięki którym Blask zdołał przebić tarcze hellfire'a wymusiły na załodze Chaosu ogromną ostrożność. Dzięki temu tarcze na selene wytrzymały dość czasu. Teraz oba statki toczyły wyrównaną walkę na mniejsze działa. Piloci myśliwców latali dookoła okrętów broniąc siebie nawzajem przed próbami abordażu i bombardowania jednocześnie sami próbowali dorwać się do okrętu wroga.

Admirał Vitus patrzył na pole bitwy, jego flota zmusiła wroga do podejścia aż do bliskiej orbity planety, co umożliwiło ostrzał z baterii orbitalnych. Wyrównywało to szanse, mimo to widmo drugiej takiej samej albo i większej floty desantowej, wcale go nie uspokajało. Wiedział że jeżeli te okręty ruszą do walki, będzie po nim. Mimo to prowadził swoją zaciętą walkę z przeciwnikiem. Promienie światła i strugi dymu jaki pozostawiały pociski tworzyły prawdziwe kolorowe arcydzieło. Gdyby uwiecznić same pociski na jakimś obrazie, można by je spokojnie uznać za dzieło sztuki abstrakcyjnej.

Jego niepokój wkrótce miał jednak urosnąć do miary strachu, gdy w voxie odezwał się komunikator z sal nawigacyjnych.

- Admirale, tutaj komisarz Aweril. Zostaliśmy zaatakowani, demony i heretycy dostają się na nasz pokład za pomocą teleportu - krzyczał komisarz - nie wiemy jak długo uda nam się ich...

Urwana transmisja w zupełności wystarczyła by serce admirała podeszło mu do gardła. Szybko nadał on sygnał przez vox.

- Bosmanie Tinar, proszę posłać ludzi na najwyższe pokłady, przeciwnik dostał się do nas za pomocą teleportu!

- Tak jest panie admirale!

Głos zamilkł. Vitus zszedł z tronu kapitańskiego.

- Oficerze, przejmuje pan dowodzenie nad okrętem, niech godnie prowadzi pan go do bitwy - mówił Vitus po czym chwycił za swój miecz energetyczny i opuścił mostek, wraz ze swoim przedzielonym jako eskorta odziałem weteranów.

****************************************************************************************************************
Euriale wypadła przez wyrwę w osnowie. Niemal natychmiast do niej i jej córek otworzono ogień. Dobyła swoich sześciu szerokich ostrzy i zrobiła z nich tarcze, a potem płytko sunąc dopadła pierwszych strzelców. Cięła swoimi sześcioma rękami każdego kto stanął jej na drodze. Wąskie korytarze były najgorszym miejscem do obrony przed szturmującą bandą wyznawczyń Khorna, zwłaszcza gdy te wspierane były przez sporą grupę kosmicznych marines, którzy niepostrzeżenie wdarli się na niższe pokłady. Na efekty ataku nie trzeba było długo czekać. Wkrótce korytarze okrętu zaczęły spływać krwią obrońców.

Euriale nie kryła że jej celem był mostek okrętu. Chciała za wszelką cenę dopaść dowódce floty, był to jedyny powód dla którego przystała na walkę na bliskim dystansie. Zabicie go własnymi rękami miało jej dać ogromną satysfakcje. W pewnej chwili jedna z jej córek wysunęła się na przód i tylko to uratowało Euriale przed niechybną śmiercią. Serpentoidka wpadła prosto w grupę obrońców, jednak gdy tylko ich zabiła, tnąc mieczami, lub uderzając ogonem, z jednego z bocznych korytarzy poleciała w nią cała salwa laserów. Dziewczyna padła na ziemie podziurawiona jak sito. Kolejna skoczyła zaraz za nią by zaatakować napastnika. Vitus uniknął jej miecza, swoim ostrzem ściął lecący na niego ogon a gdy heretyczka zawyła z bólu wykonał dość duży skok w górę i ściął jej głowę. Kolejna wężyca padła a on wyszedł z bocznego korytarza wraz ze swoim elitarnym odziałem. Euriale była mile zaskoczona takim widokiem, bardzo rzadko widywała dowódców okrętów, prowadzących własnych ludzi do walki. Zwykle kryli się przed jej gniewem na mostkach, co bardzo ją irytowało.

- No proszę, dowódca okrętu co nie boi się śmierci - zaczęła Euriale.

- No proszę wężyca co zrobiła z siebie dziwkę Chaosu - odpowiedział admirał.

- Wiesz, na początku zamierzałam wejść na mostek i zarżnąć cie jak świnie, jednocześnie sprawiając by było to jak najboleśniejsze dla ciebie, jednak skoro odważyłeś się stanąć przeciwko mnie i nawet teraz się mnie nie boisz, dam ci szybką śmierć godną wojownika - powiedziała Euriale uśmiechając się lekko.

- Więc chodź pokaż co potrafisz - odpowiedział admirał odrzucając pistolet.

"Naprawdę honorowy człowiek, aż żal zabijać" pomyślała Euriale rzucając się na niego. Pierwsze dwa uderzenia ukośne ominął, idące od góry sparował i jednocześnie sam spróbował wyprowadzić kontrę, jednak została ona zatrzymana przez kolejne dwa ostrza. Wąski korytarz nie zostawiał dużo miejsca na manewrowanie, co dodatkowo komplikowało sprawę. Iskry sypały się z jego miecza kiedy blokował on kolejne trzy ciosy wężycy. Wiedział już że nie wygra tego pojedynku, mimo to kontynuował walkę. Unikając dwóch ciosów z góry, przeszedł piruetem i chciał zadać uderzenie w brzuch. Dwa uderzające od dołu ostrza rozcięły go ukośnie od dołu, przechodząc przez płuca i zderzając się z mostku mieczykowatym, jednocześnie spadł na nie cios mieczem od góry. Admirał padł rozcięty na trzy części. Krótko potem zginęli też jego weterani a okręt powoli wpadał w ręce Chaosu.

****************************************************************************************************************
Siren obudziła się w nieznanym miejscu. Miało okrągły kształt. Widziała niebieską łunę i czuła ciepło za swoimi plecami. Była przerażona, widziała sny swojej matki. Przed nią stała czarownica która ją pokonała. Próbowała zerwać swoje kajdany jednak bezskutecznie. Trzymana przez kilka łańcuchów Siren zaczęła drżeć ze strachu. Chciało jej się płakać, bolał ją cały ogon, ręce i brzuch.

- Nie martw się maleńka - powiedziała Stheno przysuwając się do niej.

- Nie... nie zbliżaj się do mnie - mówiła Siren drżącym głosem.

- Bez obaw maleńka, potrzebna mi jedynie... odrobinka... twojej... krwi - powiedziała Stheno dobywając krótkiego ostrza.

- Najchętniej rozerwałabym ci teraz krtań, wypruła flaki i patrzyła jak agonalnie jęcząc zdychasz w męczarniach - Stheno mówiąc to dopadła, Siren i przyłożyła jej sztylet do gardła.

Dziewczyna odchyliła twarz i zamknęła oczy trzęsąc się jeszcze bardziej i w myślach błagając o litość. Stheno położyła rękę na jej twarzy i zaczęła zsuwać ją niżej, nie pomijając przy tym piersi młodej dziewczyny. Zachichotała potwornie i powiedziała.

- Aż żal będzie wypatroszyć taką ślicznotkę jak ty, dawno nie miałam już innej serpentoidki wiesz - powiedziała Stheno - Niestety ty jako seregrum jesteś bezpieczna.

Siren bała się jeszcze bardziej. Poczuła jak ostrze wbija się w jej żyły na ręce. Serpentoidka lekko zapiszczała. Patrzyła jak krew powoli zaczęła spływać do pucharu, który trzymała druga postać. Była taka sama, tak samo uśmiechnięta i tak samo żądna krwi. Poczuła drugie nakłucie w drugiej ręce i zobaczyła kolejną postać. Po jakimś czasie pucharki były wypełnione krwią. Obie wężyce odeszły od dziewczyny. Po chwili Siren zobaczyła sześć innych postaci wewnątrz utworzonego przed nią kręgu.

Uniosły puchary, wtedy dopiero Siren zauważyła że mają je nie dwie a cztery wężyce, musiały ją pobrać kiedy była nieprzytomna. Echa bitwy zdawały się stawać co raz głośniejsze, jednak wciąż były daleko. Stheno rozpoczęły inkantacje, ostrożnie wznosząc i opuszczając kielichy. Powoli wyryty w ziemi krąg zaczął pulsować mroczną energią osnowy. Siren była przerażona, chociaż nigdy nie uważała na lekcjach poświęconych legendą zdawała sobie sprawę do czego jest potrzebna jej krew. Powoli zaczęła żegnać się z życiem, płacząc i z trudem łapiąc oddech przepraszała w myślach swoją matkę i dusze wszystkich, którzy przez nią zginęli. Stheno wlała krew z jednego kielicha do gwiazdy a ta zaczęła skrzyć się mrocznym światłem.

****************************************************************************************************************
Dowódca Shau'dun prowadził atak na linie heretyków. Obrona wroga powoli ulegała, chociaż eldarzy wytracili już znaczną część impetu z jakim wpadli w linie heretyków. Ponosili też już straty co nie było niczym dobrym. Wróg zdążył zorganizować obronę na kilkadziesiąt minut przed planowanym czasem. Wydawałoby się że to niewiele, jednak z perspektywy dokładnego eldarskiego planowania było to sporo czasu.

Shau'dun poprowadził natarcie na kolejną linie wroga, został ostatnim jaki przetrwał ten atak. W ostatniej chwili uskoczył przed pociskiem z karabinu snajperskiego. Stanęła przed nim. Młoda biało-włosa kultystka, w obcisłym czarnym stroju. Złowieszczy uśmiech zdobił jej piękną twarz. Eldar, gdyby miał czas się nad tym zastanawiać musiałby przyznać, że niczego jej nie brakowało. Sięgnęła za plecy i dobyła ostrza wyglądającego na broń laerów. Eldar nie miał czasu się nad tym zastanawiać, szybko sięgną za swoje dwa eldarskie sztylety i odrzucając karabin rzucił się na wroga.

Dziewczyna unikała cięć jego ostrzy ze zwinnością jaką mogła się równać mało która banshee. Shau'dun był wściekły. Już kilkukrotnie musiał kryć się przed atakiem snajpera, który odebrał życie wielu jego żołnierzom, teraz wiedział już kto za tym stał. Tnąc od góry i dołu, starając się odebrać dziewczynie życie ze wszystkich sił. Na jej twarzy widział jednak tylko uśmiech. Bardzo rzadko przeprowadzała własne ataki, zwykle parując i unikając ostrzy przeciwnika, jednak były to ataki, których należało się obawiać. W pewnej chwili Shau'dun zdołał zranić ją w ramie. Dziewczyna odskoczyła od niego i złapała się za rękę. W tej chwili czysta radość jaką czerpała z pojedynku zmieniła się w coś więcej. Uśmiech na twarzy stał się złowieszczy, przybrała zupełnie inną pozę do walki, znacznie pewniej chwyciła broń. Eldar nie był przygotowany na atak jaki wyprowadziła dziewczyna. Grad nagłych ciosów, zadawanych o wiele mniej celnie niż poprzednie, jednak znacznie szybciej i silniej był dla niego kompletnym zaskoczeniem. Nie był w stanie pojąć jak zwykła ludzka kobieta może mieć tyle siły. Zdołała nawet wytrącić jedną z jego broni. Miał już tylko jedną broń i do tego znacznie bardziej agresywnego i lepszego przeciwnika. Zdecydował się na dość szalony atak. Skoczył brzuchem prosto pod nogi dziewczyny, w locie obracając się na plecy. Atak ten sprawdzał się przy walce z innymi przeciwnikami. Normalnie używa się tej sztuczki do walki mieczem, jednak sztylet też był dobry. Kultyska nie dała się jednak zaskoczyć i zamiast spodziewanego odruchowego cięcia od góry, wykonała skok z saltem. Spadła zwiadowcy prosto na brzuch, przygniatając go do ziemi, wywołując ból. Kiedy ten próbował wbić sztylet w jej nogę, ta odkopnęła rękę z bronią i przygniotła ją do ziemi butem, a drugą przybiła mieczem do ziemi. Shau'dun zawył z bólu a dziewczyna przykucnęła na nim i dobywając drugiego miecza, którego zwiadowca nawet wcześniej nie zauważył wyszeptała "A teraz się troszkę pobawimy". Krzyki zwiadowcy i okropny śmiech dziewczyny poniósł się echem przez mgłę.

Shau'dun nie wiedział że jego odział wbił się w odziały wroga znacznie dalej niż powinien i przez to został całkowicie odcięty od reszty będącej znacznie dalej armii.

****************************************************************************************************************
Stheno wlała właśnie krew z ostatniego pucharu. Wrota immaterum otworzyły się a w świetle osnowy i mrocznych oparach pojawiła się serpentoidka. Miała sześć ramion, zamiast włosów węże i ośmioramienną gwiazde na przedniej części ogona. Siren poznała w niej Medusai Nagay. Psioniczny krzyk jaki towarzyszył zerwaniu jej psionicznych kajdan, był tak duży, że rozwalił on eldarską mgłę a na całym polu bitwy zaczęły pojawiać się demony.

Odsłonięci i całkowicie zaskoczeni eldarzy zostali zmuszeni do odwrotu, tracąc przy tym sporo wojsk. Generał Sheridan nie miał innego wyboru. Wydał rozkaz do odwrotu dla swoich sił. Atak na zwykłych heretyków to jedno, ale uderzenie na heretyków, demony i kosmiecznych marines Khorna, którzy właśnie dołączali się do bitwy, to zupełnie inna sprawa. Rozkazał w końcu użyć baterii artyleryjskich, miała to być ostateczność, ze względu na obawę użycia przez wroga bombardowania orbitalnego. Obawy okazały się być słuszne, niedługo po otwarciu ognia, z nieba spadł deszcz ognia, prosto na pozycje artylerii, która ujawniła swoje pozycje. Wywołało to całkowity chaos w szeregach gwardii. Cała ofensywa posypała się w ciągu zaledwie kilkudziesięciu minut.

****************************************************************************************************************
Nagaa sunęła przez mroczny korytarz. Na jego końcu widziała jasne, żółte światło. Powoli zbliżała się do światła i czuła jak robi jej się cieplej. Nie miała pojęcia gdzie jest. Uznała że to kolejny z jej snów. Zobaczyła, że światło, które widzi to tak naprawdę płomień w jakimś pomieszczeniu i stoi przed nim czarna, zakapturzona postać. Powoli przysuwała się do niego. W pewnej chwili obrócił się i spojrzał na nią. Nie widziała twarzy, nie widziała praktycznie nic, z wyjątkiem pomarańczowego kryształu na jego szyi.

- Podejdź królowo, nie musisz się mnie bać, nie jestem jednym z twoich koszmarów - powiedziała postać, łagodnym męskim głosem.

- Skąd wiesz kim jestem? - zapytała Nagaa

- Ja wiem wiele, bardzo wiele, często więcej niż bym chciał - odpowiedział mężczyzna.

Nagaa widziała jego skromny strój ukryty pod prostą długa peleryną. Jedyną rzucającą się w oczy rzeczą była odbijająca płomień ogniska jasna rękojeść miecza.

- Co chcesz wiedzieć królowo?

- Chociażby to kim jesteś?

- Niestety tego nie mogę ci zdradzić.

- A co możesz?

- Chociażby to że w chwili kiedy ty jesteś nieprzytomna, twoja córka prowadzi atak na ruiny gdzie ma zostać przyzwana Medusai Nagay.

- CO!?

- Nie unoś się Nagaa, już za późno na to. Teraz możesz tylko wierzyć że moje dzieci zdążą na czas i ją uratują. Kiedy się obudzisz, przygotuj obronę Serpentlex, bez obaw dostaniesz wsparcie, ale ostrzegam cie, że jeżeli ruszysz córce z pomocą, na pewno przegrasz tę wojnę.

- To co mam zrobić?

- Mówiłem już, czekać.

- Podaj mi jeden powód dla którego miałabym cie posłuchać.

Nie powiedział nic, wyciągną jedynie rękę i włożył ją w ogień. Nagaa zobaczyła wielką wojnę między serpentoidami i Medusai Nagay walczącą z inną wojowniczką. Miała biały ogon i złotą zbroje. Widziała potężne starcie, gdzie Medusai wyglądała jak cień a seregrum jak światło. Stanęły przeciwko sobie a dookoła nich utworzył się krąg psionicznej energii.

- Widziałem to wszystko Nagaa i nie chce by poświęcenie tej dziewczyny poszło na marne.

- Ale.. ja nie rozumiem, jak to widziałeś? Kim ty jesteś? Co to wszystko ma...

Obraz się urwał, a zwykły płomień stał się niebieski. Fala energii uderzyła w Nagai.

****************************************************************************************************************
Nagaa zerwała się ze swego leża. Dopadła do okna i zobaczyła dziwne światła bardzo daleko od miasta. Zrozumiała co się stało. Nie wiedziała czemu ale czuła że musi zaufać postaci z mrocznego snu. Opuściła komnatę i popędziła do sztabu.
****************************************************************************************************************
Medusai stanęła przed Stheno.

- Siostro - zaczęła niepewnie Stheno, zbliżając się do niej.

Euriale spojrzała na nią i delikatnie chwyciła ją za głowę jedną parą ramion i obejmując ją pozostałymi dwoma.

- Stheno, nareszcie. Nie masz pojęcia jak długo czekałam na tę chwilę - mówiła Medusai z trudem utrzymując stały ton głosu. Zaraz potem jednak odsunęła Stheno od siebie i zapytała - Gdzie jest Euriale?

- Spokojnie, właśnie masakruje obronę orbitalną nad Serpentlex, zemsta niedługo będzie nasza - odpowiedziała jej z radością Stheno.

- Nie... musimy ją stamtąd zabrać i to szybko - powiedziała starsza siostra ze strachem.

- Co? Dlaczego?

- Nie ma czasu na dyskusje, zabierz nas do Euriale.

Obie zniknęły w ciągu sekund w chmurze osnowy, zostawiając Siren samą sobie.

Rozdział III Daruth Esterach

Litania Krwi wypadła z osnowy w samym środku walczącej floty. Makrobaterie natychmiast rozniosły kilka mniejszych jednostek Chaosu, a potężne działo Nova szybko wprawiło turbiny w ruch obrotowy. Pocisk z ogromną prędkością poleciał w stronę okrętów dowodzenia, jednym strzałem niszcząc obydwie jednostki. Stheno w ostatniej chwili zabrała Euriale, na pokład innego statku. Pozbawiona dowodzenia, flota nad Serpentlex, zaczęła się wycofywać, w obliczu nowego przeciwnika. Z floty, która ruszyła nad miasto, ocalały jedynie dwie małe jednostki, jednak flota Federacyjna także ucierpiała. Większość okrętów była zniszczona, a reszta była w bardzo poważnym stanie, jednak działo zdolne roznieść połowę floty wroga jednym strzałem, skutecznie powstrzymało, znacznie gorzej uzbrojoną, chociaż liczniejszą, flotę desantową.

Chwilę potem całe eskadry walkirów, rozpoczynały transport ludzi i pojazdów na planetę. Ponad trzydzieści tysięcy żołnierzy leciało teraz do Serpentlex. Esterach odebrał sygnał z prośbą o pomoc i tracąc przy tym psionika, przesłał go dalej, wierząc że dotrze do Federacji. Wiedział już z jakim przeciwnikiem będzie miał do czynienia. Layla przekazała mu też wszystkie niezbędne informację, na temat armii obrony planetarnej, oraz kluczowych punktów na planecie. Obdarzenie członka Imperium takim zaufaniem było bardzo ryzykowne, ale doskonale wiedziała, że nie ma innego wyboru.

Esterach nie podzieli się oczywiście tą wiedzą ze swoją inkwizycyjną towarzyszką, wolał aby nie wiedziała, nie chciał ryzykować, że sprowadzi ona pełną flotę Imperialną, z zamiarem poszerzenia granic Imperium i będzie już miała pełny raport sytuacyjny.

****************************************************************************************************************
Lord nie miał zamiaru bawić się w transport i powolne dobijanie się do królowej. Aktywując usprawnione teleporty, wmontowane przez Federację, wpadł on prosto do pałacu Viperae. W pierwszej kolejności musiał on obezwładnić kilkunastu strażników, jacy rzucili się na niego gdy tylko go ujrzeli, jednak następni rozpoznali specjalnie założony na tę okoliczność, znak federacyjnego orła.

Po chwili drzwi do sztabu otworzyły się. Esterach wraz z Arlettą, inkwizytorką i dwójką swoich najlepszych uczniów, wszedł właśnie do pomieszczenia.

Nagaa natychmiast poznała w nich dzieci mrocznej postaci, które przybyły jej córce na ratunek.

Esterach rozejrzał się po pomieszczeniu. Nawet przez upiorną, czerwono-czarną maskę którą nosił, jego spojrzenie było złowrogie i sprawiało, że obserwowana osoba czuła się nieswojo.

- Jestem Esterach, wielki lord Daruthów, zakonu rycerzy inkwizycji, jestem tu z rozkazu i woli Layli terSecundi, by wspomóc was, w walce z inwazją Chaosu, jaka nawiedziła ten świat, towarzyszy mi lord inkwizytor Alexandrine Genevieve Vendartriere - mówił bardzo pompatycznym i szutcznym tonem.

- O matko, dłuższego kija nie miałeś - przerwała mu nagle Arletta wyrywając się przed szereg i podchodząc do ekranu taktycznego, zaczęła wystukiwać na ekranie rozłożenie sił.

Nim ktokolwiek zaprotestował, dziewczyna miała już wgląd w całą sytuacje na polu walki. Początkowo dziewczyna chciała odciągnąć serpentoidzka wartowniczka, ale powstrzymał ją przed tym eldarski czarownik, który właśnie odebrał telepatyczną wiadomość od Esteracha.

- Estek, nie chce ci nic mówić, ale to wygląda chujowo - powiedziała dziewczyna.

- Widzę - odpowiedział krótko rycerz.

- Ciesze sie, że chociaż nie próbujecie udawać, że wszystko jest w porządku - usłyszeli głos za sobą.

Nagaa powoli wsunęła się do pomieszczenia. Służki umyły jej ciało, jednak stan psychiczny w jakim była królowa, można było zobaczyć, nawet bez zdolności psionicznych. Blada skóra, oczy zalane łzami i grymas smutku na twarzy skutecznie ukazywały jej emocje. Alexandrine na jej widok, dłoń odruchowo zaczęła wędrować w stronę pistoletów, Esterach natomiast dowiadywał się właśnie od czarownika co zaszło, póki co nawet nie zwracając uwagi na królową. Jego uczniowie patrzyli na ekrany sprawdzając stan obrony miasta i wysyłając rozkazy do lądujących sił. Na szczęście dla nowo przybyłych wojsk, pałac mieścił się w samym sercu, bardzo szerokiego miasta, nadawało się ono wręcz idealnie, do prowadzenia obrony "w głąb".

Esterach wiedział jednak, że jeśli chce on mieć jakiekolwiek szanse, na zażegnanie tego konfliktu, to musi on zabrać seregrum z pola walki. Przekaźniki dalekiego zasięgu, mogły wychwytywać znaki voxów, które stale wrzeszczały o ponoszonych stratach i próbach wyrwania się z potrzasku, w jakim znaleźli się żołnierze. Esterach wiedział, że bardzo nieliczne siły wrócą z tego pola, a jeszcze mniej będzie się nadawało do prowadzenia ponownej walki, jednak nigdzie nie mógł odnaleźć tego należącego do Siren.

- Tak jej nie znajdziesz - wtrącił się eldarski czarodziej.

- A masz inny pomysł? - zapytał Esterach.

- Siren, jest córką Nagii, obie są psioniczkami, wykorzystaj więzy krwi, aby jedna połączyła się z drugą. Potem wystarczy otworzyć portal i zabrać dziewczynę z pola bitwy - wytłumaczył eldar.

- Plan nie głupi, ale przy tych zakłóceniach, będzie potrzeba sporo mocy, żeby utworzyć i utrzymać stabilny teleport, zbyt wiele jak na możliwości jednego, nawet eldarskiego psionika - odpowiedział lord.

- Masz inkwizytora, nie wystarczy - zapytała Nagaa.

- Alexandrine nie jest psioniczką - wtrącił się do tej pory milczący towarzysz inkwizytora.

- Ale ty jesteś - zwrócił uwagę Esterach.

- Wszyscy jesteśmy, ale fakt, jeśli idzie o mocy księgi bramy, jestem najlepszy z was, no może nie od ciebie mistrzu, ale ty i tak będziesz wolał wpaść na pole bitwy - odpowiedział rycerz

- Dobra plan jest, teraz trzeba go wykonać. Arletta - krzyknął lord.

- Nie krzycz - powiedziała dziewczyna, a na jej twarzy pojawił się smutek.

- Esterach pokręcił tylko głową i powiedział - Zbieraj swoich ludzi. Idziemy się bawić.

- Naprawdę - zapytała dziewczyna z niedowierzaniem, rzucając się rycerzowi na szyje i całując go w policzek, a konkretniej w płytę maski, która go zasłaniała.

- Skąd ty ją wytrzasnąłeś? - zdziwił się eldar.

- W dużym skrócie, z obozu kultystów Choasu, co lubują się w zżeraniu ludzi - powiedział za Esteracha inkwizytorka.

Nim ktokolwiek zdążył skomentować całą sytuacje, Esterach wychodził już z pomieszczenia.

****************************************************************************************************************
Rytuał właśnie dobiegał końca. Eldarski czarodziej z pomocą Darutha zdołał utworzyć stabilny portal. Nagaa była pierwszą, która chciała skoczyć Siren na ratunek, jednak Esterach zdołał odwieść ją od tego pomysłu, uzasadniając faktem, że jeśli coś pójdzie nie tak, Serpentlex zostanie pozbawione przywództwa. adepci Esteracha, mogli z łatwością dowodzić obroną miasta, w razie gdyby ten zginął, jednak śmierć królowej, byłaby poważnym ciosem dla sił federacji.

Do lorda i jego ludzi szybkim, acz pełnym gracji i nieludzkiej pewności siebie, zbliżyła się eldarka, w stroju egzarchy banshee. Vendette przestał już dziwić widok kolejnych ostrouchych, u boku których musiała teraz walczyć, jednak zadziwiało ją, że wielki lord, który zwykle walczy z heretykami, a w czasie bitwy cechuje go skrajny fanatyzm, teraz nie ma problemu, by zaufać eldarowi.

- Kto to jest? - zapytał Esterach, chcący już brać rozbieg do portalu.

- Aikara, egzarchini wyjących banshee, królowa poprosiła mnie żebym panu towarzyszyła - wytłumaczyła eldarka.

- Nie ma mowy! Nie mamy mocy na transport tylu istot - powiedział rycerz i rzucił się w stronę portalu, nim eldarka zdążyła jakkolwiek zaprotestować jego woli.

- Wiem że pytanie o to czy to na pewno jest bezpieczne, będzie idiotyczne, więc zapytam: czy to ma jakiekolwiek szanse, żeby zadziałać jak trzeba? - zapytała Alexandrine.

- Zaraz się przekonamy - powiedziała Arletta i wbiegła za Esterachem prosto do portalu.

- Co to za człowiek? - zapytała Nagaa nie mogąc się nadziwić szaleństwu jakie przejawiał zarówno lord, jak i jego towarzyszka.

- Sama chciałabym wiedzieć - odpowiedziała inkwizytorka i pobiegła za nim.

****************************************************************************************************************
Esterach wypadł z portalu, który zgodnie z przewidywaniami otworzył się kilka metrów nad ziemią. Spadając wywołał potężną falę uderzeniową, która miała ogłuszyć najbliższych przeciwników, jednak rozwiała jedynie żwir. Zaraz za nim z portalu wypadły Arletta i Alexandrine. Potem z teleportu wyskoczyła jeszcze dwójka wojowników daruthów.

Esterach widział przed sobą Siren. Jednak poza nią w dziwnym miejscu w jakim się znalazł, nie było już nikogo. Noszona przez niego maska, stale skanowała teren dookoła, nie wykrywając żadnych oznak życia, poza tymi dawanymi przez Seregrum.

Arletta była jak zwykle pierwszą która rzuciła się w stronę celu. Pocisk z karabinu snajperskiego zrył ziemię kilka centymetrów od jej ciała, dziewczyna zrobiła salto, szybkim ruchem dobyła swojego pistoletu i oddała ślepy strzał w stronę snajpera. Dwóch akolitów Esteracha wyprzedziło dziewczynę i dopadło do Siren. Bardzo szybko pozbywając się wiążących ją kajdan. Wściekła, szybko przemieszczająca się po krawędziach, otaczających kotlinę skał snajperka, oddawała w nich kolejne strzały, jednak na nic się one nie zdały. Założona przez lorda tarcza, sprawiała że każdy wystrzelony pocisk, wlatywał do immaterium na kilka centymetrów przed ciałem akolitów i w sekundę potem wylatywał w stronę strzelca. Alexandrine nie zamierzała czekać i szybko dobyła swoich pistoletów, szybko posyłając serie w stronę strzelca.

Nagle z ciemności na akolitów wyskoczyła mroczna postać. Dziewczyna miała może szesnaście lat, miała kruczoczarne włosy i chociaż niewidoczne w cieniu, to czerwone tęczówki, Trupio blada skóra nawet na nielicznych, odsłoniętych fragmentach, nosiła blizny. Arletta w ostatniej chwili zatrzymała idące na nią, proste ostrze, przypominające maczetę. Jej miecz łańcuchowy zniósł ostrze dziewczyny na bok, dając wojowniczce z Necromundy, szanse na wyprowadzenie uderzenia, rękojeścią miecza. Kobiety wkrótce potykały się już w regularnym pojedynku. Chociaż atakująca ją dziewczyna miała ogromną przewagę w szybkości, Arletta nadrabiała to łańcuchami swego ostrza, znacznie groźniejszymi niż prosta broń, oraz co ważniejsze, całkowitą nieprzewidywalnością działań. W połowie ataku Arletta potrafiła "zmienić zdanie" i zamias sztychu próbować cięcia, czasami wręcz podkładając się pod ostrze, tylko po to, by wyprowadzić śmiercionośny atak, przed którym atakującą ją zabójczynie, ratował tylko nieludzki refleks.

Akolici ze wparciem inkwizytorki, powoli zaciągali poranioną Siren do portalu, kiedy wyskoczyła na nich, znudzona już nieskutecznym strzelaniem, Mirijane Xezz. Agentka inkziwzycji z wielkim trudem zablokowała nagły atak kultystki Slaanesh, swoimi dwoma pistoletami. Teraz na Alexandrine mścił się brak porządnej broni do walki wręcz. Alexandrine z gracją i nieludzką wręcz skutecznością unikała ciosów ostrzy Xezz, jednocześnie starając się postrzelić swoją przeciwniczkę. Nie przyglądała się jej, jednak z niewiadomych przyczyn kultystka wydała się jej dziwnie znajoma. Akolici wciąż pozostawali bezpieczni i już zaczynali, przy użyciu telekinezy, podnosić Siren do portalu.

Esterach stał sam, w grupie zmasakrowanych właśnie elitarnych członków brygady śmierci krwawego paktu, podczas gdy Arletta z trudem radziła sobie z upartą zabójczynią a inkwizytorka toczyła zawzięty pojedynek z Xezz on, spokojnie czekał na nadchodzący atak. Nie usłyszał zawodzenia miecza łańcuchowego, lecz cichy świst eldarskiej klingi. W ułamek sekundy dobył, skrzyżował i odpalił swoje ostrza. Eldarskie ostrze zatrzymało się na powstających właśnie promieniach fioletowym i czerwonym. Zabójczyni odskoczyła od niego, i stanęła naprzeciw. Jak zwykle złowieszczy uśmiech zdobił jej twarz, jednak oczy pozbawione były już człowieczeństwa. Stała się pustą maszyną do zabijania. Nie zastanawiała się nawet chwili, wyskoczyła na Esteracha i wyprowadziła pchnięcie z wyskoku. Daruth sparował uderzenie jednym ostrzem i wyprowadził kontrę drugim. Dziewczyna odbiła się na ostrzu blokującym, tym samym unikając cięcia w bok. Zakręciła się na jednej nodze i piruetem wyprowadziła cięcie ukośne od dołu. Lord wykorzystał okazje kiedy dziewczyna miała zachwianą równowagę i uderzył mocą w ziemię. Fala żwiru i kamieni uniosła się dookoła niego, obalając zabójczynie.

- Ten miecz, należy do mnie - powiedział Esterach, korzystając z chwili wolnego czasu.

- Doprawdy? - zapytała dziewczyna wstając z ziemi i dopytała - A kimże jesteś, aby żądać tego ostrza.

- Jego prawowitym następcą - powiedział Esterach wydobywając kryształ dusz, spod pancerza.

Catrine przestała się uśmiechać, kiedy zdała sobie sprawe z kim ma do czynienia. Wystawiła ostrze przed siebie.

- Jeśli go chcesz, musisz mi go zabrać - odpowiedziała dziewczyna, wyciągając spod ubrania swój kryształ.

- Nie mam na to czasu - powiedział rycerz i wyciągnął dłoń przed siebie, jednak ostrze nie powędrowało do jego dłoni.

- Zabójczyni zaśmiała się i powiedziała - Nic z tego lordzie, one są połączone ze mną, tak długo jak ci go nie oddam, albo nie odbierzesz mi go siłą własnych mięśni, pozostanie ono w moich rękach. Oddam ci je, ale najpierw mnie pokonaj.

Esterach chętnie by przystał na warunki zabójczyni, gdyby nie mroczna moc jaką wyczuł.

- Może innym razem - powiedział rycerz rozprostowując palce.

Strumienie psionicznej mocy poleciały prosto w Catrine, dziewczyna odskoczyła w prawdziw na bok, jednak moc poleciała za nią, dotkliwie ją raniąc. W głowie zabójczyni rozległ się głos mówiący "kiedy będzie to prawdziwa propozycja, a nie gra na zwłoke dla twoich pań, wtedy staniemy do uczciwej walki". Energia psioniczna najpierw sparaliżowała i wywołała skurcz wielu mięśni ciała naraz, wywołując ogromny ból, a potem cisnęła nią w dal, wyrzucając kilkanaście metrów do tyłu. Przed licznymi złamaniami, kobiete uratowały tylko zmutowane kości.

Arletta uniknęła kolejnego ataku płaskim ostrzem, znów zachowała się całkowicie dziwnie. Najpierw zadawała cięcie na ukos od dołu, od którego zabójczyni odskoczyła na bok, jednak nim ostrze w ogóle uniosło się na wysokość pasa, Arletta puściła je z ręki i robiąc dość odważny krok, przełożyła je do drugiej dłoni, by wyprowadzić półpiruet ukośny od góry. Zabójczyni nie zdążyła uskoczyć przed tym atakiem, ostrza zorało jej obie nogi, jednak nie odcięło ich. Kiedy zabójczyni padła na kolana Necromundianka potęznym cięciem rozerwała jej całą twarz. Po chwili śluz z zatok, czarna krew, tkanka mózgowa, zlana z białkiem ocznym, wyciekały z potężnej rany na twarzy dziewczyny.

Alexandrine z trudem broniła się przed ostrzami, którymi walczyła Xezz. Wcześniej rywalka zdołała jej wytrącić z dłoni jeden z pistoletów. Musiała przyznać że mimo doświadczenia, szalony styl walki oponenta sprawiał, że typowe taktyki po prostu nie działały. Genevieve nienawidzila chwil, w których musiała koniecznie improwizować. Mirajane wyprowadziła cięcie od spodu, przy użyciu swego ostrza Laerów, tnąc jednocześnie od dołu, normalnym ostrzem oficerskim paktu ekstazy. Alexandrine zablokowała ostrze Laerów swoją lufą, przy okazji chwytając za Mirajane za rękę ze zwykłym ostrzem oficera paktu. Xezz i inkwizytorka szarpałby się tak zapewne jeszcze przez długi czas od niej, jednak kultystkę, trafiła ją wiązka psionicznej energii. Esterach nie miał zamiaru czekać aż Arletta i Alexandrine dobiegną do portalu, jego akolici zabrali już Siren. Po prostu wrzucił on obie kobiety do portalu z użyciem telekinetyki. Alexandrine straciła w kotlinie jeden z pistoletów, jednak odebrała kultystce jej miecz. Kiedy Esterach jako ostatni wskoczył do wyrwy, jednocześnie zamykając ją za sobą, widział otwierającą się po drugiej stronie kotlinki, bramę osnowy.

- NIE! - krzyknęła rozwścieczona Medusai, posyłając w portal potężną wiązke energii, jednak ten zdążył się zamknąć i w rezultacie serpentoidka trafiła tylko w litą ścianę głazów.

- Zostawiłyście ją samą!? - mówiła wściekła Euriale.

- Zostawiłam ją z całą drużyną elitarnych żołnierzy twojego paktu - powiedziała Stheno.

- Tych żołnierzy? - zapytała Medusai podnosząc truchło zabitego żołnierza.

Ugotowane od wewnątrz narządy wewnętrzne, wylewały się właśnie z tkanki, która wyniszczona, nie była w stanie utrzymać płynów w organizmie i zaczęła pękać.

- Ktokolwiek to był, musi być niezłym psionikiem - powiedziała Medusai.

Wszystkie trzy siostry usłyszały cichy jęk za plecami. Euriale była pierwszą która zauważyła zwijającą się z bólu wojowniczke kultu krwi.

- Catrine - Euriale szybko przysunęłą się do dziewczyny i wzięła ją na ręce - kto ci to zrobił dziecko?

- Myślałam że te kryształy powinny jej dać odporność na ataki psioniczne - powiedziała Stheno.

- Bo miały - odrzuciła gniewnie Euriale.

- Est... Ester... ach - z trudem wydusiła z siebie dziewczyna.

- Esterach? Ten dowódca, którego inkwa naprowadziła na Chaos? - zdziwiła się Stheno.

- Niemożliwe przecież Esterach, zginął ponad dwieście lat temu - powiedziała Euriale.

- To był - mówiła z trudem łapiąc oddech Catrine - jego syn.

- Ciekawe, nie wiedziałam że miał dzieci - powiedziała Stheno.

- Ja też nie - powiedziała Catrine i zaczęła tłumaczyć - dopiero kiedy zobaczyłam jego kamień dusz... miał taki sam jak ja, dlatego przebił tarcze.

- Co to za Esterach!? - wtrąciła się nagle skołowana Medusai.

- Jeden z nielicznych śmiertelników, którzy mogą stanowić dla nas realne zagrożenie - wytłumaczyła Stheno.

- Bzdura, żaden śmiertelnik nie jest dla nas zagrożeniem - powiedziała Medusai.

- Ten jest. Esterach fanatykiem nie był, ale na wojaczce się znał. W miesiąc zdołał przeprowadzić pełną inwazje i sprofanować świat świątynie. Jeśli synek odziedziczył zmysł strategiczny po ojcu i do tego jest psionikiem, jest czego się obawiać - odpowiedziała Euriale.

- Co za różnica czy umie dowodzić czy nie, mamy tutaj ponad czterysta tysięcy ludzi zdolnych do walki, do tego całą kompanie berserkerów i zastęp córek Elandir, że już o wsparciu demonów, wariatów z portalu, który przed chwilą otworzyłam i flocie która z łatwością zmiażdży tą która chroni Serpentlex nie wspomnę - mówiła bardzo podnieconym głosem Stheno.

- Serpentlex ma teraz dodatkowy pancernik, z działem Nova i ładownią pełną torped plazmowych, albo co gorsza vortex, na pokładzie - powiedziała Euriale i zaczęła mówić - jeśli skupią obronę w jednym miejscu i ściągnął eldarskie jednostki z enklaw, będą w stanie wytrzymać nasze ataki.

- Wiecznie sie trzymać nie będą - powiedziała Stheno.

- Ale my też wieczności nie mamy - powiedziała Medusai - to nie jest jedyna armia jaka przybędzie im do pomocy, dobrze rozumiem siostro?

Euriale skinęła głową, stawiając Catrine na ziemi.

- Dajcie mi tylko okazje, zabije go - powiedziała zabójczyni - jedna okazja, to wszystko czego mi potrzeba.

- Właśnie jedną zmaronowałaś - powiedziała prześmiewczo Stheno.

- Bo spodziewał się, waszego pojawienia się na polu walki, normalnie nie sięgnąłby po psionike - powiedziała zabójczyni.

- Niech ci będzie, jedna szansa, to wszystko co dostaniesz - powiedziała Medusai.

- O więcej nie prosze - odpowiedziała zabójczyni, uśmiechając się złowieszczo.

- A mnie to już nikt na rączki nie weźmie - powiedziała Xezz stawiając z trudem każdy krok.

Po chwili obok niej pojawiła się Stheno i zaczęła się nią zajmować.

- Widze że każda znalazła sobie pupilka - powiedziała zniesmaczona Medusai.

- A ty może nie miałaś? - zapytała prześmiewczno Stheno.

- Ja chociaż ograniczyłam się do własnego gatunku - powiedziała Medusai.

- Żałuj siostro, nie wiesz do czego zdolne są te nóżki - odpowiedziała Stheno, uśmiechając się parszywie.

- Wyznawcy Slaanesh - powiedziała Catrine obracając głowę z obrzydzeniem - pójde lepiej sie przygotować - powiedziała zabójczyni czując na sobie wzrok Stheno i odeszła.

- Dobra jest? - zapytała Medusai.

- Najlepsza - odpowiedziałą Euriale szczerząc się paskudnie.

****************************************************************************************************************
Esterach jako ostatni wypadł z portalu. Arletta i Alexandrine wciąż dochodziły do siebie po nagłej lekcji latania. Nagaa siedziała teraz przy Siren tuląc ją do siebie, podczas gdy medyczki opatrywały jej ciało.

- Jakieś nowości - zapytała wojowniczka rycerzy, podając dłoń Esterachowi.

- Poza faktem, że stałem sie właśnie celem numer jeden najbardziej psychopatycznej i zawziętej zabójczyni, jaką zna Imperium a przy okazji idzie na nas licząca minimum dwieście tysięcy armia, nic nowego a tu - zapytał Esterach.

- Flux w połowie przerwał inkantacje bo zemdlał, w rezultacie z portalu wyszliście pół godziny po Siren, tempestor Sivil zdążył się zbuntować, mówiąc że nie ma zamiaru i tu cytat "walczyć u boku tego zmutowanego ścierwa". Włączyła mu się chcica inkwizycyjna i chce mordować każdego serpentoida w mieście, a z nim połowa regimentu - powiedziała szybko zakapturzona dziewczyna w kremowo białych szatach.

- Oni wiedzą, że do miasta zbliża się armia Chaosu? - zapytał zdziwiony Esterach.

- Wydaje się im to nie przeszkadzać - odpowiedziała akolitka.

- Co kurwa? A to szmaciarz, już ja mu dam, szlachcikowi od siedmiu boleści - powiedziała zrywając się nagle Alexandrine, która do tej pory leżała na ziemi, starając się uporać z bólem po nagłym zaniku grawitacji.

- Widze że pani inkwizytor już w formie - powiedziała Ven delikatnie się uśmiechając.

- Alexandrine, pozwolisz że ja to załatwię? - zapytał Esterach.

- A wiesz co, bardzo chętnie na to popatrzę - powiedziała inkwizytorka, spodziewając się jakiejś spektakularnej egezkucji.

- Nie mamy czasu na takie zabawy. Konflikty ideologiczne w takich sytuacjach trzeba rozwiązywać szybko - powiedział Esterach i przywołał swoją towarzyszkę - Arletta pokaż im jak to sie robi, a ty Ven - mówiąc to zwrócił się do akolitki - patrz i sie ucz.

Sivil stał właśnie przed pułkownikiem Vitusem z harakońskich regimentów Esteracha, prowadząc ostrą wymianę zdań.

- Nie do cholery, jestem żołnierzem Imperium, moim obowiązkiem jest aniahilacja pieprzonych muatntów a nie bratanie się z nimi - krzyczał żołnierz.

- Twoim zasranym obowiązkiem jest słuchanie rozkazów inkwizytora - odpowiedział pułkownik.

Cierpliwość pułkownika była na wyczerpaniu, wiedział jednak, że by uniknąć rozlewu krwi musi grać na zwłokę, wiedział też że utrata dowódcy będzie poważnym ciosem dla regimentu. Arletta o tym nie wiedziała, a nawet gdyby wiedziała i tak miałaby to gdzieś. Stanęła przed pułkownikiem i tempestorem i wymachując bronią zaczęła wyliczankę.

- Entliczek pentliczek czerwony stoliczek na kogo wypadnie na tego... - w tej chwili dziewczyna zasłoniła swoje oczy ręką i wymierzyła pistoletem, na ślepo oddając strzał.

Kilka sekund później ciało tempestora leżało martwe na ziemi. Z usmażonej twarzy nie polała się ani jedna kropla krwi. W tym momęcie wszyscy posłuszni mu tempestus otworzyli ogień w stronę dziewczyny. Tarcza odbijająca aktywowała się gdy promienie znalazły się na kilka centymetrów od płyt jej pancerza, odsyłając wiązki lasera prosto w strzelających tempestus. Po chwili ciała większości potomków leżały już martwe na ziemi. Kiedy tarcza zniknęła, Arletta stała rozglądając się dookołą, patrząc to na pułkownika, to na martwych tempestus, to na eldarów, serpentoidów i ludzi, którzy prawdopodobnie pierwszy raz widzieli na oczy działanie tarczy pochłaniającej Daruthów, jeden z najlepszych wynalazków założyciela zakonu rycerzy inkwizycji.

- Ładnie? - zapytała dziewczyna uśmiechając się do Esteracha.

- Ślicznie - odpowiedział lord.

- Prawdę mówiąc, spodziewałam się czegoś bardziej spektakularnego, niż zrobienie z ryja dowódcy przypalonej marmolady - powiedziała Alexandrine.

- Przykro mi że zawiodłem twoje oczekiwania, pani inkwizytor, niestety czas nas goni, mamy armie heretyków do wybicia - powiedział Esterach.

- Szkoda że musiał tak skończyć - powiedział pułkownik, podchodząc do Esteracha.

- Gdyby choć odrobinę pomyślał, byłby teraz wśród żywych - skomentował lord.

- Tak czy siak, jak masz teraz zamiar rozwiązać problem nowego dowódcy dla tego regimentu? - zapytała inkwizytorka.

- Bardzo prosty - odpowiedział rycerz.

Rozejrzał się po stojących po stronie inkwizytorki tempestus, po dłuższej chwili lustrowania ich swoim spojrzeniem, szybko wystawił ręke przed siebie, wskazując palcem na jednego z nich.

- Ty - powiedział Esterach.

- Ja - zapytał jeden z potomków wskazujać na siebie palcem.

- Tak, ty, jak sie zwiesz - zapytał lord.

- Konrad mój panie - odpowiedział żołnierz salutując.

- A więc niniejszym Konradzie, mianuje cię nowym tempestorem prime, tego oto regimentu. Prowadź go dumnie od boju i spraw, by odzyskał honor i uznanie inkwizycji, które właśnie stracił - powiedział Esterach i zwrócił się do swojej inkwizycyjnej towarzyszki - Podoba się metoda?

- Wyborna - odpowiedziała inkwizytorka i zaraz dodała - wybrałeś największą fajtłapę regimentu.

- Taki był plan - powiedział rycerz.

Esterach przeszedł obok niej i stanął na środku placu, odpalając swój miecz i zdejmując maskę, oraz kaptur.

- No dobra chłopy - powiedział po czym spojrzał na wężyce i dodał - i panie, na miasto idzie armia Chaosu, nie będę was okłamywał, wróg ma ogromną przewagę liczebną, a także sprzęt dalekiego zasięgu. dlatego brać dupy w troki i szykować obronę. Moi adiutanci przydzielą wam zadania. Macie walczyć jak byście bronili Świętej Terry! Imperator patrzy dziś na was, Święta Aquilla zwraca na was swój wzrok! Nie przynieście im wstydu! Niech te hretyckie sukinsyny zapłacą za każdy centymetr jaki przyjdzie im zdobyć! Chce żeby te ulice spłynęły krwią zdrajców! ZA IMPERATORA I IMPERIUM LUDZKOŚCI! ZA ŚWIĘTĄ AQUILLE!

Po tej mowie odszedł kawałek w tłum wypełnionych nowym wigorem żołnierzy do swoich przybocznych, podczas gdy Alexandrine ruszyła już do sztabu.

- Jak wypadłem - zapytał z uśmiechem.

- Do dupy - powiedziała Ven.

- Gorzej się nie dało - powiedział Flux.

- Idź umyj zęby bo ci sztampą z ryja daje - dodała Arletta.

- Dobra, na prawdziwe płomienne mowy, przyjdzie czas jak już pociski zaczną zalewać to miasto deszczem ognia. Póki co chce z wami porozmawiać o czym innym - zaczął Esterach.

- Zamieniamy się w słuch mistrzu - powiedziała już znacznie poważniejszym tonem Ven.

- Tempestor prime, otwarcie sprzeciwiający się woli inkwizytorki, nie wydaje wam się to dziwne? - zapytał lord.

- Nakazała im się sprzeciwić wszystkim ideałom i walczyć u boku xenos, też bym sie wkurzył na jego miejscu. - mówił Flux.

- Wkurzyć się a jawnie zbuntować to dwie różne rzeczy - zwróciła uwage Ven.

- No to co waszym zdaniem wywołało bunt? - zapytał Flux.

- Być może to po prostu "wada produkcyjna" przecież oni mają mentalność arco-biczownika, nawet u nich zadarzją się usterki - powiedziała Arletta.

- Być może, a oddanie i braterstwo boju, w połączeniu z systemem wartości, sprawiły że znaczna część opowiadziała się za dowódcą - powiedział Flux.

- Póki co trzymajmy się tej wersji, ale miejcie na nich oko, wolałbym żeby kolejna "wadliwa jednostka" nie pojawiła mi się w środku walki - powiedział Esterach.

- Tak mistrzu - odpowiedzieli Ven i Flux a Arletta jak zwykle olała jakąkolwiek formułke.

- A teraz do sztabu, chce wiedzieć na czym stoje - powiedział lord.

****************************************************************************************************************
- Nie, nie zgodzę się na to - krzyczał rozwścieczony eldarski czarownik - eldarskie enklawy...

- Są już stracone - powiedział Esterach wchodząc do pomieszczenia.

- Jak to - zapytała przerażona Aikara.

- Nie zdołamy się obronić w kilku miejscach na raz, jeśli chcemy mieć jakiekolwiek szanse, musimy skupić obronę tutaj, w mieście, w przeciwnym razie z pewnością przegramy, dlatego eldarskie enklawy są już stracone - wytłumaczył Esterach.

Egzarchini odetchnęła z ulgą. Drzwi do pomieszczenia znów się otworzyły, tym razem do sali wsunęła się Nagaa, wciąż jeszcze mając na sobie krew Siren.

- Pani powinnaś odpoczywać - powiedziała jedna ze służących sunących za nią.

- Moje miasto jest zagrożone nie mogę stać bezczynnie i się patrzeć - odpowiedziała Nagaa.

Nagaa zajęła miejsce pomiędzy Aikarą i Ven, naprzeciwko Esteracha, spoglądając to na ekran taktyczny, to na niego.

- A więc, czego możemy się spodziewać lordzie Esterach - zaczęła królowa.

- Jak już mówiłem, idzie na nas ogromna siła heretyków. To nie pierwsza lepsza banda, tylko regularna armia, bitna i sprawnie dowodzona, nie mamy szans utrzymać obrony w kilku miejscach. Jeśli chcemy przetrwać musimy skupić obronę w jednym miejscu - zaczął tłumaczyć lord.

- O jakiej konkretnie liczbie przeciwników mówimy - zapytała Aikara.

- Patrząc na to kto nimi dowodzi, o raz ile jednostek desantowych miała flota nad Serpenltex, jakieś dwieście tysięcy minimum - odpowiedział Esterach.

- Więcej, jeśli Euriale to i Stheno Nagay, znam legendy waszej rasy, ta armia będzie większa, dużo większa - wtrąciła się Alexandrine.

- I co z tego, nie takim bandom heretyków już dawaliśmy radę - wtrącił się nagle tempestor Konrad.

- Ale pakt krwi, to nie pierwsza lepsza banda, biegnących pod lufy wariatów - odpowiedział Daruth.

- Cóż w nich takiego wyjątkowego - zapytała Aikara.

- W czasie krucjaty na światy Sabbat zmasakrowali kilka, jeśli nie kilkanaście regimentów gwardii, w tym siły pancerne, a sami nie dysponowali niczym lepszym, niż zdezelowana artyleria i słabe jakościowo pojazdy. Kiedy Imperium odzyskało Sabbat, rozproszyli się po wszechświecie jak szarańcza, stając się chyba jeszcze większym zagrożeniem, niż na początku - wytłumaczył Esterach.

- Jak? - zapytał eldarski czarownik.

- Ich siły, braki w sprzęcie nadrabiały wyszkoleniem. Jeden kultysta paktu był warty trzech gwardzistów. Znają zalecenia Tactica Imperialis na pewno będą się stosować do jej taktyk - wytłumaczył rycerz

- Czyli że mamy do czynienia z dobrze wyszkoloną armią, coś jeszcze - zapytała egzarchini.

- Pakt krwi to jedna z dwóch sił jakie atakują ten świat, towarzyszy im jeszcze pakt ekstazy - zaczęła tłumaczyć inkwizytorka.

- Skąd ta wiedza? - zapytała Nagaa.

- Z waszych legend - odpowiedziała inkwizytorka, wtedy wtrąciła się Ven.

- Serpentoidzie legendy wspominają o dwóch siostrach, które mają uwolnić trzecią. Opisy pasują wręcz idealnie, do Imperialnych zapisów Euriale i Stheno Nagay, podczas gdy pierwsza dała się nam we znaki, zwłaszcza w czasie bitwy o świat Sinnum, gdzie pokonała siły lorda Daruthów Skotia, Stheno zna praktycznie każde Cadiańskie dziecko, światy Sodomy to prawdziwa brama Oka Terroru.

- Pakt ekstazy jest taki sam jak pakt krwi? - zapytała Aikara.

- Gorzej - odpowiedziała Genevieve i zaczął mówić - pakt krwi to armia wojowników Khorna, będą walczyć z wielką zawziętością, ale to bardzo honorowi wojownicy, nie bawią się w tortury, czy znęcanie się. Pakt ekstazy to banda wyznawców Slaanesh, nie ma wątpliwości, gdy tylko nadarzy się okazja, będą starali się zadawać jak najwięcej cierpienia, do tego sam pakt ekstazy, chociaż ma gorzej wyszkoloną armie, ma na podorędziu spore siły pancerne.

- A są jakieś dobre wieści - zapytał eldarski czarownik.

- Flota Federacyjna jest w drodze do Paradisii, jeśli utrzymamy się dość długo, zniszczymy heretyków - powiedział Flux.

- Jesteście pewni? - zapytała Nagaa.

- Layla terSecundi wysłała nas jako straż przednią, byliśmy gotowi do natychmiastowego ruszenia w drogę, więc poproszono nas o pomoc - wytłumaczył Esterach.

- Nawet my nie spodziewaliśmy się ataku, skąd Layla wiedziała, że on nadejdzie i dlaczego nas nie ostrzegła? - zapytała Nagaa.

- Od dłuższego czasu w sąsiednich sektorach wykrywaliśmy wzmożoną obecność sił Chaosu, z tego co wiemy, Federacja kilkukrotnie usiłowała się skontaktować z Paradisią, lecz z powodu zaburzeń immaterium, komunikacja w całym sektorze jest bardzo utrudniona, początkowo myślano że atak spadnie na stolice, lub którąś z twierdz, dopiero niedawno, kiedy zauważono na polu walki Euriale Nagay, zorientowano się co się dzieje - wyłumaczył Flux.

- Dobrze że możemy się spodziewać chociaż takiej pomocy - powiedziała Nagaa.

- Dobra dość gadania - Esterach chciał kończyć już tłumaczyć co się dzieje, by przejść do właściwego planowania, gdy drzwi do centrum taktycznego, otworzyły się.

Do sali wszedł generał, z pękniętym pancerzem i licznymi ranami.

- Nie wiedziałem - zaczął od wejścia - że sororitas służą też w szeregach Chaosu.

- Bo nie służą! Żadna służebnica Imperatora nie oddałaby się w ręce Chaosu... - chciała się kłócić Alexandrine, ale wtedy spojrzała na Esteracha i ją olśniło.

Daruth nie odezwał się słowem.

- Zdaje się że nasi Imperialni przyjaciele mają jakiś sekret - powiedział czarownik.

- Blizna na pół twarzy, jedno oko ślepe, pancerz pokryty runami Khorna i bolter z podobnymi emblematami? - zapytał Esterach.

- Tak, skąd wiesz? - zdziwił się generał.

- Layra Elandir, była obrończyni świata świętej Anais - powiedział Esterach.

Ven i Flux spojrzeli na siebie.

- Mistrzu - zaczęła Ven, ostrożnie zbliżając się do Esteracha.

Jej dłoń powoli spoczęła na twarzy mistrza. Wyczuła jego cierpienie, żal, nienawiść, doskonale wiedziała dlaczego Elandir się zbuntowała, Daruth osobiście wybił każdego jednego zakonnika jaki pochodził z tamtego świata, polowanie jakie wówczas urządził wywołało spore zamieszanie, zwłaszcza gdy puścił z dymem eklezyjny monastyr.

- Nic mi nie jest - powiedział spokojnym głosem.

Wszyscy w sali spoglądali to na siebie to na niego.

Alexandrine nie odezwała się słowem. Doskonale wiedziała co jest na rzeczy, a także jakie były powody przystąpienia córek Elandir, do wojsk Chaosu. Wiedziała też jak Esterach rozprawił się z kapłanami, odpowiedzialnymi za krzywdy owych dziewcząt.

Niedługo potem Esterach i cała reszta obecnych, wraz z nowo przybyłym generałem Sheridanem, planowała już defensywę. W momencie kiedy oni zabierali się do planowania, eldarzy w enklawach już otrzymali rozkaz o skupieniu obrony w Serpentlex. Nie mieli jednak zamiaru zostawiać miasta w rękach heretyków. We wszystkich enklawach, porozstawiano całą masę niewielkich ładunków wybuchowych, które miały zostać zdetonowane, gdy tylko heretycy się do nich zbliżą. Kosztem miało być zniszczenie całej infrastruktury, którą mógł potem wykorzystać wróg.

Zdając sobie sprawę z faktu, że z powodu słabej jakościowo, jednak wciąż skutecznej artylerii, heretycy będą mieli przewagę, Esterach początkowo chciał zastosować typową strategie obrony w głąb, jednak poznawszy możliwości artylerii Serpentlex, uznał że lepiej będzie zacząć się bawić w wojnę okopową, a dopiero potem zacząć prawdziwą defensywę.

Plan był prosty. Zatrzymać wroga ścianą ognia, pozwolić mu na atak, namierzyć jego baterie artyleryjskie i je zniszczyć, a następnie pozwolić mu zająć część terenu, przeprowadzając sprawny odwrót, jednocześnie zmuszając go do utraty ogromnej części sił. Kiedy upadłaby pierwsza linia obrony, siły heretyków byłby już przerzedzone i zmuszone do walki, w ciasnych uliczkach miasta. Na samym końcu, na zdrajców, czekałby najeżony działami i karabinami, obstawiony przez weteranów pałac.

Jedyną obawą Esteracha, było morze. Podejście od wody, było co prawda bardzo utrudnione za sprawą żyjących w niej Nag, jednak nie dawało mu to pewności. Utworzenie pełnego pierścienia ognia było niemożliwe, więc musiał on zawierzyć królowej, która zapewniała go o skuteczności jej poddanych.

Daruth zastanawiał się jednak nie tylko nad obroną. Od takich spraw jak organizowanie wojska miał swych uczniów, oraz cały sztab nawigatorów, którzy rozprowadzali informacje po Serpentlex. Zastanawiał się, gdzie będzie mógł spotkać Catrine. Wiedział że zabójczyni będzie na niego polowała, on także dążył do tego spotkania. W końcu przypomniał sobie stare raporty ze świata świętej Anais i wielu innych światów. Jeśli heretycy nie chcą zostać unicestwieni bombardowaniem orbitalnym, będą musli związać flotę walką, co w obliczu Litanii Krwi, która przewyższała każdy okręt jaki mieli heretycy rozmiarami i ogromną ilością dział. Celem jednostek naziemnych, będąc więc silosy laserowe, a tymi zwykle zajmują się właśnie zabójczynie.

Nagaa miała zostać w pałacu, Sheridan był oczywiście pierwszym, który chciał ruszać do walki. Flux, nie był zbyt dobrym wojownikiem, ale zmysł taktyczny i zdolność oceniania odległości były niezastąpione. Żadna mgła, czy zasłona terenowa, nie przeszkadzały mu w prawidłowej ocenie odległości. Z tego powodu został on na stanowisku widokowym, by kierować ostrzałem baterii artyleryjskich. Ven, wraz z Esterachem i Arlettą, mieli jak zwykle z resztą, być w samym środku pola bitwy. Eldarski czarownik wraz z Aikarą, mieli czekać w odwodzie, by z pomocą ukrytych pod zasłoną iluzji, bram mogli wspierać obrońców, gdy zajdzie taka potrzeba. Alexandrine, pomimo licznych próśb Esteracha, uparła się by walczyć ze swymi tempestus, w mieście.

Eldarskie enklawy opustoszały bardzo szybko, a ich jednostki kosmiczne znalazły się nad Serpentlex. Zgodnie z przewidywaniami Euriale, Esterach skupił obronę w najsilniejszym punkcie i oczekiwał na atak.

****************************************************************************************************************
- Pozwólcie mi uderzyć pierwsze siostry, nic nie powstrzyma wiernych zastępów mych dzieci ekstazy - zaczęła Stheno.

Wszystkie były teraz w ogromnej sali, gdzie Medusai została uwolniona ze swego więzienia. W błękitnym płomieniu widać było Serpentlex, oraz zbliżające się do niego wojska Chaosu.

- Nie siostro, nie będziemy rzucać naszych wiernych wojowników, niech pierwsi ruszą heretycy i zwykli szaleńcy, którzy nie są w stanie opanować darów osnowy jakie otrzymują - wtrąciła się Euriale.

- A ty jak radzisz siostro? - zapytała Stheno, patrząc na Medusai.

Uwolniona siostra z wolna podniosła, do tej pory zapatrzony w ogień wzrok i spojrzała na swoje siostry.

- Euriale ma racje, utrata naszych dobrych wojowników, na samym początku bitwy, byłaby ogromnym marnotrawstwem ich potencjału - odpowiedziała Medusai i dodała - niech pierwsi ruszą do boju szaleńcy a ich marne dusze, posłużą nam za ofiarę, do przyzwania potężniejszych sił. Dzięki temu sprawdzimy też czy przeciwnik nie zgotował nam żadnych niespodzianek.

Armie heretyków zbliżały się do miasta. Zgodnie z zaleceniami sióstr, w pierwszej fali, szli opętani żądzą mordu szaleńcy. Nie stanowili części żadnego z paktów, zostali przyzwani przez Stheno ze światów Sodomy, gdzie normalnie stanowili niewolników. Teraz mieli okazje poznać nowe doznanie, najmocniejsze ze wszystkich jakie może poczuć istota żywa. Mieli oni niedługo otrzymać prezent, tak chętnie niesiony przez nekronów.

Rozdział IV Serpentlex w ogniu

Ven i Alexandrine czekały na atak. Esterach poprosił inkwizytorke, by dała wsparcie nielicznym siłom Necromundy.

Genevieve przyglądała się swojej towarzyszce. Ven nosiła na sobie proste kremowe szaty. Jej ubiór był dość ubogi, zwłaszcza jak na lorda Daruthów. Prosta kremowobiała szata z kapturem, spod którego wystawała biała grzywka, będąca jednak za krótką, by sięgnąć nieludzko błękitnych oczu. Alexandrine widziała jej dziwnie szarą skórę, której kolor był zapewne wynikiem mutacji. Szata okrywała jej ciało bardzo dokładnie, Biała Dama nie mogła dostrzec, ani symbolu Esteracha, ani charakterystycznej rękojeści miecza, ani nawet skrawków jej pancerza. Był to dość nietypowy obraz, dla kobiety, przyzwyczajonej do widoku czerwonoczarnych pancerzy.

- Coś nie tak? - zapytała Ven bardzo łagodnym głosem.

Alexandrine nieco się speszyła, ale była także zdziwiona. Głos uczennicy był bardzo łagodny, delikatny, nie spodziewała się takiego tonu, po osobie która na co dzień zmaga się z piekłem wiecznej wojny.

- Wszystko w porządku, po prostu, trochę dziwi mnie twój strój - powiedziała inkwizytorka.

- Oh, no tak, zwykle nosimy czarne szaty - odpowiedziała Ven.

- Więc czemu ty nosisz inne? - dopytywała Genevieve.

- Nie wiem, zwykle ci z nas, których ostrza mają żółty kolor, zakładają białe szaty, to taki wymysł zakonny, chociaż nie ma żadnej reguły i mogłabym spokojnie nosić inne - powiedziała uczennica Esteracha i zwróciła swój wzrok w stronę frontu.

Skanery już od dłuższego czasu milczały, stale nie wykrywając nawet najmniejszych oddziałów wroga. Wskaźniki obracały się na tarczy radarów, niczym zegar odliczający nieuchronną zagładę. Nie było mowy, nawet teraz, ze zgrupowanymi siłami i wzmocnioną o nieliczne siły flotą, by utrzymać się pod naporem armady Chaosu. Wszystko teraz było w rękach osnowy, od jej kaprysu, zależał teraz los milionów istnień, milionów, które były niczym innym, jak zwykłymi pyłkami, w bezmiarze wszechświata.

Nagle stało się nieuniknione. Najpierw jedna, potem siedem, siedemnaście, potem kolejne trzydzieści, na mapie zaczęły pojawiać się kropki symbolizujące przeciwników. Do uszu Ven i Genevieve zaczęły docierać, pełne euforii okrzyki i obłąkańcze jęki heretyków. Transfer, jakim wiedźmy przerzucały swoje wojska, nie był doskonały, nie musiał być, w końcu rzucały na pole bitwy tylko mięso armatnie, które miało zginąć równie szybko co się na nim pojawiło.

Flux wymierzył idealnie i nim pierwsi heretycy znaleźli się w polu rażenia karabinów tempestus, zostali skoszeni idealnie wystrzeloną, salwą pocisków artyleryjskich. Huk eksplodujących pocisków, skutecznie zagłuszał jęki i krzyki rannych. Szarpane odłamkami i przypalone ogniem, bezwładne ochłapy ciała, padały na ziemię, w kałużach, często gotującej się krwi. Ściana ognia bardzo skutecznie zatrzymała, pierwszą i najbardziej zbitą masę zdrajców. Za nią szły już znacznie bardziej rozproszone siły, przez co ostrzał nie zawsze był skuteczny. Mimo to tempestus oddawali jedynie pojedyncze strzały, w zdegenerowane ciała.

W tym czasie Esterach, dzięki swoim wizjerom wbudowanym w maskę, obserwował przeciskających się przez las heretyków. Wiedźmy były bardzo sprytne, rzucone do walki mięso armatnie, nie tylko sprawdzało jak dobrze obsadzone są pozycje wroga, ale także skutecznie oczyszczało drogę dla sił właściwych. Wiele drzew jakie napotykali na swej drodze heretycy, było niebezpiecznymi. Zawierały w sobie kolce, często pełne trucizn, które w oka mgnieniu zabijały przeciwników. Artyleria, podobnie jak w przypadku Alexandrine, została naprowadzona bezbłędnie. Daruth nie dobył nawet miecza, do tej pory do pierwszej linii, w której walczył, dotarł zaledwie jeden heretyk, któremu osobiście skręcił kark. Na szczęście dla Serpentlex, wiedźmy nie miały w swoich szeregach sług zgnilizny, co pozwalało na spokojne zwarcie szyków obronnych. Na skutek sprowadzenia eldarów, w mieście zrobiło się bardzo tłoczno. Nie było tutaj już cywilów, każdy otrzymywał, najprostszy oręż, by mógł bronić swego domu. To miała być żmudna i krwawa obrona, jednak Esterach bardzo się z tego cieszył, im dłużej się bronili, tym większe były szanse na przybycie prawdziwych sił Federacji.

****************************************************************************************************************
Litania Krwi strzegła Serpentlex. Sonary szybko wykryły zbliżającą się flotę sił Chaosu. Była nieco większa od floty, która zaatakowała po raz pierwszy. a sterami, tymczasowo, Federacyjnego okrętu flagowego, siedział kapitan Asobrab. Był to stary, zaprawiony już w bojach dowódca. U pasa nosił bogato zdobioną korde energetyczną, napędzaną ogniwem, w kształcie bogato zdobionej, bransolety, która doskonale sprawdzała się też w funkcji ochraniacza ręki. Przez, okrytą białą koszulą z szerokimi rękawami, klatkę piersiową, ukośnie przechodził szeroki, skórzany, czarny pas, na którym zawieszone były magazynki do jego kunsztownie wykonanego pistoletu laserowego, oraz złoty różaniec. Umocnione spodnie, spinał bogato zdobiony pas, przy którym Asobrab nosił nie tylko szablę i pistolet, ale także podręczną menażkę z grogiem i książeczkę nabożeństw.

- No dobra chłopy, mamy wroga na horyzoncie, łapy do dział i czekać rozkazów - powiedział, a komunikator w jego głowie natychmiast przesłał głos po całym statku.

Heretycy nauczeni już doświadczeniem, nie wystawili od razu okrętu dowodzenia do walki, zamiast tego posłali bardzo rozproszoną flotę mniejszych jednostek, by związać Litanie walką i dopiero wtedy ruszyć do ataku główną jednostką. Asobrab, nie miał zamiaru oszczędzać swoich torped. Ładunek implozyjny poleciał i eksplodował idealnie między dwoma niewielkimi jednostkami. Złapały je jedynie krawędzie pola implozyjnego, jednak w zupełności wystarczyło to, by złamać je na pół, przy okazji rozrywając znaczne ich części na strzępy. Heretycy parli na pełnej mocy swych silników, całkowicie ignorując fakt, że znacznie ograniczy to ich manewrowość, w trakcie walki właściwej. Mieli ogromną przewagę liczebną i doskonale wiedzieli że w zupełności im to wystarczy. Doskonale wiedział o tym także admirał, który znając swego wroga, słał kolejne salwy niszczycielskich pocisków, w stronę niewielkich jednostek wroga. Doskonale wiedział że im więcej ty "małych sukinsynów" zostanie zniszczonych, tym większe szanse na skuteczną obronę będzie miała reszta floty.

*****************************************************************************************************************
Esterach położył kolejnego zdrajce swoim mieczem osnowy. Czerwona wiązka energii przecinała kolejnych, szarżujących przeciwników. Jeden za drugim, heretycy padli, wijąc się z bólu z powodu utraconych kończyn, lub od razu byli martwi, gdy ostrze niszczyło najważniejsze narządy wewnętrzne.

Miecz łańcuchowy Arletty wył przeraźliwie. Jego ryk co chwila był zagłuszany przez jęki kolejnego heretyka, którego ciało było szarpane ruchomymi, ząbkowanymi ostrzami. Dziewczynę ogarnęła dzika euforia, kiedy krew z rozoranych płuc przeciwnika zalała jej twarz. Dla normalnych żołnierzy, widok dziewczyny oblizującej swoje usta, z krwi przeciwników były co najmniej niepokojący, jednak towarzysze kobiety, już dawno przestali zwracać uwagę na jej "rytuały bojowe", za które w normalnych regimentach, profilaktycznie otrzymuje się promień z lasera w głowę.

Flux wciąż kontynuował swój ostrzał, przy użyciu pocisków odłamkowych. Miał w zapasie jeszcze zapalające i burzące, lecz te typy miały zostać użyte dopiero, kiedy obrońcy będą potrzebowali wytchnienia. Pomimo bardzo skutecznej zapory ogniowej, co raz liczniejsze hordy wroga przechodziły przez strefę śmierci, chociaż tylko po to, by wpaść prosto na linie obrońców. Z ciał heretyków, można by już spokojnie zacząć budować barykady, a mimo to wciąż kolejni zdrajcy parli naprzód. Wielu z nich przewracało się na zwłokach towarzyszy, by zostać stratowanymi, przez szarżujący tłum.

****************************************************************************************************************
Genevieve posyłała jeden promień za drugim, prosto w głowy zdrajców, tnąc przy okazji "pożyczonym" od Mirajane oficerskiego ostrza paktu ekstazy, które naturalnie wcześniej oczyściła z plugawych run i naznaczyła Imperialnymi symbolami. Broń bardzo dobrze leżała w jej dłoni, Biała Dama, miała wrażenie że ostrze jest wręcz stworzone do jej ręki. W połączeniu z celnym okiem i nieludzką zwinnością, Genevieve mogła tańczyć w samym środku tabunu przeciwników. Nie odcinała jednak części ciała. Zamiast tego zadawała uderzenia z chirurgiczną wręcz precyzją, niszcząc główne tętnice ciała, lub uszkadzając kluczowe organy wewnętrzne.

W tym czasie Ven, bezpardonowo masakrowała heretyków, dosłownie ich ćwiartując. Dziewczyna wkładała w to tyle siły, że każdego przeciwnika zdążyła przeciąć na linii całego ciała kilka razy, nim to w ogóle zaczęło upadać na ziemię. Taki widok był bardzo niecodzienny, dla reszty żołnierzy, a nawet dla jej towarzyszy. Jakaś siła sprawiała, że Ven była o wiele brutalniejsza i bardziej bezwzględna niż zwykle. Taki obraz był bardzo ciekawym kontrastem, dla widoku, jaki Alexandrine miała przed oczami chwilę temu. Spokojna, opanowana i łagodna dziewczyna, stała się dziką bestią, niosącą śmierć i zagładę.

****************************************************************************************************************
Euriale płynęła teraz, wraz ze swymi córkami w stronę, podwodnej części Serpentlex. Dzięki mocy Stheno, ani krwawa siostra, ani żadna z jej córek, nie musiały obawiać się utraty tlenu. Doskonale zdawała sobie sprawę, że nagi nie poddadzą się bez walki i że będzie to walka, która uraduje krwawego boga. Ale nawet na terenie, który powinien być najprostszą strefą lądowania, Federacja nie pozostawała nieprzygotowana. Oprócz nag, w całych podwodnych dzielnicach, czaiły się specjalnie wyszkolone jednostki gwardii Federacji, wyposażone w karabiny na litą amunicje wzoru aqua-iaculum. Była to amunicja przystosowana właśnie do walki pod wodą, gdzie pociski wytracały zaledwie procent swej przebijalności. Koszt jej wyprodukowania był jednak dość spory, a niewiele było terenów gdzie znalazłaby zastosowanie. Żołnierze byli wyposażeni w specjalne maski, z filtrami wodnymi. Nie nosili oni butli tlenowych, maska filtrowała go z wody, a specjalne pancerze, likwidowały problem ciśnienia.

Mistrzyni Safira, wyczuła zbliżające się siły zdrajców, gdy te były kilometry od miasta. Nie tylko drobinki charakterystycznej, Serpentoidzkiej krwi, ale przede wszystkim fakt, że woda pod wpływem osnowy stawała się mdła, dziwna, nienaturalna. Wyczuwali to także żołnierze Federacji, kiedy typowy zapach osnowy, dostał się do ich ust.

Podwodne Serpentlex nie miało żadnych murów, ani tym bardziej poważniejszych umocnień. Budowanie ich w miejscu, gdzie przeciwnik może zaatakować, dosłownie z każdej strony, było bezcelowe.

Euriale widziała już miasto w oddali. Tak jak przywidywała, nagi nie miały zamiaru bawić się w walkę w ciasnych korytarzach miast, zamiast tego wolały walczyć na otwartym terenie gdzie miały dużo miejsca na manewrowanie. Wojowniczka Khorna także wolała takie podejście do walki, ostatnimi czasy musiała przeciskać się przez ciasne korytarze okrętów, co było dla niej prawdziwą udręką. Oprócz swoich nielicznych córek, Euriale miała ze sobą całą armie przemienionych mocami osnowy heretyków. Wielu z nich miało problemy z oddychaniem, z powodu zbyt szybkich procesów mutacji, jednak podobnie jak wojska na lądzie, byli zwykłym mięsem armatnim, do poświęcenia.

Kapitan Price, dowodzący oddziałami podwodnymi nie miał jednak zamiaru po prostu siedzieć bezczynnie i czekać, aż kultystki podejdą do niego. Po chwili na nabierające już szybkości szeregi Euriale spadł grad niszczycielskich pocisków podwodnych, zrzucanych z przelatujących nad morzem valkirów. Początkowo zasiało to całkowity chaos w szeregach wyznawczyni boga krwi, jednak Nagay nie była osobą, którą wystraszy byle nalot. Siedząca w jej głowie Stheno natychmiast wysłała do walki całą eskadrę Hell Talon'ów, by rozprawiły się z obrońcami.

Euriale szybko zdołała przywrócić ład w swoich szeregach i mimo druzgocących ataków, córki Nagay, oraz towarzyszące jej mutanty, wciąż dumnie parły na wroga. Było ich wiele mniej, niż nag, z lecz mimo to nie wydawały się być ani trochę zatrwożone. Safira zdała sobie sprawę, że zdradzieckie siostry muszą być w posiadaniu czegoś, co zapewni im przewagę, jednak nie mogła wiedzieć z czym dokładnie będzie miała do czynienia.

****************************************************************************************************************
Walka toczyła się już od kilkunastu godzin. Słońce znów zaczynało oświetlać wspaniałą architekturę miasta, tym razem jednak osmoloną przez liczne pożary. Zatoka nag, do tej pory słynąca z krystalicznie czystej wody, stała się mętna, brudna od roztrzaskanych głazów i budowli, oraz krwi walczących pod wodą serpentoidek.

Drużyny piekielnych smoków prowadziły okrutną walkę z eskadrami valkirów. Co chwila słychać było demoniczny ryk, lub wycie ducha maszyny, a niedługo potem przez całe miasto i okoliczne przetaczało się echo fali uderzeniowej. Serpentlex stało już w płomieniach, chociaż prawdziwe walki jeszcze się nawet nie zaczęły.

Obrońcy pierwszej linii dawali silny opór heretyckiej armii, lecz nie mieli szans w obliczu ogromnej liczby przeciwników. Flux musiał na pewien czas wstrzymać ogień artyleryjski. Prowadzony stale ostrzał rozgrzał działa do tego stopnia, że pojawiło się ryzyko eksplozji. Ven i Alexandrine musiały ustąpić pola, w obliczu prawdziwego morza heretyków. Odwrót był dobrze dobrze zaplanowany, a koordynacja potomków tempestus była wzorowa, nawet jak na te formacje. Pułkownik Konrad, pomimo wcześniejszych zarzutów wobec niego, zdołał zapanować nad swoimi ludźmi.

Esterach i Arletta wciąż masakrowali heretyków na środku i nie zamierzali przestawać nawet na chwilę. Utworzona przez nich obrona, mogłaby bez trudu trwać jeszcze co najmniej kilka godzin, zanim zarządziliby odwrót, wiedzieli jednak, że jeśli będą uparcie trwać na swych pozycjach, zostaną szybko otoczeni, a w konsekwencji zmiażdżeni. Daruth stale wypatrywał swojej zabójczyni, jednak nigdzie nie mógł jej dostrzec. Powoli zaczynał rozumieć taktykę sióstr. Zalanie obrony milionami zbędnych dusz, nie było dla niego niczym niezwykłym, wiedział że dopiero teraz, kiedy zacznie się cofać w głąb miasta, do walki ruszą prawdziwe siły heretyków.

- Arletta - lord przywołał do siebie dziewczyne.

- Co tam? - zapytała dziewczyna, a obłąkańczy uśmiech nawet na sekundę nie znikał z jej twarzy.

- Ven cofa swoje siły w głąb miasta, musimy zrobić to samo, albo nas tutaj zmasakrują - powiedział Esterach.

- Oooo tak szybko? Szkoda miałam nadzieje jeszcze trochę się tu pobawić - powiedziała ze smutkiem dziewczyna.

- Wiem, wiem, ja też wolałbym zatrzymać ich jeszcze jakiś czas tutaj - powiedział lord i odciął głowę nadciągającego heretyka.

- No to wydawaj ten rozkaz do odwrotu - powiedziała dziewczyna.

- Nie ja, tylko ty. Ja mam inną sprawę do załatwienia - powiedział Daruth.

- A jaką? - zapytała dziewczyna, a przez jej głos przenikała dziecięca naiwność.

- Widzisz tamte promienie? - powiedział Esterach wskazując na wiązki dział obrony naziemnej.

- Jakie ładne światełka - krzyknęła dziewczyna z zachwytem.

- Z zatoki strzelają trzy, jeszcze przed chwilą strzelały cztery - odparł rycerz.

- Arletta przestała się uśmiechać i spojrzała na Darutha - idziesz polować na tą zabójczynie prawda? - zapytała bardzo poważnym głosem.

- Tak - odparł rycerz.

- W takim razie idź dorwać sukę - powiedziała dziewczyna i z uśmiechem zakręciła się na jednej nodze rozrywając klatkę piersiową kolejnego wrzeszczącego zdrajcy.

****************************************************************************************************************
Generał Sherdian stał w położonym przy zatoce, polowym centrum dowodzenia, jednym z trzech na terenie miasta. Obserwował na ekranie taktycznym siły heretyków, powoli wdzierające się do miasta i obrońców, rozsianych po całym jego terenie. Był wściekły, podczas gdy Daruth i inkwizytorka walczyli już na froncie, on musiał siedzieć tutaj. Posterunek na zboczu zatoki, był prawdziwą twierdzą. Miał on w przeszłości zatrzymywać wroga przed atakiem od morza. Z czasem obrona została wzmocniona, a na terenie posterunku znajdowało się nawet kilka silosów laserowych, przeznaczonych do obrony przed atakami z orbity.

Nagle ku zaskoczeniu, jak i radości generała, odebrano sygnał o pomoc z jednego z silosów. Było to prawdziwe zaskoczenie dla obrońców, którzy wierzyli w swoje bezpieczeństwo. Sheridan chciał osobiście zająć się sprawą, ale wtedy nadeszła masa komunikatów proszących o pomoc, na brzegu. Z wody wychodziły setki nieznanych potworów. Wyglądem przypominały ludzi, lecz miały ciągnące się od pach do nadgarstków błony, oraz płetwy na grzbiecie i łydkach. Posiadali jedynie broń do walki wręcz, w większości przerdzewiałą, która nie nadawała się do niczego. Nadrabiali to jednak długimi szponami rąk, kłami, a także sporą szybkością i odpornością na obrażenia. Często jedynym sposobem by na dobre zabić potwora było wypalenie mu twarzy serią z karabinu.

Sheridan bez zastanowienia założył swoje energoszpony, z doczepionymi pistoletami boltowymi i ruszył na brzeg, wysyłając przy okazji oddział swych weteranów do utraconego silosu. Maszerując na brzeg generał zastanawiał się jednak, jakim cudem potwory uniknęły jego skanerów. Podczas gdy pierwsza armia, która zmagała się z siłami Federacji pod wodą, była bardzo dobrze widoczna, bestie które zaatakowały teraz pojawiły się dosłownie znikąd.

****************************************************************************************************************
Alexandrine i Ven stały na tyłach odwrotu. Bandy heretyków zalewały ulice. Zdrajcy parli naprzód, bez względu na wszystko, często tratując własnych ludzi, lub przygniatając ich nawałem własnych trupów, które padały z powodu skoncentrowanego ostrzału połączonych sił Gwardii Federacyjnej i Imperialnej. Serpentoidy brały niewielki udział w tych walkach. Czyhając jedynie na szczytach barykad, by masakrować swymi ostrzami wspinających się na nie heretyków. Paradoksalnie, w obecnej sytuacji w mieście serpentoidów, było najmniej przedstawicieli tego gatunku, spośród wszystkich walczących ras.

Najgorzej sytuacja wyglądała w najszerszych ulicach miasta, tam barykady były najniższe, tam też heretycy parli w największej liczbie, zwykle ignorując stanowiska broni ciężkich i obrońców, rozstawionych w węższych uliczkach. Ułatwiało to sprawę eldarom, którzy mogli skupiać się na wspomaganiu głównej obrony, poprzez skuteczne masakrowanie ataku głównego, przy użyciu swych karabinów shurikenowych, lub eliminować wrogich dowódców. Dla ludzkiego oka, byli oni praktycznie niezauważalni wśród hord zdrajców, jednak oczy eldarskich snajperów od razu zauważały subtelne różnice w "umundurowaniu" i bezlitośnie eliminowały duchowych przywódców kultu.

W ferworze walki inkwizytorka znalazła się przy krawędzi jednej z ulic. Ven była zbyt zajęta walką z grupą heretyków którzy właśnie się na nią rzucali. Zakonniczka zauważyła, że im głębiej siły lojalistów cofają się w miasto, tym lepsze siły rzuca chaos. Początkowo większość zdrajców miała ze sobą w najlepszym razie noże, a jedynym sposobem jakim radzili sobie z pancerzami gwardzistów, było przygniatanie ich swoją masą. Teraz co drugi miał ze sobą pistolet laserowy i chociaż jeden na dziesięciu był w stopniu chociaż minimalny obyty z tą bronią, było ich dość dużo by stać się realnym zagrożeniem. Chociaż front stale był bardzo daleko od centrum Ven bardzo martwił fakt, lojaliści utracili już sporą część terytorium, a do tej pory spotkała tylko kilku regularnych żołnierzy paktu ekstazy.

Pakt krwi praktycznie nie udzielał się w tej walce. Każdy normalny dowódca cieszyłby się z takiego obrotu sprawy. Ven znała jednak swego wroga. Wiedziała że pakt czeka na odpowiedni moment. Wycieńczeni walką z nawałem heretyków i w miarę dobrze zorganizowanymi siłami ekstazy żołnierze, nie będą mieli szans w walce ze sprawnie dowodzoną, elitarną armią krwi, zwłaszcza kiedy ta bazuje na piechocie. Serpentlex nie było miejscem gdzie sprawdziłby się normalne czołgi. Tylko artyleria, mogła sobie poradzić w tym starciu.

Nagle jeden z pocisków artyleryjskich uderzył w niewielką iglice położoną przy drodze. Walący się budynek spadł idealnie w miejscu, gdzie walczyła Alexandrine. Inkwizytorka w ostatniej chwili uskoczyła przed spadającą kupą kamieni. Wyszła z sytuacji bez ani jednego zadrapania, jednak została odcięta od swoich sił. Ucieczka przed gruzami zmusiła ją do ukrycia się w jednej z bocznych uliczek. Na szczęście nie było tutaj żadnych heretyków, a tak się jej w każdym razie zdawało.

****************************************************************************************************************
Esterach szedł powoli korytarzem silosu laserowego, mijając po drodze kolejne ciała obrońców Federacyjnych. Stawiając kolejne kroki, dokładnie przyglądał się ich ranom, zastanawiając się jaka broń mogłaby zadać takie obrażenia. Część ciał była dosłownie zmasakrowana, a znakiem rozpoznawczym były rany szarpane, najpewniej wynikające z powodu cięć mieczem łańcuchowym, podczas gdy inne były niezwykle czyste i gładkie. Daruth szybko domyślił się, że zabójczyni ma przy sobie zarówno eldarski miecz, jak i broń łańcuchową, z której słynie w Imperialnych zapisach.

W końcu do uszu rycerza dotarły ludzkie krzyki. Wówczas przyspieszył on kroku i podążył za źródłem dźwięku. Silos miał grube, bardzo wytrzymałe ściany, a do tego dość pokręcony system korytarzy, nie było mowy o skutecznym rozchodzeniu się echa. Wiedział więc, że jest niedaleko i nie mylił się.

Ostatni z posłanej przez Sheridana grupy weteranów żołnierz, leżał na ziemi, przygnieciony przez siedzącą na nim okrakiem zabójczynię. Dziewczyna nie znęcała się nad nim, zamiast tego po prostu chwyciła za swoje ostrze ofiarne i rozerwała mu krtań. Ostatnią rzeczą jaką dostrzegł konający żołnierz, był uśmiech zabójczyni, potwornie wyszczerzonej na widok swojego celu.

- Przyznam szczerze, kiedy zobaczyłam ten oddział, pomyślałam że stchórzyłeś - zaczęła zabójczyni podnosząc się z klęczek i dobywając swych dwóch mieczy.

- Przynam szczerze, że po osobie z twoją renomą, spodziewałem się czegoś bardziej wyrafinowanego, od prostej zasadzki z silosem laserowym - odparł Daruth.

- Po co, skoro ta prostota była wręcz idealna? Nikogo kto mógłby nam przeszkodzić, żadnych obserwatorów, nikogo kto przybiegnie z pomocą, czyż to nie idealne miejsce? - spytała dziewczyna i wyszczerzyła się paskudnie.

- I żadnego... - zaczął Daruth łapiąc za swe miecze - miejsca... - puścił ramiona luźno, pozwalając dłoniom ułożyć się w naturalny kształt - do ucieczki... - powiedział a jego ostrza odpaliły się, krzyżując ostrza.

Catrine nic już nie powiedziała, wystarczającą odpowiedzią był świst eldarskiej klingi i wycie miecza łańcuchowego. Rzucili się do ataku niemalże w tym samym momencie, w niecałą sekundę skracają dzielący ich dystans. Prędkość z jaką wymieniali uderzenia była stanowczo zbyt duża, aby ludzkie oko mogło je dostrzec. Widoczne były tylko iskry wydzielające się podczas uderzeń miecza osnowy z łańcuchową klingą, która ku zaskoczeniu Esteracha, nie doznawała najmniejszych szkód, przy spotkaniu z jego ostrzem.

Esterach wyprowadził sztych jednym ze swych ostrzy jednak sparowała je eldarska klinga. Catrine szykowała się właśnie do kontry tą samą bronią, lecz zatrzymało ją uderzenie drugiego ostrza. Daruth zbijając ostrze wykonał piruet z wyskokiem, a kończąc go zablokował miecz łańcuchowy zabójczyni, którego rozpędzone kły o zaledwie kilka centymetrów minęły jego ciało. Catrine przesunęła zbite w dół eldarskie ostrze do siebie i przenosząc ciężar i tnąc ukośnie zza pleców. Broń obcych zatrzymały dwa skrzyżowane ostrza osnowy. Zawrócenie miecza łańcuchowego wymagało sporego nakładu siły, ale dziewczyna pokusiła się na uderzenie. Esterach po prostu kopnął w trzymającą miecz dłoń, a następnie przeszedł pod trzymanym dwoma mieczami eldarskim ostrzem i uderzył dziewczynę łokciem w brzuch, a następnie wyprowadził uderzenie w podbródek. Zabójczyni odskoczyła od przeciwnika i wyprowadziła kopnięcie, lecz Esterach zamiast upaść na ziemię, lub zatoczyć się, już w pierwszym wymuszonym siłą uderzenia kroku, wykonał skok i zakręcił się w powietrzu, stając na równych nogach. Manewr wykonał na tyle szybko by zablokować potężne, pionowe cięcie z wyskoku, jakie chciała zadać mu kultystka.

Dwójka wojowników potykała się teraz, na śliskiej od krwi żołnierzy Federacji, posadzce. Pewnie nie jeden instruktor szermierki znalazł by w ich ruchach inspirację, gdyby dostrzeżenie tych ruchów w ogóle było możliwe.

****************************************************************************************************************
Alexandrine otrzepała się z kurzu, podniosła swój kapelusz i szybkim ruchem założyła go na głowę. Odłamki, ani walący się budynek nie zadały jej większych obrażeń, kobieta doskonale jednak wiedziała, że jeśli szybko nie wycofa się na pozycję zajmowane przez lojalistów, zostanie zalana nawałem heretyków i w najlepszym razie zginie w walce. Już stawiała krok na przód, lecz wówczas centymetry od jej stopy ziemie zrył pocisk. Inkwizytorka doskonale znała dźwięk jaki wydawały jej bandolety, w czasie wystrzałów, wiedziała też, że strzelec gdyby chciał pozbawić ją życia, już dawno by to zrobił.

Mirajane spadła przed swoją oponentkę, dzierżąc w dłoni swój stylizowany na ostrze Laerów miecz i wystawiła go przed siebie, wyzywając w ten sposób przedstawicielkę Ordo Hereticus na pojedynek. Genevieve widząc że przeciwniczka odrzuca na bok swój zdobyczny bandolet, sama sięgnęła po broń. Xezz obserwowała jak Alexandrine łapie pistolet za lufę i bierze zamach by go odrzucić, lecz w jednej sekundzie, zamiast odrzucić broń, rzuciła się za nią i chwytając za rękojeść posłała kulę prosto w wojowniczkę paktu ekstazy.

Mirajane nie zdążyła się uchylić przed pociskiem, lecz ze zdumieniem dostrzegła że kula zadała jej bardzo małe obrażenia. Domyśliła się, że nie dostała normalnym pociskiem, lecz jakimś rodzajem toksyny. Widząc to wyszczerzyła się do inkwizytorki i powiedziała:

- Wierze że wstrzyknęłaś tutaj dawkę co najmniej dwukrotnie większą niż ta uznawana za śmiertelną, bo inaczej nawet nie licz na to, że zaszumi mi w głowie.

Biała Dama nie zamierzała czekać, aż wojowniczka zacznie atak. Pierwsza ruszyła do walki, wyprowadzając uderzenie od dołu. Mirajane bez trudu zatrzymała uderzenie i wyprowadziła sztych w twarz nieco pochylonej przeciwniczki. Inkwizytorka z trudem uniknęła cięcia i natychmiast odskoczyła od kultystki. Jej celem wcale nie było pozbawienie siostry życia, lecz obezwładnienie jej, wiedziała że nim środek zacznie działać mnie trochę czasu.

Xezz nie wiedziała, ani o tym z kim walczy, ani o tym jaki jest jej cel, chciała po prostu zabić inkwizytorkę, w możliwie jak najkrwawszy i jak najboleśniejszy sposób. Alexandrine chociaż im dłużej patrzyła na siostrę, tym bardziej traciła nadzieję na ratunek dla niej, chciała spróbować, uznała za swój święty obowiązek nawrócić ją na drogę światła.

- Siostro, proszę, przestań! - zaczęła Genevieve blokując bezlitosne uderzenie jakie wyprowadziła.

- Siostro? Próbujesz mnie zaciągnąć do łóżka czy co? - zażartowała kultystka i zaatakowała po raz kolejny.

- Niemożliwe że nie pamiętasz. Musisz pamiętać, najmniejszy drobiazg, jakiś szczegół, cokolwiek! - wrzasnęła Alexandrine prowadząc szarżę kilku kolejnych ataków, nastawioną głównie na sztychy.

Było to trudne patrząc na to jakiego ostrza używała Genevieve, ale pomimo pozornie słabej postury, doskonale wiedziała ona jak wykorzystywać masę i nadawaną przez nią ostrzu prędkość, aby móc skutecznie prowadzić atak.

- Nie mam siostry, mam tylko moją matkę i jest nią Seraphis Xezz mistrzyni paktu ekstazy! - krzyknęła Mirajane i sparowała atak, a następnie przełamując szarżę siostry zadała jej uderzenie w twarz.

Alexandrine upadła na ziemię i z trudem zablokowała atak od góry, jaki wyprowadziła Xezz. Tak naprawdę kultystka czekała tylko na ten ruch, by móc wykonać fintę i wytrącić przeciwniczce ostrze z rąk. Genevieve wykonała szybkie kopnięcie w nogę zdrajczyni, a gdy ta straciła równowagę, inkwiztorka dopadła wyrzuconego przez nią pistoletu i bez zastanowienia pociągnęła za spust. Mirajane otrzymała trafienie w ramię, to jednak tylko ją rozsierdziło. Postać Miry, która do tej pory walczyła z Alexandrine, zastępowała właśnie Jane.

Alexandrine dopadła ostrza i w ostatniej chwili zablokowała potężne cięcie od góry, o mało nie tracąc przy tym broni. Xezz znacznie zmieniła swój styl walki, z szybkiego i polegającego na celnych trafieniach, na iście berserkerski szał, przed którym nie sposób było się obronić. Genevievie z co raz większym trudem przychodziło parowanie potężnych ciosów zadawanych przez siostrę. Doskonale wiedziała już, że środek którego użyła był za słaby, wiedziała też że nie zdoła już uratować siostry, a jednak nie potrafiła się przemóc by ją zaatakować. Nigdy nie podejrzewała się o taką zdolność do okazywania uczuć, całe życie ich nie okazywała, po śmierci rodziców wymagano od niej bycia nieugiętą, w czasie szkolenia na inkwizytorkę, a potem także w trakcie służby jako sama przedstawicielka Ordo Hereticus, miała być twarda i nieugięta. Teraz wiedziała że nie wygra tej walki, a trwała ona zdecydowanie zbyt długo by myśleć o ucieczce do sił sojuszników. Teraz ładunek emocjonalny jaki kumulował się w niej przez te wszystkie lata, nareszcie miał się uwolnić, w najgorszym możliwym momencie, Alexandrine nie wiedziała co przychodzi jej trudniej, obrona przed atakami siostry, czy powstrzymywanie się od wybuchnięcia płaczem.

W końcu nie mogąc utrzymać stałego oddechu dała się wytrącić z równowagi. Była to sekunda i w zupełności wystarczyła, aby Mirajane wyprowadziła celne trafienie. Ostrze rozdarło szycia materiału, skóra na klatce piersiowej naprężyła się i pękła pod wpływem siły, podobnie jak tkanki miękkie, naczynia krwionośne i w końcu prawe płuco. Inkwizytorka zdążyła zbić ostrze nieco w prawo i tylko to uchroniło ją przed trafieniem w serce.

Xezz nie kryła satysfakcji z trafienia przeciwnika, dopóki nie dostrzegła że Genevieve płacze. Inkwizytorka wciąż trzymała się na nogach, walcząc z rwącym klatkę piersiową bólem o każdy oddech, lecz kultystka nie dostrzegła w jej oczach strachu, ale smutek i żal. Dziewczyna powoli osunęła się na ziemie, z ostrzem sterczącym z jej ciała. Mirajane dopadła do niej, była wściekła, walczyć z takim przeciwnikiem i nie dostrzec w nim ani odrobiny strachu przed śmiercią. Złapała za swój oficerski miecz i gołymi rękoma zdzierając z niego Imperialną aquille chciała znęcać się nad przeciwniczką. Już szykowała się do rozpoczęcia chorych zabaw, kiedy dostrzegła na szyi Alexandrine coś bardzo nietypowego.

Na ciele Genevieve spoczywał, umazany już we krwi, medalik w kształcie Imperialnego orła. Sam orzeł był pogięty, jedna głowa zwisała krzywo, a druga trzymała się za pomocą jednego nitu, połowa lewego skrzydła była ułamana, najpewniej na skutek długiego noszenia, ale cała reszta amuletu, chociaż nosiła ślady licznych napraw i była w naprawdę opłakanym stanie wciąż trzymała się na swoim miejscu. Ten jeden wisiorek, coś tak niepozornego, na co kultystka nie zwracała wcześniej uwagi, w zupełności wystarczyło aby przywrócić jej wspomnienia. W jednej chwili wróciło wszystko co wymazał szok pourazowy, jej rodzice, siostra, atak na okręt i porwanie aż do chwili gdy znalazła ją Seraphis.

W tej jednej chwili, która dla Mirajane zdawała się być wiecznością, wszystko stało się jasne, to dlaczego inkwizytorka nie atakowała, to dlaczego nazywała ją siostrą, dlaczego ścigała ją aż od światów Sodomy, oraz wreszcie to dlaczego płakała.

- Alex! - krzyknęła Jane tuląc się do swojej siostry.

Przed leżącymi kobietami zmaterializowała się Stheno Nagay. Z wolna przysuwała się do leżących wojowniczek.

- Brawo Mirajane, jestem pełna podziwu, Slaanesh będzie wielce uradowany tą ofiarą - zaczęła Stheno patrząc jak demon w mieczu kultystki wyciąga swe szpony po duszę Alexandrine.

- Tak... będzie... bardzo... aż... za bardzo - powiedziała Mirajane pewnie chwytając miecz.

Stheno nie spodziewała się cięcia, nie miała prawa, umysł Mirajane był zbyt nieprzewidywalny nawet dla jej możliwości. Na chwilę przed śmiercią siostry, zanim demon ostatecznie dopadł jej duszę, młodsza z sióstr Vendartriere wydobyła ostrze i zadała potężne cięcie, pewnie zbliżającej się Nagay. Wiedźma Chaosu zawyła z bólu, gdy potężne demoniczne ostrze wydarło dziurę w jej duszy. W oka mgnieniu wszystkie kopie jakie pojawiały się gdziekolwiek zniknęły, a pozostała tylko jedna, kuląca się w kwaterze głównej Chaosu.

Pozbawione stabilizatorów portale osnowy eksplodowały, zatrzymując transport mięsa armatniego na planetę, zabijając tym samym masę kultystów i wzywając zastępy oszalałych bytów osnowy, które z chęcią rzucały się na każdego przeciwnika, jakiego spotkały, niezależnie od tego czy był to zwykły niewolnik, czy inna istota.

Psioniczny krzyk jaki wydała ranna Nagay poraził większość układu nerwowego i narządów wewnętrznych Mirajane. Dziewczyna wiedziała że nie pożyje dłużej niż jej konająca siostra. Wykorzystała ostatnie chwile. Przytuliła się do siostry i uciskała ranę na tyle, na ile pozwalały jej zniszczone mięśnie. Ostatnim ruchem jej siostry, było położenie dłoni na twarzy i przytulenie jej do siebie. Niedługo potem obie były już martwe. Ich ciała miały zostać odnalezione długo po zakończeniu walk i zgodnie z rozkazem Esteracha wystrzelone razem, w stronę gwiazdy układu, a ich dłonie wiązał wówczas prosty, sklecony przez dziecko, wisiorek z Imperialnym orłem.

****************************************************************************************************************
Litania Krwi wdała się w walkę bezpośrednią z dwoma krążownikami. Chociaż makrobaterie Chaosu nie zdołały jeszcze nawet przebić się przez osłony używane przez statek, to zdążyły poważnie je naruszyć, a na dodatek same okręty były niezwykle szybkie i zwrotne. Na szczęście prędkość rozwijana w czasie walki przez jednostki zdrajców, nie mogła się równać z szybkością eldarów i chociaż xenos nie ponieśli od początku starcia żadnych strat, w okrętach, to było ich za mało aby stanowić skuteczne zagrożenie. W najgorszej sytuacji była tutaj zdecydowanie flota Arcanusa. Okręty wzorowane na Imperialnych, chociaż dobrze opancerzone i przygotowane do walki, nie miały szans w walce ze znacznie liczniejszymi przeciwnikami. Flota która przybyła do układu była naprawdę godna podziwu i tylko dzięki wsparciu potężnego pancernika, który skupił na sobie ogień dwóch największych jednostek prowadzących natarcie, Serpentlex nie zostało jeszcze zmasakrowane bombardowaniem orbitalnym.

Asobrab doskonale wiedział z kim staje do walki. Nie obawiał się ataku dwóch krążowników, jeden z nich otrzymywał właśnie kolejną celną salwę, która pozbawiła go kolejnych dział i uszkodziła silniki. W najgorszym wypadku będzie potrzebował jeszcze tylko dwóch aby kompletnie wyeliminować okręt wroga z walki. Drugi krążownik od kiedy przyjął na siebie salwę torpedową, także znacznie bardziej pilnował dystansu, zwłaszcza że zniszczona została większość jego dział na bakburcie, przez co mógł atakować tylko jedną stroną.

Mimo to dowódca doskonale wiedział, że jeśli wsparcie nie przybędzie dość szybko, to niedługo zostanie sam na polu walki niczym skała na oceanie, tyle tylko, że nie będzie miał szans w walce z tak licznymi przeciwnikami.

****************************************************************************************************************
Sheridan masakrował właśnie kolejnych przeciwników wychodzących na brzeg. Zmutowani kultyści Chaosu byli bardzo nieporadni i słabo wyposażeni, jednak jak wszyscy atakujący do tej pory przeciwnicy, bardzo liczni. Laserowa amunicja działała na nich dopiero kiedy wychodzili na ląd, więc skutecznie walczyć z przeciwnikami pod wodą mogły tylko stanowiska broni ciężkich. Chociaż generał i jego ludzie odpychali kolejnych przeciwników równie szybko co ci dostawali się na ląd, z czasem gwardzistów zaczynało ubywać. Okazało się bowiem, że chociaż wróg nie dysponował doskonałą bronią, to jad zawarty w kłach potworów doskonale sprawdzał się w roli kwasu rozpuszczającego pancerz. Generał dopiero po jakimś czasie zorientował się, że także jego pogryziony pancerz, zaczyna się topić.

Doskonale wiedział że nie zdoła przetrwać już zbyt długo, jednak mimo to chciał zatrzymać przeciwnika jeszcze trochę. Wówczas w jego uchu odezwał się komunikator:

- Generale, melduje o utracie silosu laserowego!

- Przecież wiem że go straciliśmy, co z grupą którą posłałem żeby go odzyskała? - spytał generał rozrywając twarz kolejnego potwora.

- Z nimi również utraciliśmy kontakt - odpowiedział mu głos w słuchawce.

Generał zastanowił się posyłając serie w trzech następnych wrogów i powiedział:

- Nie możemy ryzykować że wróg użyje ich przeciwko nam, wysadźcie ten silos w pizdu!

- Tak jest sir! - odpowiedział mu głos.

Generał zabił kolejne cztery potwory seriami z obu bolterów na rękach po czym zaczął wrzeszczeć:

- No co jest głupie kurwy?! Tylko na tyle was stać? To ma być ta cała, wielka potęga Chaosu?! Gdzie ci wasi zasrani bogowie?! No dalej skurwysyny, pokażcie co macie! Czekam kurwa!

Sheridan nie miał pojęcia, jak szybko będzie żałował swoich słów.

****************************************************************************************************************
Estrach i Catrine wciąż byli w silosie laserowym tocząc zacięty pojedynek. Oboje mieli już wiele ran na swoich ciałach, jednak żadne z nich nie było poważnym trafieniem, a na pewno nie na tyle poważnym, aby wyeliminować któreś z nich z walki. Pojedynek miał się jednak ku końcowi, gdyż obie strony dawały z siebie wszystko. Catrine za wszelką cenę nie chciała zawieść Euriale, natomiast Esterach chciał w końcu odzyskać ostatnie elementy z wyposażenia ojca. Obie strony były zdeterminowane by zabić rywala, jednak nim rzucili się do kolejnej szarży, w całym kompleksie rozległ się alarm ostrzegający o detonacji.

- Wygląda na to że i tym razem nie dokończymy pojedynku - zażartował Esterach i dodał - Chyba że koniecznie chcesz tu zginąć.

Zabójczyni była wyraźnie wściekła z powodu wyniku walki, ale nie mogła się spierać ze słowami rycerza. Szybkim skokiem przeskoczyła nad nim i rzuciła się do wyjścia. Daruth jej nie zatrzymywał, wiedział że sam nie ma wiele czasu. Spróbował zatrzymać detonacje, ale chaos jaki panował na kanałach komunikacyjnych bardzo skutecznie uniemożliwił mu jakikolwiek kontakt ze sztabem.

Niedługo po opuszczeniu kompleksu, doszło do eksplozji, która zniszczyła całe główne działo i utopiła korytarze kompleksu w morzu ognia. Esterach doskonale wiedział, że zabójczyni z którą walczył uciekła na czas i doskonale wiedział, że musi czekać na jej kolejne pojawienie się.

****************************************************************************************************************
Safira toczyła właśnie podwodny pojedynek z Euriale. Musiała przyznać, że jej przeciwniczka, chociaż nie była naturalnie uwarunkowana do tego typu starć, w podwodnych akrobacjach była nie mniej biegła od nagi. To była dziwna bitwa, niema, bez krzyków, gdzie rolę wybuchów pełniły drgania, bez łoskotu zwłok opadających na dno, bez czegokolwiek co towarzyszy normalnej walce, z wyjątkiem krwi, krwi która z powodzeniem zastępowała tutaj dym i inne typowe dla pola bitwy zanieczyszczenia. Mistrzyni nag widziała krzywy, złowieszczy uśmiech na twarzy Euriale, gdy wymieniała z nią kolejne cięcia. W czasie kiedy ona i jej wojowniczki zmagały się z córkami Nagay, pozostałe przedstawicielki podgatunku, na co dzień nie biorące udziału w walkach, walczyły u boku podwodnych drużyn Federacyjnych, dowodzonych przez kapitana Price'a.

Pociski z karabinów maszynowych Federacji ryły powietrze, zatrzymując sunące na miasto nawały heretyków. Żołnierze byli zbyt zajęci odpieraniem prawdziwej szarańczy napastników, by dostrzec i ostrzec na czas twierdzę naziemną, o utworzonej wyrwie w rzeczywistości którą atakuje kolejna fala napastników. Potwory atakowały szybko i zawzięcie, jednak szybko zaczęło ich ubywać.

Safira dostrzegając że atak Chaosu załamuje się, poczuła się znacznie pewniej i z o wiele większą ochotą zadawała kolejne ataki Euriale. Ich walka wyglądała dosyć interesująco. Ponieważ toczyła się w takiej a nie innej przestrzeni, wojowniczki mogły znacznie lepiej wykorzystywać swoje ciała w walce, jak i manewrowaniu. Machanie ogonem niczym turbiną statku wywoływało niewielkie wiry, które ściągały lub odpychały napastników, a odpowiednio zmanipulowane były w stanie przekazać swoją energię do przodu, tym samym tworząc pocisk wodny, który odpychał przeciwników. Cięcia normalną bronią były zadawane niezwykle rzadko, a z powodu oporów wody, znacznie ważniejsze były w tej walce ruchy nadgarstków i ich wyćwiczenie niż sama siła mięśni. Cieńsze ostrza broni białych stawiały znacznie mniejszy opór niż dobrze zbudowane dłonie wojowniczek. Naturalnie wiele miał tu do powiedzenia kąt zadania samego cięcia, jednak wciąż w walce główna rola przypadała ogonom.

W ostatnich chwilach pojedynku Safira chciała wyprowadzić pchnięcie ogonem, przed którym Euriale bardzo szybko się uchyliła, jednak ku jej zdziwieniu, wojowniczka z pozy wyprostowanej położyła się na wodzie, a następnie szybko przekręciła na bok, obejmując ogonem całe ciało Euriale od miejsca gdzie zwykle zaczyna się linia łusek, aż do szyi, jednocześnie więżąc dłonie przeciwniczki. Ruch był ten bardzo niebezpieczny, gdyż w przypadku kontry przeciwnika ogonem, atakujący mógł polegać tylko na swych dłoniach. Euriale poczuła palący ból w klatce piersiowej, a przez jej uszy przeszło chrupnięcie, towarzyszące łamaniu kości. Nagay wiedziała że jeśli szybko czegoś nie zrobi zginie. Zrobiła pozornie najbardziej amatorski ruch za wszystkich czyli pchnięcie w plecy przeciwnika, lecz gdy tylko Safira skrzyżowała ostrza na plecach, Euriale przepuściła ogon obok jej ciała i kolcem na jego końcu przejechała przez prawą tętnicę nagi, a gdy ta odruchowo złapała się za ranę, odsłaniając część swej obrony, Euriale bezlitośnie wbiła ogon w jej bok, siejąc spustoszenie w jej płucach i innych narządach wewnętrznych.

Safira ostatkiem sił zacisnęła swój ogon mocniej, nim Euriale odebrała jej życie. Wojowniczka Chaosu poczuła jak morderczy uścisk przeciwniczki słabnie, aż w końcu z niemym przerażeniem na twarzy, nie mogąc wydać z siebie okrzyku bólu czy strachu, serpentoidka zaczęła powoli osuwać się na dno zatoki. Widząc że oddział wojowniczek Safiry po śmierci przywódczyni wycofuje się, Euriala chciała natychmiast ruszać do dalszej walki. Powstrzymał ją jednak potworny ból. Zdała sobie sprawę, że nie ma najmniejszych szans na kontynuowanie starcia, z odniesionymi obrażeniami. Postanowiła więc sięgnąć po broń o wiele mniej honorową niż przystoi wojownikowi, jednak nie mniej krwawą niż konwencjonalne metody, broni która była powodem jaj radości. Obrona podwodnej części Serpentlex była zgubiona jeszcze zanim w ogóle jej obrońcy przystąpili do walki.

****************************************************************************************************************
Sheridan najpierw zobaczył niewielką falę wody rozbijającą się o brzeg, z którego wychodzili już co raz mniej liczni przeciwnicy. Następnie zobaczył całą chmarę nag, uciekających jednym z głównych korytarzy wodnych w stronę naziemnego miasta, a z zatoki wynurzyła się potężna macka, ściskająca kawałek budynku i ciskająca nim w stronę zabudowań, niszcząc jedną z wież obserwacyjnych. Po chwili pod stopami generała wylądowało ciało kapitana Price'a a z nieba zaczęły spadać kolejne, wyrzucane przez macki potwora ciała. Wśród zabitych były zarówno nagi jak i mutanty Chaosu oraz żołnierze Federacyjni. Zagapiony na ten niecodzienny widok generał nie zdążył w porę zablokować ciosu jednego z potworów. Jego rana była zaledwie draśnięciem, jednak dowódca doskonale wiedział jak niebezpieczne mogą być te zadrapania. Natychmiastowo pozbawił przeciwnika głowy, jednakże widząc zniszczenia jakich dokonuje ogromna bestia która ruszyła do walki, wydał rozkaz do natychmiastowego odwrotu.

Uciekając żołnierze Federacji dostrzegli przelatującą nad ich głowami eskadrę valkirów, oddających salwy w potwora w zatoce. Niestety salwa rakietowa nie zrobiła na bestii najmniejszego wrażenia, a jedynie zachęciła ją do walki.

Estrach poprowadził grupę kilku adeptów, aby wesprzeć i zmniejszyć straty w ludziach generała. Chciał w ten sposób zyskać zaufanie Federacyjnego dowódcy, oraz innych żołnierzy tego państwa. Wszakże celem dla którego przybył na tereny Federacji było jak najlepsze poznanie jej mieszkańców. W tej chwili jednak liczyło się dla niego tylko jak najszybsze pokonani wojsk Chaosu, doskonale wiedział że nie ma mowy o zwycięstwie na własną rękę, a na pewno nie z tymi siłami, mimo to wierzył w pomoc ze strony Federacji.

Niedługo potem generał i Daruth byli już za murami twierdzy, osłaniani ostrzałem wieżyczek automatycznych, ogniem karabinów laserowych. Esterach już mocno zdenerwowany całą sytuacją, był odcięty od reszty swoich uczniów, a przez zamęt na kanałach komunikacyjnych nie był w stanie połączyć się ze swoją uczennicą. Na dodatek wokół twierdzy gromadziło się co raz więcej przeciwników i chociaż była ona bezpieczna od ataków potwora z zatoki, sam widok krwi zalewającej miasto był dostateczną odpowiedzią na to co w tej chwili dzieje się w podwodnej części miasta.

W końcu Lord podjął decyzje o opuszczeniu twierdzy i próbie przedarcia się do pałacu. Takie rozbijanie sił było bardzo ryzykowne i niebezpieczne, ale wiedział że nie ma innego wyjścia, jeśli chce się dowiedzieć jak dokładnie wygląda sytuacja.

****************************************************************************************************************
Asobrab uważnie obserwował jak flota przeciwników czai się na jego okręt. W miejsce dwóch zniszczonych krążowników weszły trzy nowe, a z daleka sunął już w jego stronę okręt wielkości pancernika. Z tarczami o takim poziomie mocy szanse na zwycięstwo były znikome, zwłaszcza że większość silosów laserowych zostało unieszkodliwionych przez zabójczynie kultu krwi. Już tylko kilka okrętów Federacyjnych nadawało się jeszcze do walki. Reszta wisiała zniszczona, w bezkresnej toni wszechświata. Połowa floty eldarów także była już rozwalona, a te nieliczne które jeszcze dawały radę walczyć, były osaczane przez kolejnych przeciwników. Widząc jak beznadziejna jest sytuacja, kapitan ustawił silniki pancernika na pełną moc i taranując jeden z zaskoczonych krążowników wyszedł na spotkanie potężnemu przeciwnikowi.

- Kapitanie co pan robi!? - zaprotestował pierwszy oficer.

- To do czego zostaliśmy stworzeni - odpowiedział mu kapitan po czym wstał z tronu i przełączył się na vox.

- Ręce do dział! Leci na nas pancernik wroga! Lać w sukinsyna ze wszystkiego co mamy!

Zaczął krzyczeć Asobrab a wówczas staranowany wcześniej krążownik chcąc oddać salwę ze swych lanc laserowych, nieopatrznie przeładował systemy, tym samym roznosząc całą główną broń.

- Do broni! Co z tego że tarcze na wyczerpaniu! Zniszczymy sukinsyna!

A gdy skończył po wszystkich pokładach statku przeszedł jego upiorny śmiech.

Okręty leciały prosto na siebie, śląc w siebie kolejne salwy. Asobrab ignorował kolejne trafienia, kompletnie nie przejmując się stratami i ryzykiem zniszczenia. Cały ogień swych dział skupił na pancerniku przeciwnika, tym samym zmuszając go do swego rodzaju zabawy w tchórza. Nie wiedział kim jest kapitan wroga, ale liczył na to że będzie on równie szalony co dowódca Imperialny, albo chociaż dotrwa do odpowiedniego momentu. Złowieszczy uśmiech Imperialnego dowódcy jasno dawał do zrozumienia, że wie on o czymś o czym nie wiedział ani przeciwnik, ani reszta jego załogi.

Dostrzeżenie okrętu wojennego, który ukrywa się pod eldarskim polem maskującym, to bardzo trudne zadanie, zwłaszcza dla osoby patrzącej na pole bitwy gołym okiem. Asobrab był jednak doświadczonym dowódcą i doskonale potrafił rozpoznać charakterystyczne załamanie światła jakie wywoływała taka technologia.

Nagle kilkadziesiąt promieni światła, trafiło w drugi krążownik, ostrzeliwujący Litanie Krwi. Osłabiona przez wcześniejszą walkę z pancernikiem jednostka, została unieszkodliwiona, a jej załoga kapitan z obawy o swoje życie wykonał awaryjny skok w osnowę. Załoga pancernika nim zdążyła zareagować na lecącą pionowo na ich okręt jednostkę została staranowana. Potężny okręt Federacyjny uderzył głównie w tył okrętu, przeciążając jego tarcze próżniowe i poważnie uszkadzając większość silników. Litania Krwi posłała w obrócony spodem do niej okręt całą salwę torpedową, a następnie z pełną siłą wbiła się w tamto miejsce, rozrywając szerszy od Imperialnego okręt na pół. Okręt lojalistów również nie wyszedł z owego spotkania bez szwanku, ale gdyby była taka konieczność wciąż nadawał się do walki. Na widok potężnej floty Federacyjnej, złożonej z ludzkich, eldarskich i kilku nietypowych jednostek kosmicznych, heretycy szybko zaczęli się wycofywać.

Z potężnego okrętu, który swój pułap ustabilizował na niskiej orbicie zaczęły wylatywać całe eskadry transportowców, a chwilę później swój ładunek zaczęły wyładowywać okręty transportowe. Federacja sprowadzała teraz całą masę wojowników, sprzętu, amunicji i innych zapasów, a wszystko to leciało w stronę Serpentlex, aby zatrzymać atak Chaosu.

Na rozkaz dowódcy floty, armada nie ruszyła w pościg za jednostkami Chaosu. Jej przywódczyni doskonale wiedziała, że wróg będzie już posiadał wsparcie naziemne, lub posłuży się innymi mocami aby odeprzeć jej flotę. Teraz liczyło się dla niej odzyskanie stolicy, oraz to jak wygląda sytuacja na froncie.

****************************************************************************************************************
Esterach wraz ze swymi uczniami, dopiero po kilku godzinach przedzierania się przez terytorium opanowane przez wroga, zdołał dotrzeć do linii Federacji. Z oddziału przydzielonych mu żołnierzy nie przeżył żaden z ochroniarzy, a połowa jego uczniów została zabita lub była ranna. Ven widząc swojego mistrza, którego szata przylegała do ciała z powodu krwi, oraz jego uczniów którzy wcale nie wyglądali lepiej, nie wiedziała czy powinna się cieszyć czy bać. Lord Daruthów jednym ruchem wskoczył na barykadę gdzie bronili się żołnierze, ścinając głowę jednego z wspinających się na nią heretyków. Zaraz za nim wskoczyli jego uczniowie.

- Mistrzu nic ci nie jest? - spytała zaniepokojona wojowniczka.

- Nie, mi nie, ale jemu tak - odpowiedział wskazując na jednego ze swoich uczniów i dodał - Zajmij się nim.

- Estek - krzyknęła Arletta skacząc na plecy rycerza, którego zmęczone dwudniowym ciągłym chodzeniem nogi, w końcu poddały się jej sile.

- Też się ciesze że cie widzę - odpowiedział Esterach.

- Dopadłeś ją? Zabiłeś tą wiedźmę? - spytała dziewczyna.

- Niestety, tylko poraniliśmy się nawzajem. Przerwała nam spora eksplozja - wytłumaczył rycerz.

- Szkoda - zasmuciła się Arletta.

- Jeszcze będą okazje, a teraz, jak wygląda sytuacja? - zapytał lord.

- Sukinsyny zajęły prawie całe dolne miasto, trzyma się forteca przy porcie, rynek i kilka innych miejsc. Fluxowi udało się rozwalić część artylerii wroga, ale ostrzał wciąż trwa. Szpitale są przepełnione cywilami, żołnierzami, a teraz doszła nam cała masa nag, wiejących z podwodnej części. Co się tam do cholery stało? - odpowiedziała i zapytała Ven.

- Nasze koleżanki znalazły sobie nowego potworka. Dodam że dość silnego by miotać kawałkami budynków - odpowiedział Esterach.

- Ojej to musi być silny! - zauważyła Arletta i zapytała - To jakiś demon czy po prostu potwór?

- Myślę że jakaś zmutowana bestia, sprawdzimy jak go zabijemy - odpowiedział lord.

- A jak chcesz tego dokonać? - zapytała uczennica.

- Coś się wymyśli, póki co musimy jakoś przeżyć - odpowiedział lord i poraził piorunem bionicznym kolejnego heretyka, który dotarł na szczyt barykady.

Powoli ostatnia linia obrony przed murami pałacu zaczynała się załamywać. Żołnierze Paktu Ekstazy mogli pomarzyć o wyposażeniu Federacyjnych żołnierzy, jednak każdy z nich był doskonałym, zaprawionym w bojach wojownikiem. Nic więc dziwnego że obrona szła znacznie gorzej od chwili ich wstąpienia na polu walki. Mimo to nie włączyli się do niej jeszcze najgroźniejsi żołnierze, czyli wysłannicy Paktu Krwi.

Nim jednak mogło nastąpić prawdziwe oblężenie, z nieba nadleciały valkyrie, oraz kanonierki typu Pomsta, które bardzo szybko zmasakrowały nacierające zastępy przeciwników. Nie dysponujący, bądź oszczędzający siły powietrzne przeciwnicy, bardzo szybko zaczęli żałować tego jak głęboko wbili się w tereny lojalistów. Federacyjne machiny wojenne zleciały z nieba w ogromnej liczbie masakrując większość przeciwników na głównych ulicach. Jednostki które dokonały desantu na powierzchni całego miasta, zajęły się wrogami w mniejszych uliczkach. Duch walki heretyków został złamany, zarówno w mieście, jak i w jego podwodnej części. Odciążone z konieczności odpierania wrogiej artylerii, potężne pałacowe działa mogły skupić się na potężnym potworze w zatoce. Większość domu nag leżała w gruzach, a woda w niej przez kolejne kilka dekad miała odzyskiwać swoją barwę, jednak samych mieszkańców przetrwało zaskakująco dużo. Poświęcenie kapitana Price'a i wojowniczek Safiry nie poszło na marne. Większość nag zdołała zbiec przed gniewem okrutnego monstrum.

Esterach osobiście poprowadził natarcie, które miało na celu wyparcie wrogiej armii z murów miasta. Ostatecznie same walki toczyły się jeszcze kilka dni po odwrocie głównej armii heretyków, lecz zakończyły się ostatecznym zwycięstwem wojsk sprzymierzonych.

Rozdział V Layla terSecundi

Ad blocker interference detected!


Wikia is a free-to-use site that makes money from advertising. We have a modified experience for viewers using ad blockers

Wikia is not accessible if you’ve made further modifications. Remove the custom ad blocker rule(s) and the page will load as expected.

Więcej z Fandomu

Losowa wiki