FANDOM


WH40K Imperial Inquisition WP by greyswandir (1)

Szlachcic przemknął przez gwarną ulicę. Całkiem niedawno otrzymał wiadomość, że pewien wpływowy człowiek chciałby się z nim spotkać. Było więc oczywistym, że jak strzała wybiegł ze swej rezydencji, kierując się na miejsce spotkania. W końcu jeśli ktoś będący z tobą na równi lub wyżej w piramidzie społecznej wysyła ci zaproszenie, powinno się je przyjąć, nieprawdaż? 

Mężczyzna był krępej budowy. Miał 60, może 70 lat. Jego brązowe włosy zostały już w dużej mierze zastąpione siwymi. Jak na arystokratę przystało, miał na sobie wysokiej jakości ubrania, w tym przypadku przypominające komisarski mundur.

Przeszedł przez otwartą kratowaną bramę. Ta nagle się za nim zatrzasnęła. Szlachcic odwrócił się. Ujrzał wysokiego mężczyznę odzianego w płaszcz z kapturem, spod którego pobłyskiwała zielona, przylegająca do ciała zbroja. Wykonana z upiorytu - materiału Eldarów. Już miał sięgnąć po broń, kiedy został nagle powstrzymany przez pistolet obcych skierowany w jego pierś. 

- Kto to? - spytał męski głos zza rogu.

- Mon-Keigh, którego szukasz. - odpowiedział Eldar, przyjrzawszy się mężczyźnie. 

- Przyprowadź go tu...

Szlachcic nie miał odwagi się przeciwstawiać. Posłusznie wykonał polecenie bezgłośnie wydane mu przez obcego. W międzyczasie zastanawiał się, jak to możliwe, że Xeno chodzi wolno po machariańskim mieście. 

Za rogiem, na starym krześle w zacienionym kącie siedział znacznie młodszy od arystokraty mężczyzna. Wyglądał na co najmniej 30 pat. Miał długie czarne włosy i brodę jakby nie golił się dobry tydzień. Połowa jego twarzy ukryta była w cieniu. Mężczyzna miał na sobie ciemny płaszcz, najpewniej pochodzący z planety Krieg.

- Co to wszystko ma znaczyć, na Imperatora?! - spytał oburzony szlachcic, zwracając tym samym na siebie uwagę tajemniczego osobnika. Ten podniósł wzrok i spojrzał na niego swymi platynowymi oczyma.

- Marius Melchert? - zapytał cicho mężczyzna. 

- Co?

- Nie mówi się "co?", tylko "proszę?". Pan jest Marius Melchert?

- A kto pyta?

- Na czas mojej wizyty na tym świecie wolę zachować... Anonimowość. Ale dla pana zrobię wyjątek. Jestem Harlan.

"Co ten prostak sobie myśli?!" - myślał Melchert. - "Nie dość, że mnie tu zaciągnął i teraz obraża, to jeszcze służy mu ten parszywy Eldar!"

- Skończył pan już obrzucać mnie w myślach obelgami? - spytał Harlan, patrząc na szlachcica z politowaniem.

- Jak ty to...

Mężczyzna tylko popukał się palcami po skroni, wiedząc, że jego gość zrozumie przekaz. Po chwili wstał i wyszedł z cienia, ukazując swą bliznę na twarzy oraz mechaniczną, szponiastą rękę. Melchert widział już podobne, ale ich widok powodował w większości przypadków natychmiastową śmierć. 

- Eshairr, kapelusz. - powiedział do Eldara. Ten rzucił w jego stronę czarny kapelusz. Harlan złapał go szponami i umieścił na swojej głowie. Po oczach Melcherta przeleciało światło odbite od znajdującej się na kapeluszu odznaki Świętej Inkwizycji.

Szlachcic zdał sobie właśnie sprawę z tego, że ubliżał człowiekowi zdolnemu jednym ruchem ręki posłać go na stos. Padł więc na kolana i zaczął błagać Imperatora o litość.

- Uwielbiam ten moment... - powiedział w przestrzeń Harlan, po czym wciągnął powietrze. - Więc, panie Melchert... Wie pan, po co tu pana wezwałem?

- N-nie, panie... - odpowiedział cicho mężczyzna. 

- Proszę wstać. - polecił mu Inkwizytor, a szlachcic powstał, próbując nie patrzeć mu w oczy. - Ten zaułek... ma dla mnie duże znaczenie... sentymentalne.

- Sentymentalne, panie?

- Różnica między mną a panem, panie Melchert, polega na tym, że pan obdarzany jest szacunkiem od urodzenia, a ja musiałem sobie nań zasłużyć. Ale do rzeczy...

Harlan przyłożył metalowe palce do ust, po czym zaczął:

- Dokładnie 16 lat temu... kierował się pan do katedry, lecz drogę zablokowała kolumna czołgów. Pamięta pan?

- T-tak. Chyba sobie przypominam. - odpowiedział Melchert.

- W pewnej chwili poczuł pan coś jakby... szarpanie za pas?

- Tak! Jakiś smarkacz z ulicy ukradł mi wtedy broń. Ale skąd pan to...

- Na pytania przyjdzie czas po wykładzie. - wciął się Harlan. Zaczął powoli krążyć po zaułku, obserwując każdy swój krok niczym małe dziecko niechcące nadepnąć na pęknięcie w chodniku. - A więc został pan okradziony. Co stało się ze sprawcą? 

- Przez pewien czas uciekał, ale ostatecznie został złapany. 

- Chciał go pan przykładnie ukarać... Obcięcie dłoni, jak mniemam?

- Tak! Lecz wtedy powstrzymał mnie jakiś mężczyzna. Przedstawił się jako...

- Mistrz Inkwizytor Severus Bernieri. - dokończył za niego Harlan. - Wziął dzieciaka pod swoje skrzydła... chroniąc go jednocześnie przed pańską zemstą.

Melchert był zszokowany. Czyżby ten Inkwizytor czytał mu w myślach? Jak inaczej mógłby tyle wiedzieć? A może...

- Wszystko z panem w porządku? Niewyraźnie pan wygląda. - powiedział mężczyzna, układając palce w piramidkę. - Co najmniej jakby zobaczył pan kogoś... bardzo panu znanemu... lecz niewidzianemu szmat czasu.

Przed oczami szlachcica pojawił się obraz brudnego szesnastolatka w łachmanach, a po chwili "nałożył się" na Inkwizytora. Melchert był teraz pewien, że on i złodziej, który go wtedy okradł, to jedna osoba.

- Ty... i on...

- No nareszcie załapał! - wykrzyknął Harlan, wznosząc ręce ku niebu.

- Czego ode mnie chcesz?

- Wiesz, czemu nie przepadam za szlachtą?

Inkwizytor podszedł bliżej szlachcica.

- Dlatego, że żyjecie w przekonaniu, że jeśli urodziliście się w bogatszej rodzinie, to automatycznie jesteście jakimiś nadludźmi. Opuściłem Macharię jako żebrak i złodziej, a wróciłem jako Inkwizytor, by wyciągnąć cię z tego przekonania...

Nagle uderzył go protezą w twarz tak mocno, że sprowadził Melcherta do parteru,  wybijając mu przy tym kilka zębów. 

- ...Oraz żeby się zemścić za próbę okaleczenia. - dokończył. - Wciąż mam bliznę po twoim mieczu na nadgarstku.

Szlachcic próbował się podnieść, lecz Eldar chwycił go za płaszcz i podciągnął przed oczy Inkwizytora.

- Czego ode mnie chcesz do cholery?!


Harlan leżał na łóżku, rozebrany do pasa. Jego płaszcz, napierśnik i kapelusz spoczywały na manekinie naprzeciwko. Znajdował się w swojej kajucie, na okręcie kosmicznym mającym zabrać go z tego sektora. Całe pomieszczenie oświetlała duża lampa na środku sufitu, na której mężczyzna skupiał swój wzrok. 

- Ciekawe, jak sobie teraz radzi Melchert... - zaczął mówić do siebie. - Musi być w dużym szoku po tym wszystkim... Dostać adamantową pięścią w zęby, stracić cały majątek i żyć później jak żebrak... A to wszystko jednego dnia!

Harlan podniósł się, po czym podszedł do okna. Oparł się o ścianę i spojrzał smętnym wzrokiem na oddalającą się Macharię.

- Ale w końcu... Cierpienie jest cnotą.

THE END